"Gdy dowiedziałam się o chorobie Jagódki, czułam, że muszę zdać najtrudniejszy egzamin w życiu - z człowieczeństwa."
Powiedzieć, że wstrząsnęła mną ta książka, to jakby nie powiedzieć nic. Warto czytać o takich tematach, chociażby dla własnej świadomości o tych niewyobrażalnych trudnościach. Czuję, że już nigdy nie spojrzę tak samo na problemy niepełnosprawnych dzieci i ich rodzin. Książka bardzo otwierająca oczy, szczególnie na postawę otoczenia czy różnych instytucji, które zamiast pomagać, często wprawiają w jeszcze większe przygnębienie. Już sam tytuł jest wstrząsający, a warto zaznaczyć, że to nie jedna, a kilka matek wypowiedziało te słowa. Myśli tak zapewne większość, choć boją się do tego publicznie przyznać. Niektóre szczerze przyznają, że nie dzielą się tą myślą z otoczeniem, które oceniłoby je wyłącznie jako nieczułe morderczynie pragnące śmierci własnych pociech. Nikt natomiast nie pomyśli, że niepełnosprawne dzieci skazane są na dożywotnią pomoc przy podstawowych czynnościach, których nie będą w stanie wykonać, jeśli zabraknie kogoś chociażby na moment. Porzucenie ich spowoduje zastanie ich martwych, otoczonych we własnych brudach, jak to w książce było dobitnie określone. Kto zajmie się nimi, jeśli odejdą rodzice? Kto się nimi zaopiekuje, jeśli odejdzie matka, która w każdej sekundzie życia jest w stanie poświęcić wszystko, byle tylko zapewnić im bezpieczeństwo? Czy ktokolwiek wiedziałby nawet gdzie je pochować, do kogo należą?
Życie z taką odpowiedzialnością jest niewyobrażalne, a bezgraniczne poświęcenie tych kobiet wydaje się czymś niepojętym.
Bardzo dobre podejście autora, który już we wstępie zaznacza, że nie będzie to odrealniona wizja i motywacyjne wsparcie, a prawdziwe podejście matek do codzienności, z jaką przyszło im się zmierzyć. To zbiór szczerych wyznań, które niejednokrotnie łapały za serce i ukazywały ból, którego nie da się w żaden sposób wyrazić. Nie zliczę w ilu momentach zaszkliły mi się oczy; z bezsilności, rozpaczy, bezradności? Chyba wszystko naraz. I to ciągłe pytanie pojawiające się w mojej głowie: ZA CO?
Kobiety te niejednokrotnie utwierdzały mnie w przekonaniu, że pomimo całego trudu, dzieci potrafią zapewnić im radość i ukazać sens w niesieniu tego cierpienia. Bezgraniczny szacunek wobec takiej postawy i nieoceniony podziw z mojej strony. To bohaterki, które mimo wielu przeszkód, wciąż przeciwstawiają się trudnościom i powstają z upadków. Zakładając swą niewidzialną pelerynę, stale toczą walkę o lepsze dziś dla siebie i swoich dzieci