O TAKIM ŚREDNIOWIECZU NIKT JESZCZE NIE PISAŁ Co wówczas człowiek myślał o zwierzętach? Jak wyglądała praca dawnego zoologa i jego magiczne eksperymenty? Jak powstały wyobrażenia o ludzko-zwierzęcych hybrydach? Czy w średniowieczu istniały ogrody zoologiczne? Czy wierzono, że zwierzęta pójdą do nieba i należy je sądzić jak ludzi? Barwne opowieści o średniowiecznej faunie wzbogacone zostały o oryginalne ilustracje, które mogą wzbudzać zarówno śmiech, jak i przerażenie. Znaczną część autorka poświeciła opisom stworów fantastycznych: smoków, gargulców i jednorożców. Nie zapomniała też o ówczesnych wegetarianach. Wszystko to prowadzi do zastanawiającego wniosku: świat zwierząt oddziaływał na ludzi w średniowieczu silniej niż obecnie. Maja Iwaszkiewicz jest historyczką sztuki i mediewistką zakochaną w kulturze średniowiecznej i odszyfrowywaniu jej tajemniczego języka symboli. Próbuje zarazić tą miłością innych.
Z wykształcenia historyczka sztuki i mediewistka. Zakochana w średniowieczu, odkrywaniu jego kultury i odszyfrowywaniu jego tajemniczego języka symboli. Próbuje zarazić miłością do średniowiecza innych, chociaż nie jest to łatwe zadanie. Zajmuje się historią, lecz nie od strony wielkich wydarzeń, a małych ciekawostek, które pozostają nieznane, a czasem nawet niezbadane. Uwielbia podróżować i wypatrywać przedziwne fragmenty sztuki wyrzeźbione tam, gdzie rzadko sięga wzrok turystów.
Przeszkadzała mi ekscytacja autorki w postaci mnóstwa wykrzykników, nie zgadzam się też z tezą, że średniowiecze wcale nie było wiekami ciemnymi, ale sama książka jest całkiem ciekawa i warto zwrócić na nią uwagę.
Okropność. Styl infantylny, lanie wody jak w referacie w szkole podstawowej, do tego niesamowicie mocno nacechowany emocjonalnie język. Bez ładu i składu. Można ewentualnie w księgarni obejrzeć obrazki, ale czytać (ani tym bardziej kupować!) nie warto.
Mam sporo krytycznych uwag wobec książki Mai Iwaszkiewicz, "Świnia na Sądzie Ostatecznym", ale równoważą się one przedstawionym materiałem i - odrobinę - sposobem prezentacji.
Myślę, że dla późnych licealistów i licealistek myślących o humanistycznej przyszłości to lektura prawie obowiązkowa, choć jak wiemy Sąd Ostateczny ponoć będzie dotyczył wszystkich, więc warto sprawdzić czy zdaniem średniowiecznych teologów znajdziemy się tam razem z naszymi zwierzakami, czy jednak nie.
Był taki moment,przez który bardzo się nudziłam i byłam gotowa dać tej książce tylko 3 gwiazdki,jednak ostatnie dwa rozdziały były bardzo interesujące,dlatego daję 4/5. Napisana jest względnie dobrze,jednak czasami bardzo mnie denerwował nadmierny entuzjazm autorki. Poza tym było spoko. Jak mówiłam,niektóre rozdziały opowiadały o czym zupełnie mnie nieobchodzącym. Najbardziej podobały mi się-jak już zdążyłam wspomnieć-dwa ostatnie rozdziały,które zdecydowanie mnie przekonały do wystawienia tej książce wyższej oceny. Średniowiecze to bardzo ciekawa epoka,ale wszystko prowadzi w niej do kościoła,co mnie denerwuje. Nawet po przeczytaniu tej pozycji uważam,że średniowiecze jest ciekawym okresem historycznym,ale było to totalne zadupie wiedzy *przepraszam za kolokwializm*. Zdecydowanie książka nie dla każdego,ale warto jest ją poznać.
