Makabryczna historia pierwszego seryjnego zabójcy w powojennej Warszawie!
Jarosław Molenda przeprowadza swojego rodzaju dziennikarskie śledztwo, tworząc kryminalny reportaż – z drastycznymi opisami zbrodni, z zachowanym językiem milicyjnych raportów, z realiami Warszawy wczesnej Polski Ludowej w tle. Autor przewertował akta IPN, notki milicyjne, protokoły przesłuchań, a także literaturę fachową dotyczącą przestępstw na tle seksualnym. Dzięki temu powstał przerażający portret seryjnego zabójcy. Nie miał on tylu ofiar na sumieniu, co późniejsi bandyci określani tym mianem, ale dokonane przez niego zbrodnie wystarczyły, by na dobre przerazić warszawianki, które przeżyły 60 dni terroru. W tle Targówek, Gocławek, Grochów i Anin lat pięćdziesiątych, gdzie grasował Wampir z Warszawy.
Myślę, że bardziej by mi się spodobało, gdybym słyszała o Tadeuszu Ołdaku pierwszy raz. Tak naprawdę ta książka powtórzyła treść podkastów, niczego nowego się nie dowiedziałam. Autor skupił się na szczegółach np. zwalczania stonki, a nie życiorysem zabójcy.
Kiedy zniszczona Warszawa próbowała powrócić do życia, pewien zły człowiek postanowił życie odbierać.
Wiosną 1950 roku zginęła pierwsza kobieta. Sprawca nie kazał długo czekać na kolejne ataki. Zabił i zgwałcił kolejną kobietę, dwóm pozostałym zgwałconym ofiarom udało się ujść z życiem. Sprawcą okazał się być Tadeusz Ołdak, który przyznał się do zarzucanych mu czynów i został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 10 kwietnia 1951 roku.
Sprawa Wampira z Warszawy nie jest aż tak bardzo popularna, jak pozostałych polskich wampirów. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z postacią Tadeusza Ołdaka, więc cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i mogłam poszerzyć swoją wiedzę. Doceniam również wstawki obyczajowe, przybliżające realia tamtych czasów (w tym słynna sprawa koloradskowo kartofelnowo żuka, zrzucanego przez wrogich imperialistów na pola naszych wspaniałych socjalistycznych kartofli). Nie doceniam za to powoływania się na Jarosława Stukana – nie lubimy się z panem Stukanem od samego początku i lektury jego książki „Seryjne morderczynie”. Drażnił mnie również momentami ten nazbyt kwiecisty styl, podbijany jeszcze przez lektora, pana Krzysztofa Plewako-Szczerbińskiego. 6/10
Mam mieszane uczucia względem tej książki. Dużo jest tutaj podręcznikowych opisów, przede wszystkim klasyfikacji zaburzeń psychicznych, co najpierw jest interesujące, jednak po jakimś czasie takie suche fragmenty, jakby żywcem wyjęte z opracowań akademickich, robią się nużące. Sama historia wampira z Warszawy jest bardzo ciekawa. Moim zdaniem dużym plusem tej książki jest załączenie sporej liczby fotografii powojennej Warszawy oraz materiałów z akt sprawy.
Jeżeli mam być szczera, to czytało mi się to średnio i musiałam robić sobie przerwy. Wydaje mi się, że cała historia jest na tyle ciekawa, że można było ciekawiej to wszystko pokazać w książce.
W bardzo fajny sposób przeplatane wątki poszukiwania mordercy oraz życia w powojennej Warszawie. Duże brawa dla autora za zebrane materiały i poskładania tego w jedną całość. Dużym plusem jest też to, ze autor stara się nie wyrażać swojego zdania i swoich odczuć, ale ogranicza się do faktów lub przytacza opinie innych osób i próbuje je przeanalizować. Książką jest dla mnie dużym zaskoczeniem.
Zbyt mało materiału na wciągnięcie czytelnika- sporo zapychaczy", odniesień do Hannibala Lectera czy popularnych książek o profilerach. Całość zaciekawia co najwyżej przez obraz powojennej Warszawy.
Sama w sobie książka nie jest źle napisana. Jednak dla mnie nie oddaje głównego wątku jako tego głównego, który miał przedstawiać Tadeusza Ołdaka jako gwałciciela i zabójcę. Za mało faktów dotyczących samego zbrodniarza, bardzo wiele informacji dotyczące powojennej Polski. Wyglada Warszawy, targów, milicji, ilość i powód spożywania alkoholu przez Polaków. Rozumiem zamysł, żyjemy teraz w innym świecie i dla niektórych nie jest możliwe wyobrażanie sobie życia w Polsce za czasów PRL. Jednak gdzieś w tym wszystkim zgubił się wątek tych okrutnych zbrodni dokonywanych przez Wampira z Warszawy. Mimo, iż był często wspomniany to jakby te wiadomości ciagle się w kółko przez cała książkę powtarzały/ powielały.
Jedyna negatywna myśl jaka wysunęła mi się również na koniec to przestronny dostęp do alkoholu kiedyś i dzisiaj. Jest on nieodłącznym elementem naszej Polskiej kultury i niestety wiele złych czynów jest popełnianych właśnie pod jego wpływem, który nawet w PRL, gdzie nic nie było, to alkohol był dostępny wszędzie.
Tak czy siak mimo to, dobrze mi się czytało całość, ciekawiły mnie zawarte wiadomości w fabule. Czytać o tym jak wyglądała Warszawa po II wojnie światowej również było na swój sposób interesujące.
