Z tej książki dowiesz się: • Ile waży cała ludzka skóra? • Czym są pchły piaskowe? • Jak człowiekowi mogą wyrosnąć rybie łuski? • Dlaczego Lenin był grzybem?
Skóra jest naszym największym organem. I pomimo obiegowej opinii – bardzo skomplikowanym. Wbrew temu, co widzimy gołym okiem, nie jest jednolitą warstwą, lecz złożoną strukturą. I każdy jej element może zachorować.
Paulina Łopatniuk – lekarka, specjalistka patomorfologii, autorka bestsellera Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak? – zagłębia się w zakamarki skóry. Buszuje pośród stadek gruczołów potowych, wędruje między wężowymi splotami naczyń krwionośnych, śledzi przebieg gałązek nerwowych i wpatruje się w masywy gruczołów łojowych.
Nie oceniam jej, bo to typowo niszowa książka. Dla osób, które nie mają wykształcenia medycznego- może być nudna i niezrozumiała. Dla osób z owym wykształceniem- nudna. Chyba jednak wolę krótkie wpisy Pauliny na fb „Patolodzy na klatce”.
Styl autorki jest troszeczkę specyficzny i trzeba się do niego przyzwyczaić. Potem okazuje się, że po przyzwyczajeniu czyta się to świetnie. Autorka używa często starodawnego „li”, stosuje szyk przestawny, dużo „gawędzi”, robi troszkę całkiem trafnych, ale jednak dygresji, jak również zdarza jej się zdrabniać słowa. Kiedy jednak przyjęłam to za pewnik to książka okazała się być naprawdę fascynująca. Autorka posługuje się czasem stricte medyczną nomenklaturą, ale jest to zdecydowanie w granicach niezbędnych i zawsze prosto, że tak napiszę „po ludzku” tłumaczy wszystko. Dodaje ciekawe odniesienia, omawia naprawdę interesujące przypadki. Na początku jest sporo o nowotworach, na koniec dowiemy się więcej o bardziej „przyziemnych” o powszechnych sprawach jak brodawki, grzybica czy łuszczyca. Autorka ma ogromną wiedzę, dzieli się nią z nami z radością i przyjemnością. Widać, że ma ogromny dystans do tego co robi i stara się nim nas zarazić opisując kolejne przypadki. Książka obfituje w mnóstwo zdjęć, momentami naprawdę drastycznych, co ma zadziałać na człowieka jak terapia szokowa i zobrazować problemy poruszane przez autorkę. Bardzo mi się podobało - było merytorycznie, laicko, z humorem i ciekawie. Polecam!
Oczekiwałam trochę więcej ciekawostek o skórze, jej funkcjonowaniu i właściwościach, a głównie omawiane były przeróżne choroby. Nie spodobało mi się, jak autorka wspominała o tym, że każda zmiana skórna może być groźna i że warto wszystko sprawdzać i kłócić się z lekarzami jeśli chcą nas zbyć na przykład jakąś maścią. To, że raz na jakiś czas pojawił się przypadek, że odcisk na stopie jest czerniakiem nie oznacza, że wpędzanie ludzi w paranoje jest okej. Wiadomo, że każdy może to odebrać inaczej, ale dla mnie miało to wydźwięk zachęcania ludzi do panikowania.
Nie wiem, to chyba moja wina, bo spodziewałam się książki o skórze, a nie o patologii skóry. Bardziej kierowana do studentów medycyny niż jako książka popularnonaukowa. Chociaż autorka bardzo stara się dodawać ciekawe anegdoty, to całość jest przeraźliwie nudna.
Książka o wszystkim tym, co wiąże się ze skórą, czyli przede wszystkim o jej różnych chorobach. I to jest naprawdę ciekawe, bo w głowie się nie mieści, co może nam zagrażać. Oczywiście nie polecam lektury hipochondrykom, wszyscy pozostali mogą znaleźć w niej sporo dobrego, choć nastawcie się na dość fachowy język i odrobinę czarnego humoru.
Przeczytałam. Nie powiem, że była to zła książka, ale po prostu nie dla mnie. Nie wszystkie książki Zrozum mnie interesują i ta niestety była jedną z nich. A naprawdę chciałam, żeby mi się spodobała, ale tematy skórne to najzwyczajniej w świecie nie moje klimaty.
To nie tajemnica, że książki medyczne przyciągają mnie od zawsze, a facebookowy fanpage Pauliny Łopatniuk należy do moich ulubionych. Ta książka jednak swoje na czytniku odczekała, w końcu audiobook zmotywował mnie do jej przeczytania, a właściwie odsłuchania.