Zupełnie nie mój sposob podawania faktów w postaci zbytniego mizdrzenia się do czytelniczki. Książka dla zupełnych laików. Jeśli ktoś cośkolwiek więceje wie o średniowieczu i nastawiał się na jakąś większą niż powierzchowna podaż informacji, jak ja, to się zawiedzie. Autorka prawie w ogóle nie poświęca uwagi eksploatacji zwierząt w średniowieczu (sytuacj a zwierząt w gospodarstwach, średniowieczne jatki itp.), trzymajac sie kuroczowo swojej tezy i misji, by udowodnić jaka ta epoka byłą super fajna, zwłaszcza dla zwierząt (eeh...). Nastawiałam się na jakiś bardziej pogł ebiony opis ikonografii przynajmniej "podstawowych" przedstawicieli fauny. Nic, poza wzmianką, nie ma też o wielu przykładach świetych, którzy szanowali i opiekowali sie zwierzetami, albo mieli "epizod prozwierzęcy" w historii (np. powszechne w średniowieczu wizerunki św. Rocha z psem, św. Hieronim i lew, św. Antoni i świnia, świeci pustelnicy, mniej znany, ale jednak św. Kieran Młodszy itp). Rozdział o wegetarianizmie tez jets totalnie naskórkowy i niepełny - zabrakło chocby przybliżenia poglądów św. Bazylego, Hieronima, którzy wprost opowiadali się przeciwko jedzeniu mięsa, w tym św. Bazyli jest o tyle ciekawy, że również ze względów etycznych, a nie tylko ściśle doktrynalnych, co jak słusznie zauważa autorka najczęściej w chrześcijaństwie niewiele miało wspólnego z etycznym spojrzeniem na zwierzęta. Zaryzykowałabym wbrew temu co podała autorka, że pierwszymi śreniowiecznymi weganami byli pustelnicy. Choć informacja i postać, którą przybliżyła jako "jedynego weganina" tej epoki jets bardzo ciekawa i tu plus dla autorki za wygrzebywanie tej perełki. Najlepiej wypadają pierwsze rozdziały, w tym ten o bestiariuszach, niewątpliwą zaletą tej książki jest wyciągani takich ciekawaotske mało znanych, szkoda tylo, ze ogólenie zabrakło nastawienia na bardzije pogłębioną analizę tematu. Książka powinna być co najmniej ze 100-150 stron dłuższa, wtedy byłoby wiecej pola niż tylko prześlizgiwanie się przez tematy. Trochę tak wyszło jakby autorka sama do końca nie wierzyła, ze ten etmat moze kogoś zainteresować, mimo że na każdym kroku podkreśla jak bardzo epoka i opisywane zjawiska są ciekawe... Daję 2,5. Autorka jest młodą osobą i trzymam kciuki za kolejne publikacje, tym razem tylko bardziej dopracowane i mniej "mizdrzace" się do czytelnika.
Nie będę tego ukrywać, trochę się zawiodłam. Za mało treści, a za dużo powrotu do fragmentów, o których mówiło się na początku książki. Nie jest to gruba pozycja, więc nie było takiej potrzeby, aby coś przypominać - przynajmniej ja jej nie czułam. Co do samej treści - dowiedziałam się czegoś nowego, utrwaliłam też to co wiedziałam. Żałuję, że niektóre tematy nie były bardziej pogłębione. Mam cichą nadzieję, że to przez brak źródeł. Bardzo podobały mi się ilustracje i zdjęcia załączone w książce. Dodawały jej klimatu.
Pierwsze strony są po prostu rozczarowujące…. Temat niezwykle interesujący, jednakże praca napisana w sposób infantylny. Czy jest to publikacja kierowana do dzieci? Autorka, co drugie zdanie, wykrzykuje swój zachwyt, często niepotrzebnie powtarza informacje i przywołuje oraz wyjaśnia podstawowe fakty. Co chwilę informuje nas, o czym będzie pisać w kolejnym akapicie. Brakuje tutaj pogłębiania tematów, są one omówione bardzo powierzchownie. W tym wypadku, przyczyną może być niedostatek źródeł, lecz powinna o tym wspomnieć we wstępie. Książkę można byłoby, spokojnie, skrócić o połowę, a treść by na tym nie ucierpiała. Dopiero od około s. 100, czyli 3 rozdziału docieramy do miejsca zadowalającego czytelnika i faktycznie możemy zafascynować się tematem. I pomimo wielu merytorycznych treści i ciekawostek, koncepcja tej publikacji, jako takiej luźnej pogawędki z odbiorcami, wywołuje niejednokrotnie zażenowanie odbiorcy. Zwłaszcza, gdy autorka próbuje ironicznie żartować (?) z kwestii, które niekoniecznie mogą śmieszyć. Wiele osób z pewnością zwróci uwagę na przepełnienie tekstu subiektywnymi osądami czy uwagami, której niejednokrotnie szokują odbiorcę. Jednakże pomimo tych wielu, w moim mniemaniu, wad, pozycja ta jest warta uwagi z powodu naprawdę fascynującego tematu.