Była okay, bardzo dużo podręcznikowych opisów procesów psychologicznych, a nie tego od niej oczekiwałam. Momentami zapchana niepotrzebnymi informacjami, a końcówka książki to już wybitnie. Dla mnie była interesująca, bo interesuje mnie psychologia, natomiast nawet dla mnie momentami było tego za dużo. Po prostu przeszkadzało w czytaniu. Czy poleciła bym? No nie. Czy żałuję, że przeczytałam? Też nie, bo jednak sporo się dowiedziałam. Zostaje przy opinii, że jest spoko, ale nie uważam, żeby była na liście, że to trzeba przeczytać, bo nie. Raczej taka zapchaj dziura, jak już człowiekowi się wydaje, że wszystko dostępne na rynku o mordercach przeczytał.
"Milicjanci ze specjalnej grupy muszą namierzyć i zatrzymać seryjnego zabójcę. Jak najszybciej, bo jedną z ofiar jest bratanica Edwarda Gierka - a to już niemal zamach na władzę ludową".
Książka powinna nosić tytuł "Sprawa Wampira z Warszawy na tle zmian społeczno-ekonomicznych w powojennej Polsce". Tak naprawdę historia zbrodni i śledztwa ws. Ołdaka jest po prostu skąpa i nudnawa, dlatego większość książki stanowi opis powojennej Warszawy i tego jakie były okoliczności oraz nastoje społeczne. Czyta się dobrze, ale raczej książkę powinno się reklamować tak, aby sięgnęły po nią osoby chciące zapoznać się z życiem we wczesnym PRL, a nie zainteresowane wciągającą sprawą kryminalną, albo ciekawym profilem zbrodniaża. Takich tu nie znajdziemy.
Dawno nie słuchałam tak nudnej książki. Momentami myślałam, że będzie to dnf. Najgorsza książka stycznia. Nie jestem wstanie powiedzieć co było w niej nie tak jednak myślę, że mógł być to poprostu styl pisania autora oraz głos lektora (słuchałam na bookbeat). Były tam niepotrzebne wstawki, albo coś co mogło by zmieścić sie w jednym akapicie było w pięciu. Warto spróbować przeczytać książkę, jednak nie nastawiać się, że się ją skończy.
Nie będę ukrywać, na rozdziale o stonce mocno skisłam.
Nie wiem, zawsze chwytam za książki true crime i jestem podekscytowana poznaniem historii. A potem okazuje się, że wolę jednak podcasty o tej tematyce. Mniej owijają w bawełnę, są konkretniejsze, a jednocześnie zawierają mnóstwo szczegółów. Jestem trochę rozczarowana tym tytułem, trochę znudzona, a jednocześnie odczuwam pewną obojętność, brak zaskoczenia moją opinią, moimi wrażeniami.
2,5 Jeśli ktoś nie słyszał o tej sprawie wcześniej, na pewno bardziej mu się spodoba, ale ja lubię historie true crime, i nie dowiedziałam się niczego nowego na temat tej sprawy. Ale o PRL jak najbardziej, USA zrzucające stonki na Polskę jako mastermind plan, big brain moment. Ale na temat sprawy? Nic nowego, jest ona przedłużona o jakieś 80 stron conajmniej.
Spodziewlam sie historii drastycznej, pełnej emocji, a tutaj takie flaki z olejem. Strasznie duzo dygresji w niej bylo, momentami mialam wrazenie ze autor zapomina o czym miał pisac i nagle wraca do głównego wątku.
Mi się podobała. Nie rozumiem utyskiwań na dygresje autora w kierunku opisów socjologiczno - politycznych tamtych czasów. Reportaż to reportaż i czasem fajnie jest znać realia danego okresu. Jestem na tak
Lubię true crime, które do minimum ograniczają subiektywną ocenę zdarzeń autora, a za to jak najbardziej się da trzymają się źródeł. „Wampir z Warszawy” Jarosława Molendy właśnie taki jest. Autor powołuje się na wiele źródeł dostępnych w archiwach, często dosłownie je cytuje, dając czytelnikowi prawdziwy obraz tego, jakie emocje wywoływała sprawa Wampira z Warszawy w czasie, gdy działał – czyli wiosną 1950 roku. Sprawa sama w sobie może nie zaintrygowała mnie jakoś bardzo – co prawda zarówno przydomek, jak i łatka pierwszego seryjnego mordercy w powojennej Warszawie, które przypięto Tadeuszowi Ołdakowi, brzmią dość elektryzująco i na pewno przyciągają uwagę, ale mimo wszystko sama sprawa już tak elektryzująca nie jest. Ołdak napadał na kobiety w celach seksualnych, a ujęcie go zajęło zaledwie 2 miesiące, trudno tę sprawę porównywać do innych spraw seryjnych morderców, którzy działali przez lata. Niemniej jednak jest to książka moim zdaniem bardzo dobra, dobrze i interesująco napisana, również dobrze odczytana (ponieważ słuchałam tej książki w audio – czytał Krzysztof Plewako-Szczerbiński), ukazująca sprawę na tle Warszawy kilka lat po wojnie. To zawsze wartość dodana w tego typu książkach. Z pewnością będę czytać też inne książki z tej serii, a tę polecam.
W całości książka nie tak ciekawa i wciągająca jak się zapowiadała. Bardziej to kronika z opisami w części nie dotyczącymi głównego bohatera. Najciekawsza w całym wydaniu jest końcówka książki.
Dobry reportaż. Czytałam z ogromnym zaciekawieniem. Na plus zagłębienie się autora w realia powojennej Warszawy oraz jej społeczno kulturowe aspekty towarzyszące opisywanym wydarzeniom.