Najnowszy tom poetycki laureatki Gdyni i Kościelskich. „Piach” będzie nie lada zaskoczeniem dla wielbicieli twórczości poetki. Osadzony w lingwistycznej medytacji nad słowem, przywodzącym na myśl twórczość Białoszewskiego, jest jednocześnie hymnem na cześć ciała, biologii i organicznego trwania.
Poetka w 2017 roku otrzymała Nagrodę Kościelskich za tom minimum (Wydawnictwo Warstwy), za który była również nominowana do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius 2018 w kategorii książka roku oraz do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego 2018. W 2019 roku wydała książkę eseistyczną Patyki, badyle (Wydawnictwo Marginesy), która zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia 2020 w kategorii esej oraz nominacje do Paszportów „Polityki” i Nagrody Witolda Gombrowicza. Felietonistka magazynu o kulturze „Dwutygodnik”, stale współpracuje z kwartalnikiem „Przekrój”.
Tomik Urszuli Zajączkowskiej, poetki i badaczki biologii roślin, to książka, która wymyka się prostym kategoriom. Piach jest jednocześnie hymnem do ciała, zapisem zanurzenia w materii, a także medytacją nad czasem, śmiercią i wspólnotą istnienia. To poezja, która – łączy język biologii i filozofii z niezwykłą wrażliwością.
Wiersz „aż wreszcie” wskazuje na główną oś tomu: cielesność. Podmiot liryczny zamieszkuje własne ciało, schodzi w jego tkanki, włókna, gruczoły, by odnaleźć się w żyłach i chrząstkach: „latami rozkrzewiam się w żyłach, chrząstkami kolan ugniatając ziemię, wydzielam gruczołami donikąd, wszystko w ciało, w siebie…” Ciało staje się tutaj kosmosem, pełnym zawiłości i ciemnych kanałów, a jednocześnie miejscem, w którym musi „być” każdy z nas. Zajączkowska w „Piachu” nieustannie zestawia mikro - i makroświat – od biologii po kosmologię. W wierszu „bańki mydlane” galaktyki zapętlają się w supły, a codzienny gest otwierania oczu staje się częścią kosmicznego żniwa: „Strzałka czasu zaciąga galaktyki w supły i wwierca je w mrok… O siódmej rano odklejam błonki powiek, rozciągam żółte ścięgna. Zaczynam żniwa dla przyszłej swej pamięci.” Ten nieustanny ruch między wszechświatem a drobiną, między gwiazdą a włóknem mięśnia czyni tom niezwykle dynamicznym, a zarazem organicznie spójnym. Ważnym motywem tomu jest przemijanie. W „poziomo” przedmioty, liście, kości, nasiona układają się wspólnie w kierunku kresu, linii horyzontu: „jeszcze trochę tu, a już bardziej tam, układają się do linii horyzontu – naszej wspólnej kreski…” Podobną medytację znajdujemy w wierszu „ogień. zgasł”, gdzie każda materia – sosna, katedra czy piórko – podlega temu samemu prawu: „Zawsze jest ten czas, punkt, kiedy gaśnie ostatni ze wszystkich już atom.” Urszula Zajączkowska posługuje się językiem oszczędnym, ale niezwykle gęstym. Każdy obraz jest zarazem sensualny i precyzyjny – widać w nim zarówno poetkę, jak i naukowca. W „różnicowaniu” zestawia muchy, szczypawki, wiśniowe płatki i sosny, by dojść do przewrotnej puenty: „Nie widzę różnicy.” Tom „Piach” to książka o wspólnocie – wspólnocie materii, ciała, natury i kosmosu. Nie ma tu granic między tym, co ludzkie i nieludzkie, małe i wielkie, ważne i błahe. Wszystko układa się w jeden pejzaż istnienia. To poezja wymagająca, gęsta, wielowarstwowa – czasem ascetyczna, czasem wręcz sensualnie nasycona. Czytelnik znajdzie tu zarówno chłód biologicznego opisu, jak i wzruszenie wspomnieniem matki w „czarnej sukience”: „więc tęsknię za tą swoją matką. za jej czarną sukienką. w której ukryć się można było na wieki.”
„Piach” to książka wymagająca, ale też niezwykle konsekwentna. Zajączkowska – poetka i botaniczka – patrzy na świat oczami badaczki, a zarazem artystki. Jej język jest gęsty, nasycony terminologią biologiczną, a jednocześnie zmysłowy i poetycki. To twórczość, która łączy naukę i lirykę, materię i metafizykę. Nie jest to tomik, który koi – raczej zmusza do konfrontacji: z ciałem, czasem, skończonością. Ale też daje niezwykłe poczucie uczestnictwa w czymś większym niż pojedyncze „ja”.
„Piach” – jak jego tytuł – rozsypuje się w drobne ziarenka obrazów i myśli, które dopiero w całości ukazują skalę zamysłu poetki. To poezja, która trwa długo po lekturze – jak drobny pył, którego nie sposób strząsnąć z dłoni.
bełkot z gatunku tych raczej ciężkostrawnych, ratowałyby go jeszcze niektóre efekciki formalne, gdyby chociaż autorka umiała operować wersem i nieoczywistościąhttps://www.goodreads.com/review/edit...#