Fantastyczna lektura. Jest tu taki ogrom ciekawostek, że trudno się oderwać od czytania, a do tego są one wzbogacone pięknymi średniowiecznymi ilustracjami. Kilka razy zaśmiałam się na głos z pewnych absurdów tej epoki i komentarzy autorki, której, swoją drogą, światopogląd jest mi bardzo bliski. Na samym początku liczba wykrzyknień dla mnie trochę za duża, ale potem już czyta się naprawdę dobrze, więc nie warto się zniechęcać. Według mnie świetny pomysł na książkę. Autorce zdecydowanie udało się zafascynować mnie tą epoką.
Gdy tylko zobaczyłam, tę książkę w zapowiedziach, to wiedziałam, że będę musiała mieć ją na półce. I gdy w końcu ją dorwałam w swoje ręce, szybko przyszło rozczarowanie. Prawie nic mi się w tej pozycji nie podobało. Większość faktów znałam, ciężko było autorce przykuć moją uwagę na dłużej niż dwie strony. Głównie dlatego, że styl, w jakim została napisana ta książka, strasznie mnie odrzucał. Momentami miałam wrażenie, że czytałam transkrypcję z jakiegoś wystąpienia na YT, albo jakiegoś wykładu gościnnego. Strasznie się nad nią męczyłam i mam wrażenie, że gdyby była odrobinę nawet dłuższa, to nie dałabym rady przez nią przebrnąć.
Przyznam, że jak rzadko kiedy, mam problem, jak ocenić tę książkę - "Świnia na Sądzie Ostatecznym. Jak postrzegano zwierzęta w średniowieczu" Mai Iwaszkiewicz. Do tytułu przyciągnął mnie niecodzienny temat, który uznałam za wielce interesujący. I na początku byłam książką zachwycona - informacje są dość niecodzienne, więc można wiele się dowiedzieć. Ale jak już się zapewne domyśliliście, znalazło się kilka "ale". Otóż najbardziej przeszkadzał mi język wypowiedzi. Jest to książka raczej przeznaczona dla młodzieży, posiada wiele wtrąceń, infantylizmów, nie mówiąc już o poglądach Autorki, ale to pod język nie podchodzi. Chyba nastawiłam się na bardziej naukową pozycję i przez to miałam problem - więc nie róbcie tego samego, co ja! Również miałam niekiedy wrażenie potraktowania tematów po łebkach, powtarzalności niektórych zagadnień, w miejsce których mogłyby wejść bardziej szczegółowe opisy. Poza tymi minusami, książka może Wam przekazać naprawdę wiele ciekawostek, np. o różnych hybrydach, o których istnieniu średniowieczni ludzie byli przekonani; czy o co chodziło w końcu z tym jednorożcem. Dlatego jeśli chcielibyście się czegoś o tym dowiedzieć, nie oczekując naukowych wywodów, tylko bardziej takiej gawędy, sięgnijcie po tę pozycję, bo wiedzy tutaj ogrom! Po prostu nastawcie się na prosty język i zdania typu: "Widzicie więc, że nie wszyscy średniowieczni mnisi byli rozmodlonymi nudziarzami siedzącymi bez przerwy w swoich klasztornych celach!" czy pisane z ironią: "[...] św. Hubert był super, bo polował i ukazał mu się Chrystus [...]". Dla mnie ta forma wypowiedzi, pomimo swojej lekkości, była już niekiedy nużąca. Daję jej 6/10 gwiazdek za wszystkie ciekawostki i jako ukłon w stronę Autorki za jej interesujące badania - bo to robi duże wrażenie!
Po książkę Mai Iwaszkiewicz sięgnęłam jako miłośniczka sztuki w każdej postaci, również szeroko pojętych sztuk wizualnych, jako osoba, która w pewnym momencie mocno rozważała studia z zakresu historii sztuki (z której zresztą całkiem nieźle zdałam maturę) oraz jako osoba, która jest absolutną miłośniczką recenzji i literackich gustów Wojciecha Szota - który, tak się zdarzyło, o tej książce raczej pozytywnie pisał na blogu empiku (dla ciekawych: https://www.empik.com/empikultura/ksi...).