Styl Łopatniuk, bo od tego zacznę, jest specyficzny - lubi ona dość koronkowe zdania, partykuły, szyk przestawny i nie stroni od licznych aluzji i dygresji. I pewnie na tym stylu wiele osób się rozbije. Ja go znam z fanpage'a i mnie nie przeszkadza, choć zapewne w innych książkach określiłabym go jako kiczowaty. W stricte popularno-naukowej publikacji sprawdza się on dość dobrze, nadając jej lekki ton.
Początki były ciężkie. Specyficzny styl literacki, częste archaizmy i zdania wielokrotnie złożone z przestawionym szykiem nie były łatwym orzechem do zgryzienia w popularnonaukowej książce o chorobach skóry, w której to gwoli ścisłości autorka opisywała wszystkie zagadnienia dosyć szczegółowo. Jednakże, te same zabiegi - a także wiele aluzji kulturowych i po prostu zabawnych żartów - sprawiły, że pozycja ta na zawsze zostanie mi w pamięci. Gdybym miała powiedzieć, że przez lekturę przebrnęłam jak burza, byłoby to kłamstwem - zgodnie z fizyczną zasadą przyspieszenia im dalej brnęłam w tekst tym szybciej go przyswajałam, ażeby na końcu rozczarować się, że więcej treści już nie ma.
Polecam tą książkę nie tylko wszystkim, którzy interesują się tym tematem, ale także tym, dla których skóra i jej patologie wydają się być przedmiotem nieciekawym - a nuż Łopatniuk za pomocą zręcznych zabiegów językowych i licznych anegdot rozpali w was iskierkę zafascynowania.
Uwaga! Pozycja posiada drastyczne zdjęcia i opisy chorób zarówno dorosłych, jak i dzieci (w tym noworodków).
This book is a treat! Of course as a Laboratory Medical specialist i find it very interesting and informative. For non medical professionals it might be a bit too much, but still quite interesting.
Bardzo dobra, tylko mam jedno ale. Książka napisana w wyczerpujący sposób zawiera wiele trudnych dla osób nieobeznanych z tematem, a co dopiero biologią nazw, więc może się ją trudno czytać zupełnym laikom w tym temacie. Sama, mimo posiadania mgr z biologii, trochę powolnie brnęłam przez opowieści Autorki. Kiedy czytam jej bloga, nie mam takiego wrażenia, ale może tu liczy się też dawka. Jeśli czytamy książkę, mamy wiele trudnych, aczkolwiek pasjonujących historii do przeczytania. Chwilami zabrakło wyjaśnień dla laików trudnych nazw. Trzeba też być świadomym, że w książce pojawiają się drastyczne zdjęcia przypadków. Poleciłabym tę książkę osobom nieobeznanym z blogiem Patolodzy na klatce, ale obawiam się, że mogą oni nie przebrnąć przez nią. Niemniej, mi się podobało, tylko trochę mi się dłużyło.
Sposób pisania autorki o wszystkich zmianach zapalnych i chorobowych skóry absolutnie fascynujący. Obfitość metafor, porównań i rozwlekłych zdań może być czasem męcząca, ale dla mnie jest atutem
Porażka, ciekawy temat przedstawiony w skrajnie nudnej formie. Poza faktycznie interesującymi informacjami, forma książki pozostawia wiele do życzenia.
Wiedzieliście, że skóra to największy narząd człowieka? Spełnia bardzo wiele różnych funkcji - chroni nas przed wirusami, bakteriami, urazami mechanicznymi (do pewnego stopnia), jest odpowiedzialna za percepcję otoczenia - dzięki niej wiemy, że ta denerwująca mucha zaczęła chodzić nam po ręce albo że garnek był jednak gorący - a przy okazji zasłania wszystkie niezbyt estetyczne bebechy, z których się składamy. Słowem - skóra się przydaje. Prawdopodobnie zbyt rzadko ją doceniamy. A już na pewno nie jesteśmy w pełni świadomi niebezpieczeństw, które na nią czyhają (może oprócz tego garnka)! Na szczęście Paulina Łopatniuk, patomorfolożka, autorka bloga "Patolodzy na klatce" i pozycji "Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?", postanowiła poświęcić skórze całą książkę!
