Naciągana czwórka. Gdyby Goodreads nie był durny, to dałbym 3,5/5.
Boży bojownicy to nadal nie Husycka o której mi opowiadano. Nadal nie widzę tu nic, co przebijałoby Wiedźmina. Nie wiem czym zachwycał się Vávra. Jest sprawniej, gęściej, bardziej przemyślanie - ale lepsze wrogiem dobrego.
Po rozczarowującym Narrenturmie obniżyłem oczekiwania. Słusznie, bo Boży bojownicy wydawali się przez pierwsze trzysta stron książką lepszą. Potem, niestety, nastąpiło sto stron powtórki z pierwszego tomu, a kolejne dwieście z hakiem to rollercoaster formy i jej braku. Ostatecznie, świeżo po finale, jestem po prostu zmęczony. Rasowy cliffhanger zostawił z pytaniami, na które nie mam na razie siły odpowiadać. Nie poznałem odpowiedzi na pytania, które chciałem zadać w toku fabuły. Na przykład: czy Reynevan przestanie być idiotą?
Ryzykowne jest wzięcie na pierwszy plan bohatera z którym trudno się utożsamić. Reinmar z Bielawy łącznie już od 1200 stron usiłuje mnie do siebie zniechęcić. Nie uczy się, nie zmienia w sposób istotny - jak gówniarz i chorągiewka na wietrze goni za tym, czego oglądać bym nie chciał. Nawiasem, dlaczego kobiety mają słabość do Reynevana? Nie mam pojęcia. Ma co prawda pewne talenty i swoje wie, ale wszystko zaprzepaszcza, raz po raz. W imię honoru, wiary i innych wydumanych imponderabiliów. To irytujące i zniechęcające - myślę, że każdy kto widział i poznał tyle co on powinien już dojrzeć, dojść do pewnych konkluzji i zacząć przekuwać myśli w praktykę. Upodobnić się do swoich towarzyszy - Szarleja i Samsona (co moooże wydarzy się w trzecim tomie), którzy znów ratują wspólne sceny trzeźwością umysłu. Samson to zresztą jeden z moich ulubionych bohaterów. Innym jest żelaznooki tajemniczy jegomość, którego sceny kradną pierwszą (lepszą) połowę książki.
Kiedy bohaterem nie jest Reynevan, lub chociaż pierwsze skrzypce odgrywają walki i podchody - jest dobrze. Romans, ściganie Reinmara i infodumpy o zmierzchu średniowiecza bronią się dużo gorzej. O dziwo przestała mi wadzić magia, bardziej wyważona kosztem do efektu. Sprawniej wpleciona w główny wątek i raźniej wykorzystywana przez różne strony konfliktu. Brakowało tego w Narrenturmiei Boży bojownicy istotnie poprawiają sporo wad poprzedniczki. Nadal niewystarczająco dużo, bo jest co tu wycinać, co pomijać i co uzupełnić.
Językowo - typowa sapkowszczyzna, przesycony styl niejednokrotnie pozbawiony treści. Szermierka słowna, nawiązania, niekamuflowany antyklerykalizm (świetne "Pambu" grające na trybalistycznej nucie) - wszystko to ma swój urok i zasadniczo pasuje do ogólnego wydźwięku Husyckiej, ale trzeba znać umiar. Autor nie znał i wrzucił do tego bigosu co miał (wracam do tej metaformy, bo trafna). Dość powiedzieć, że ostatnie 100 stron męczyłem, nie przewracając stron w napięciu co się zaraz stanie, a chcąc wreszcie to skończyć i odpocząć. Cieszy jednak śledzenie szlaku husytów, rozwój postaci Samsona i domykanie pewnych wątków, hojnie narozpoczynanych w Narrenturmie. Dialogi co do zasady trzymają poziom - miła odmiana po "W imię Boga", gdzie było wprost przeciwnie.
Nie mam już specjalnych oczekiwań względem zakończenia trylogii. Liczę po prostu na sprawne dojście do finału, domknięcie wątków w sposób jakkolwiek satysfakcjonujący. Przestałem łudzić się, że Reynevan dorośnie. I chyba rozstałem się z myślą, że Sapkowski to ekstraklasa. Husycka mi go odbrązawia. Nie czuję satysfakcji - jest mi przykro.