Maja Iwaszkiewicz jest historyczką sztuki, która za cel wzięła sobie takie opowiadanie o swojej ukochanej epoce - średniowieczu - aby czytelnik z jednej strony chociaż trochę zapamiętał, z drugiej się nie zanudził, a z trzeciej możliwe, że nieco rozwiał w swojej głowie obecne wyobrażenie na temat "wieków średnich", które, jak się zdaje, aż tak zacofaną, ciemnogrodzką i okropną epoką, jak często uważamy, wcale nie były. Autorka opowiada w książce, jak wskazuje tytuł, o miejscu i sposobie postrzegania zwierząt w średniowieczu - więc operuje tutaj na pograniczu historii sztuki, (mikro)historii powszechnej i historii nauk przyrodniczych, niejednokrotnie wtrącając również inne uwagi.
I przyznam, że najważniejszy cel udaje się wspaniale - bo książka Autorki wciąga bardziej niż porządny kryminał. Naprawdę, nie uważam się za typową miłośniczkę książek typowo historycznych, tysiącstronicowe biografie ważnych mężczyzn nie są dla mnie, ale takie wspólne odkrywanie różnych motywów, ciekawostek, ważnych postaci i tendencji jest dla mnie porywające. Pomagają w tym dwie kwestie - po pierwsze bardzo bogate ilustracje (brawa dla wydawnictwa!), po drugie bardzo lekki, momentami potoczny język, który sprawia, że cała opowieść przypomina bardziej rozmowę na kawie z pasjonatką jakiegoś tematu niż wykład typowo naukowy (mimo naprawdę solidnej dawki wiedzy o zoologii, średniowiecznych badaczach, a nawet średniowiecznym systemie prawnym).
Szczerze mówiąc, żałuję mocno, że ta książka nie była wydana już wtedy, gdy zdawałam maturę z historii sztuki, albo w ogóle w momencie, gdy uczęszczałam do liceum, i gdy moja pani z polskiego, z którą byłam w permanentnym światopoglądowym konflikcie (ale to chyba historia na inny tekst), za cel obrała sobie przekonanie nas wszystkich, że w średniowieczu to tylko krew, zmora i pożoga. Już nie mówiąc o bezsensie tego, że w liceum przez rok omawialiśmy czasy starożytne (włącznie ze wszystkimi dziwnymi dla współczesnych nastolatków wierszami) oraz Biblię, a potem dzieła jak "Mistrz i Małgorzata" oraz "Lolita" po prostu się "nie zmieściły" w programie. W każdym razie: może gdybym miała dostęp do dzieła Mai Iwaszkiewicz nieco wcześniej, trochę inaczej wyglądałoby moje postrzeganie całej tej epoki - bo rzeczywiście, wiele spraw zostało mi tutaj bardzo klarownie rozjaśnionych.
Pytanie, jakie w tym momencie może się pojawić, brzmi: czy jest to moim zdaniem książka idealna? Nie, absolutnie. I ponownie: zgodzę się tutaj z argumentacją Wojciecha Szota z tekstu przywołanego poniżej, tzn. z tym, że najsłabszym elementem jest tutaj strona redakcyjna. Po pierwsze brakuje tutaj w ogóle osoby, która zajęłaby się redakcją naukową - wiem, że na polskim rynku niestety jest to norma, ale uważam, że z tą szkodliwą tendencją należy mocno walczyć, zwłaszcza gdy ma się takie ambicje, jak Wydawnictwo Poznańskie. O ile bardziej wiarygodne byłyby bowiem wszystkie informacje, gdyby klarowne było, że oprócz autorki merytorycznej redakcji dokonał inny poważany w środowisku pracownik naukowy.
Co do zasady nie przeszkadza mi bardzo nieformalny język (może poza jakimś jednym minimalnym zgrzytem), mam natomiast wrażenie, że nie została wykonana poprawnie również redakcja "normalna", tzn. ta stricte językowa i techniczna. Strasznie dziwaczne są dla mnie podpisy ilustracji, a potem nieumieszczenie ich jednego spisu - wydawało mi się, że każdy, kto choć raz w życiu pisał coś przypominającego pracę licencjacką, magisterską lub inżynierską ma chociaż nikłą świadomość istnienia różnych, jednolicie ustalonych konwencji podpisów, oraz że tym bardziej osoba biorąca za redakcję pieniądze (oraz autorka, która jest pracowniczką naukową) wiedzą, że z jakiegoś powodu należy tę konwencję stosować - i moim zdaniem odnosi się to również do prac nie typowo naukowych. Drugą kwestią jest tutaj brak przypisów do różnych, często dyskusyjnych, twierdzeń autorki. Rozumiem, że nikt nie chciał "zaśmiecić" tekstu przypisami, żeby różnych typów czytelników-laików do tej książki nie zniechęcić, natomiast jest to również zrobione mocno niejednolicie, tzn. w niektórych przypadkach przypisy są, a w niektórych po prostu ich nie ma. Myślę, że pomogłaby tutaj chociaż ogólna klasyfikacja źródeł według rozdziałów, albo właśnie zmodyfikowanie części bibliograficznej w taki sposób, by różne nieco kontrowersyjne stwierdzenia z wywodu były tam "uźródłowane", tzn. powiązane z jakimś konkretnym źródłem.