Pierwsze zetknięcie z lekturą może okazać się dosyć... osobliwe, ponieważ Łopatniuk ewidentnie lubi staromodny język i składnię, stosuje przestawny szyk zdania, często używa "li", a zamiast "zamiast" pisze "miast" (zabieg zamierzony). Na początku możecie mieć niejaki problem ze zrozumieniem, o co chodzi w niektórych fragmentach. Faktycznie, trzeba się oswoić z tym nietypowym sposobem pisania, ale, gdy już się do niego przyzwyczaicie, odkryjecie, że ta książka to złoto!
Nie da się ukryć, że skóra jest całkiem skomplikowanym narządem, a medycyna i patomorfologia też do najprostszych nie należą, dlatego musicie przygotować się na mnóstwo trudnych słów i fachowej, naukowej terminologii. Na szczęście autorka w cudowny sposób tłumaczy nam wszystkie te przerażające "desmosomy" i "keratynocyty" - jej obrazowe porównania pomogą Wam przyswoić nawet najbardziej zaawansowaną wiedzę. Do moich ulubionych należą zdecydowanie "hordy keratynocytów zombie".
Przy okazji Łopatniuk ma taką fantastyczną manierę, żeby wszystko zdrabniać aż do uzyskania absurdalnych wręcz wyrazów. Tak więc znajdziecie tu takie cuda jak "czerniak - czerniaczek - czerniaczątko", czy "owrzodzonko". Mogłybyśmy sobie tak pogadać, bo ja też z jakiegoś powodu uwielbiam zdrabniać!
Oczywiście, te zabiegi nie mają, broń Boże, na celu wyśmiewania jakichkolwiek owrzodzeń, czerniaków czy nowotworów, a sama książka jest nie tylko ciekawa czy dowcipna, ale też rzetelna i merytoryczna.
Muszę Was jednak ostrzec, że jest to pozycja dla czytelników o mocnych nerwach! Zdecydowanie odradzam ją osobom ze skłonnościami hipochondrycznymi - w końcu cała książka jest zbiorem tysiąca możliwych chorób, które atakują naszą skórę (i nie tylko!). Ponad sto pierwszych stron traktuje o samych nowotworach i to w takim natężeniu, że w końcu zaczęłam oglądać całe swoje ciało w poszukiwaniu nawet najbardziej niewinnych niedoskonałości i zmian!
I jeszcze te zdjęcia - prawdziwy horror! Z jednej strony uważam, że to świetnie, że się tutaj znalazły (książki z obrazkami zawsze są lepsze, a już szczególnie książki popularnonaukowe!), ale niektóre z nich były naprawdę przerażające! (Widzicie już te owrzodzone, ropiejące dwudziestocentymetrowe guzy?). Jest tu też dużo obrazów mikroskopowych, które na szczęście nie wyglądają tak strasznie. Swoją drogą, naprawdę podziwiam fakt, że patomorfolodzy i patomorfolożki są w stanie cokolwiek na nich dostrzec.
Ogromnym plusem tej książki jest to, że Łopatniuk z równym szacunkiem traktuje zarówno panów naukowców, jak i panie naukowczynie (na przykład używa feminatywów). W ogóle z każdą kolejną stroną pałałam do autorki coraz większą sympatią. To naprawdę świetna babka! Po pierwsze, ma koty! Po drugie, uwielbiam lektury popularnonaukowe, które są napisane właśnie w takim stylu - groteskowe opisy, śmieszne, dowcipne komentarze, a równocześnie ogrom ciekawych wiadomości. A po trzecie, znajdziecie tu mnóstwo nawiązań do gier, książek i całej geekowej popkultury - Władcy pierścieni, Wiedźmina czy Harry'ego Pottera. Czego chcieć więcej?
Lektura jest wymagająca, ale równocześnie dostarcza nam wiele nowych informacji i porządną dawkę rozrywki (oprócz tych wszystkich fragmentów o nowotworach, które dają głównie podwyższone ciśnienie i nerwicę). "Na własnej skórze" to naprawdę wyjątkowa książka (a w dodatku nasza rodzima!), w której ciekawe medyczne wiadomości przeplatają się z równie interesującymi (niekoniecznie medycznymi) anegdotkami, a całość jest okraszona wyjątkowym stylem pisania, humorem i wyrażeniami typu "grzyb skubaniec".
Fantastyczna, chciałbym więcej takich książek popularnonaukowych, wciągających, z ciekawym stylem i dużą wiedzą popartą badaniami, artykułami i podręcznikami. Sama evidenced based medicine skrojona w ramy popularnonaukowe.