Trzecim problemem źle wykonanej redakcji są również czasem niespójności samego tekstu (przywołana przez Wojciecha Szota kwestia ze świętymi), minimalnego chaosu albo nagromadzenia wykrzykników (ponownie: nie mam problemu z potocznym stylem, ale chyba pięć wykrzyknień na jednej stronie to troszkę za dużo, nawet jeśli historia sztuki jest bardzo ekscytująca). Maja Iwaszkiewicz świadomie daje wyraz swojemu światopoglądowi, z którym ja zresztą bardzo współgram i myślę, że bardzo dobrze bym się z Autorką dogadała na żywo - ale choć z jednej strony jest to ciekawe i bardzo "personalne", z drugiej tym bardziej woła o eksperta, który mógłby dokonać tutaj redakcji naukowej.
Mimo tych błędów czy niedogodności uważam jednak, że książka Mai Iwaszkiewicz to książka, którą warto się zainteresować - zarówno wtedy, gdy sami jesteście miłośnikami sztuki, jak i gdy macie w otoczeniu np. nastolatków, którzy zdają teraz lub niebawem maturę czy inny egzamin z polskiego, albo którzy lubią fantastykę i wymyślone stwory z Harry'ego Pottera (zaskakujące, jak wiele średniowiecznych symboli przedostało się do tej sagi). Ciekawa pozycja prezentująca mniej skostniałe podejście do epoki, o której powszechnie wiemy niestety jeszcze bardzo mało, i mająca realną szansę obudzenia w czytelnikach fascynacji, albo chociaż sympatii. Warto.
Zawiodłam się na tej pozycji. Temat jest dla mnie bardzo ciekawy i miałam nadzieję na dużo interesujących faktów. Niestety większość książki to powtarzanie wciąż tych samych informacji i "lanie wody". Momentami miałam wrażenie, że czytam wypracowanie ucznia gimnazjum, który na siłę chce wyrobić wymaganą liczbę stron. Do tego styl autorki jest dla mnie zbyt infantylny. Lubię książki pisane lekko, ale tu zdecydowanie za dużo zwrotów potocznych, prywatnych opinii, zwrotów bezpośrednio do czytelnika. Gdyby wyrzucić wszystkie te akapity o niczym, książka byłaby o połowę krótsza. Jeśli zaś chodzi o same poruszane tematy, są one niewątpliwie ciekawe i chętnie bym się czegoś więcej o nich dowiedziała, ale przy pomocy tej pozycji nie jest to łatwe, bo konkretnych przykładów jest tu niewiele, a jeszcze mniej takich, które faktycznie są mniej znane i zaskakujące. To może być dobra książka tylko dla kogoś, kto zupełnie nic nie wie o średniowieczu i w ogóle nie czytuje książek popularnonaukowych. Ale autorki nie skreślam, może uda się jej w przyszłości stworzyć coś dobrego, bo zadatki jakieś są.
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak ludzie w średniowieczu postrzegali zwierzęta? Które z nich były traktowane z szacunkiem, a które nie cieszyły się powszechnym poważaniem i dlaczego? Chcielibyście wiedzieć, czy mogły pójść do nieba, albo co działo się z nimi, gdy kogoś zabiły? Na te i wiele innych pytań odpowiada w swojej książce Maja Iwaszkiewicz, historyczka i mediewistka (czyli badaczka średniowiecza!). Jeśli ten okres w naszej historii dotąd kojarzył Wam się wyłącznie z ciemnymi wiekami, mentalnym regresem i zerowym poziomem nauki, przeżyjecie duże zaskoczenie!
Już od pierwszych stron widać ogromną pasję i miłość, jaką Maja Iwaszkiewicz darzy średniowiecze. Naprawdę jest zafascynowana tym okresem i z całej siły próbuje nas przekonać, że to epoka, która miała do zaoferowania o wiele więcej, niż mogłoby nam się wydawać. Dzięki uroczej, zabawnej narracji książkę czyta się bardzo przyjemnie, a autorka jest swobodna i otwarta, często zwraca się do czytelnika, zmniejsza dystans między nami i robi wszystko, żeby nas tymi czasami oczarować.
Zupełnie jej się nie dziwię - w końcu cóż to za cudowny świat, w którym nikt nie neguje istnienia syren czy cyklopów, w którym gryfy, smoki i jednorożce są realne! Życie w średniowieczu musiało być pod tym względem niesamowicie ciekawe (lepiej wyprzeć z pamięci jego mniej przyjemne aspekty, takie jak dżuma czy krucjaty)! Sama Iwaszkiewicz pisze: "Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że znajdziecie tu kolejny dowód na to, że warto pokochać średniowiecze - w tamtych czasach żaden dorosły, poważny, wykształcony człowiek nie powiedziałby Wam że jednorożce nie istnieją!". I dla mnie to jest bardzo przekonujący argument!
Oczywiście różne niezwykle abstrakcyjne mityczne stworzenia są tylko jednym z wielu tematów, które porusza autorka. Dużo więcej czasu poświęca realnym zwierzętom, ich życiu i znaczeniu w ówczesnym świecie. Nawet religię, która odgrywała w średniowieczu ogromną rolę, ale równocześnie kojarzy nam się z głównym powodem ogólnego zacofania społeczeństwa, autorka przedstawiła w niezwykle zajmujący sposób, przytaczając fakty, z których istnienia na pewno większość z nas w ogóle nie zdawała sobie sprawy.
Niestety nie może być tak całkiem kolorowo. Pozycja jest pełna nieskładnych zdań, a powtórzenia w niektórych miejscach aż kłują w oczy. Pojawiły się tu też sformułowania, które znaczą coś innego, niż prawdopodobnie miały w zamyśle. Ale zdecydowanie największym minusem jest ciągłe ponawianie tych samych myśli na przestrzeni całego tekstu. Momentami czułam się tak, jakbym czytała rozprawkę na egzaminie gimnazjalnym (dobra, przypomniało mi się, że gimnazjum już nie istnieje... ale wiecie, o co mi chodzi, prawda?) i to rozprawkę kogoś, kto postanowił, że najlepszą taktyką będzie lanie wody i powtarzanie po trzydzieści razy tego samego stwierdzenia w wielu wariacjach.
Dlatego szczerze nie wiem, co z tą książką zrobić. W końcu jej lektura jest niesamowicie ciekawym doświadczeniem, przekazuje ogrom informacji, bawi i zaskakuje. Autorka osiągnęła swój zamiar - udowodniła, że średniowiecza zdecydowanie nie można nazwać okresem, w którym nic się nie działo, pozwoliła nam spojrzeć na nie od świeżej, bardziej przychylnej strony. "Świnia na sądzie ostatecznym" została też naprawę starannie wydana - już sam tytuł zdecydowanie intryguje czytelnika, w książce znajdziemy mnóstwo średniowiecznych grafik, a na końcu quiz z wiedzy, zdobytej podczas czytania. Maja Iwaszkiewicz miała cudowny pomysł, tylko wykonanie momentami nie do końca zachwyca.
Lekka i niezobowiązująca lektura na temat postrzegania zwierząt przez ludzi w średniowieczu. Nie jest to poważna książka popularnonaukowa, ale też takiej nie udaje. Sypie ciekawostkami, aluzjami i anegdotami, a sama autorka bardziej próbuje zafascynować cię tematem niż przekazać rzetelną wiedzę. Taki miły sposób na spędzenie wieczoru po ciężkim dniu.
Lektura jest niestety męcząca przez nadmierny chyba entuzjazm autorki, przekładający się na niemal karalne nadużycie wykrzykników! Najgorzej, że pojawiają się one nawet w zdaniach, gdzie się ich nie spodziewasz, powodując ciekawy efekt mentalny, w którym biedny zrelaksowany mózg wpada w zakłopotanie, bo musi nagle zmienić wydźwięk i sens zdania. Uhh! Rozumiem cel redakcji, żeby sztucznie podtrzymywać ogólne momentum książki i usilne reanimować krótki czas możliwego skupienia czytelnika, ale to już naprawdę przesada i moim zdaniem wielki cios dla tej - nie biorąc pod uwagę tego przykrego faktu - fajnej książki.
Mimo to przyznaję, że czytając książkę Mai Iwaszkiewicz dobrze się bawiłem. Wykrzyknienia i entuzjazm są męczące, ale jest to książka na jedno, maks dwa posiedzenia, więc nie wdają się bardzo we znaki. Istnieje też problem naciągania faktów, chociaż tu bardziej winne są średniowieczne źródła - z wyobraźnią tamtejszych autorów po prostu trzeba wybrać w co się wierzy a w co nie. Oprócz tego książka nadrabia bardzo ciekawym tematem, który moim zdaniem zasługuje na dogłębne i naukowe opracowanie. Mam nadzieję, że autorka nam kiedyś owo sprezentuje.
"Z kolei w 1474 roku w Kahlenbergu na stosie jako heretyk spłonął kogut, który został posądzony o zniesienie jajka, a więc zaprzeczenie swojej płci i jej naturze." "Świnia na sądzie ostatecznym" to jedna z tych książek, które w tym roku, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Za sprawą autorki przenosimy się do średniowiecza, aby spojrzeć na świat zwierząt z zupełnie innej, niezwykle interesującej strony. Maja Iwaszkiewicz próbuje nam między innymi wytłumaczyć dlaczego artyści wyobrażali sobie różne stworzenia w taki a nie inny sposób, a także przybliża nam temat wierzeń z nimi związanych. Mamy tu do doczynienia nie tyklo ze zwierzętami, które doskonale znamy z otoczenia, ale także ze zwierzętami magicznymi, takimi jak gryfy, smoki czy jednorożce. Całość napisana jest bardzo przystępnie i z humorem, a do tego zawiera wiele ciekawostek historycznych. Poza tym piękna okładka, ciekawe ilustracje w środku, plus quiz i leksykon zwierzęcych symboli średniowiecznych na końcu, sprawiają, że lektura tej książki to czysta przyjemność.
Temat na tyle mnie zaciekawił, że w ciągu jednego dnia przeczytałam książkę od deski do deski. Dowiedziałam się paru interesujących rzeczy, od teraz na pewno będę zwracać większą uwagę na przedstawienie zwierząt, jeżeli przyjdzie mi kiedyś spotkać się ze sztuką średniowieczną. Co nie znaczy, że nie krzywiłam się trochę podczas lektury.
Mam wrażenie, że można było napisać więcej i lepiej, gdyby tylko odpuścić nic nie wnoszące akapity pełne ekscytacji autorki albo jej oceny i opinie na temat danych zjawisk. Nie mam nic przeciwko swobodnemu stylowi wypowiedzi w literaturze popularnonaukowej, ale kurczę, tutaj to trochę przesada. W pewnym momencie aż zaczęłam szukać jakiś oznaczeń na okładce, czy na pewno ta pozycja nie jest lekturą szkolną (zwracanie się do czytelnika z przekonaniem, że wcale nie chce tego czytać, znudzi go ta treść, ale nic bardziej mylnego! Średniowiecze jest super ciekawą sprawą, hej!).
Polecam młodym czytelnikom albo osobom, które będą w stanie przymknąć oko na liczne wykrzykniki.
Gratuluję cierpliwości w szukaniu źródeł (choć czułam się tak, jakbym czytała po prostu powielanie tego, co ktoś kiedyś już napisał), ale ilość błędów rzeczowych i argumentów dobieranych w ten sposób, żeby na siłę pokazać czytelnikowi jakie to średniowiecze było wspaniałe i boskie mnie szczerze przytłoczyły. Zamysł świetny, sama jestem od studiów zainteresowana tematem, ale został potraktowany tak infantylne, szczególnie przez styl autorki, że mi się aż nóż w kieszeni momentami otwierał. Ale dotrwałam, czekając aż pojawi się coś, czego nie wiem, ale niestety.
Książka bardzo dla laików, jeśli wiecie COKOLWIEK o historii, to nie ma sensu sięgać. Tematyka ciekawa, ale na necie jest masa innych artykułów, czy po polsku, czy po angielsku, które są o wiele lepiej napisane i, paradoksalnie, ciekawsze.
Książka ta porusza wiele interesujących zagadnień związanych z postrzeganiem zwierząt w średniowieczu, jednak cały czas miałam wrażenie, że to jedynie wstęp do głębszych rozważań. Zabrakło mi pogłębienia poruszanych tematów i dokończenia myśli. Najciekawsza część książki to leksykon zwierząt z ich znaczeniem w średniowieczu. O ileż ciekawsza byłaby to pozycja, gdyby ten leksykon był omówiony wraz z dziełami gdzie można te zwierzęta w tym znaczeniu zobaczyć oraz dlaczego mogły mieć takie znaczenie a nie inne. Nie jest to pozycja zła, jednak jak wyżej, jest to jedynie wstęp do szalenie ciekawego tematu.
Z pewnością można poczuć ekscytację autorki tematem i samemu zdecydować się na zgłębienie wybranych tematów. Myślę, że ekspresyjna forma narracji, może być odbierana jako irytująca, ale zapewniam że przy podejściu do książki jako rozrywki (i ewentualnie zbierania ciekawostek, by imponować obcym ludziom), a nie miejsca czerpania „suchej” wiedzy, można się bawić całkiem dobrze. Większość rozdziałów prezentuje wysoki poziom, a na korzyść tych mniej porywających przemawia ich niewielka obszerność - ogólnie krótkie podrozdziały korzystnie wpływają na tempo czytania.
Należy również docenić piękne ilustracje i okładkę 😍
2,5/3 Świetne wprowadzenie do tematu dla młodego licealisty, który nie lubi pozycji typowo naukowych i nie chce się zbytnio męczyć. Osobiście momentami się ostro wynudziłam, język był denerwujący, a niektóre tematy tylko nieznacznie liźnięte. Autorka ma wiedzę, ma pasję, ale ewidentnie nie ma doświadczenia w pisaniu tego typu pozycji. Miałam też nadzieję na o wiele więcej informacji konkretnie z historii sztuki (po to się w ogóle za tę książkę wzięłam), no ale cóż. Średniowiecza nie lubię i raczej lubić nie będę, ale przynajmniej teraz wiem trochę więcej.
3.5 Strasznie ciekawa książka, przybliżająca nie tylko sam temat zwierząt w epoce średniowiecza, ale i burząca wiele stereotypów na temat samej epoki. Mnóstwo ciekawostek i zaskakujących faktów (procesy wytaczane zwierzakom w trakcie których miały one swoich obrońców zaskoczyły mnie chyba najbardziej). Minus : styl pisania - niezależnie od tego jak bardzo autorka była podekscytowana tematem (czemu się nie dziwię), wstawianie mnóstwa wykrzykników kończących losowe często zdania mnie irytowało. Ale ogółem: polecam.
Trochę ciekawostek, dużo osobistych poglądów autorki. Widać jej zafascynowanie średniowieczem i chęć pokazania innym tej epoki od lepszej strony. Czyta się szybko i przyjemnie, ale nie ma tu niczego, co by mnie zaskoczyło. To taka rozbudowana praca magisterska. Chciałoby się więcej, bardziej szczegółowo. Wnioski są sformułowane dosyć infantylnie. Mimo to, liczę, że w przyszłości pani Maja Iwaszkiewicz coś jeszcze o średniowieczu napisze, bo to naprawdę fascynująca epoka była.
Jedna z ciekawszych książek popularnonaukowych jakie ostatnio czytałam. Cieszę się, że zyskuje na popularności humanistyczna literatura popularnonaukowa ponieważ trochę odczuwałam deficyt literatury tego typu. Mam nadzieję, że autorka nie poprzestanie na jednej książce i już niebawem będę mogła recenzować kolejną. Czekam z niecierpliwością, póki co ode mnie zasłużone 4 gwiazdki.
Książkę lekko się czyta, można się dowiedzieć nowych rzeczy, nie jest to jednak pozycja naukowa a raczej typowo publicystyczna, lekka, napisana językiem prawie dla dzieci (choć zdecydowanie nie jest przeznaczona dla najmłodszych). Mimo wszystko nie była najgorsza, całkiem ciekawa. Ale jedno trzeba przyznać, za dużo wykrzykników :)
Dla mnie super książka, nie wiem dlaczego krytykowany jest styl pisania 🤷 Do mnie przemawia prosty przekaz, no ale widocznie niektórzy lubią mieć skomplikowanie. Ich prawo. Zafascynowanie autorki średniowieczem to, moim zdaniem, atut książki, bo przeszło go trochę na mnie. Choć i mnie ta epoka ciekawi, wiele rzeczy było dla mnie nowych.