Nowa powieść finalisty nagrody literackiej NIKE 2020.
Proza bez filtra.
Samolubny i zgryźliwy, szowinista starej daty i samozwańczy mentor. Dziadek Szczepan. Dnie spędza na starej kanapie z ukraińskiego burdelu, a nocami terroryzuje sąsiadów rykiem saksofonu. Tymczasem jego wnuk, bohater tej historii, dopiero wchodzi w świat dorosłych ludzi. Wkrótce się przekona, że spadki mogą być niezwykle kosztowne dla spadkobierców.
Filip Zawada, autor Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek, niebanalnie, przejmująco dosadnie i bezczelnie szczerze pokazuje, jak niebezpiecznie jest zgrywać bohatera, w szczególności przed samym sobą. Opowiadając o miłości i przemocy, mistrzowsko balansuje na granicy tragedii i komedii. Udowadnia, że jego głos jest absolutnie niepodrabialny i wyjątkowy w polskiej literaturze.
Książka „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” postawiła poprzeczkę wysoko. Za wysoko. „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” jest podobna w formie jak poprzednia książka autora, dlatego ciężko mi ich nie porównywać. Różni się wiekiem głównego bohatera, widzimy świat oczami dorosłego faceta. Niestety czegoś mi zabrakło, być może tego humoru z poprzedniej książki, uroku, prostoty. Tutaj mierzymy się z rodzinnymi traumami, dziedziczeniem trudnych doświadczeń i tym jak to wpływa na kolejne pokolenia. A wpływa bardziej niż nam się może wydawać.
„Przecież mojemu dziadkowi trzeba było wszystko wybaczać, bo przeżył wojnę i do tego miał swoje lata, winy w naturalny sposób przechodziły na mnie, bo nic nie wiedziałem o życiu i były małe szanse, bym miał się wkrótce dowiedzieć”
Obiecałem sobie, że dzisiaj napiszę o książce radośniejszej, ale trochę blefowałem. Jest co prawda “Zbyt wiele zim…” Filipa Zawady momentami zabawne do rozpuku, ale całość, jak przystało na autora “Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” układa się w smutną opowieść o rodzinnych relacjach i męskości. Tym smutniejszą im mocniej śmiejemy się z niewyparzonego języka narratora, który opowiada o swoim dorastaniu w cieniu przemocowego dziadka językiem pełnym ciernistej ironii.
Znamy pewnie takich dziadków. “Po czterdziestym piątym już nic nie dostarcza im takich emocji”. Przemoc domowa i seks wypadają blado przy tym, co działo się wcześniej. Oczywiście są też pomocnicy i pomocnice, jak pani Aniela, która wraz z kolegami z grupy “Muchomorki” nie oszczędza bohatera i narratora “Zbyt wielu zim…”. “Aniela, nasza opiekunka, uważnie śledziła każdy nasz ruch, stojąc na straży ściśle wytyczonej ścieżki prawidłowego rozwoju”. Gdzie była matka - zapytacie. Otóż “jej dorosłe cierpienie i moje dziecinne połączyły nas na tyle, że byliśmy w stanie przymknąć oko na wiele rzeczy”. O tym układzie, gdzie jeden z “Muchomorków” został politykiem, a narrator powieści “nikim” opowiada Zawada dokładnie analizując w kolejnych scenach przemocowość rodzinnych relacji, ich patriarchalną strukturę pokazuje jak ofiara staje się - w swoich oczach - współwinna przemocy, jak nasz bohater, który czuł się winny temu, że dziadek “czasem bił nie do końca skutecznie, bo bez śladów”.
Na szczęście dziadek Szczepan nie żyje i teraz można napisać o nim wszystko. Narrator “Zbyt wielu zim…” nie uważa, że zmarłym należy się jakiś dodatkowy szacunek uzyskany samym faktem wiecznego zamilknięcia. Wręcz przeciwnie - teraz można sobie pofolgować i napisać co się naprawdę sądzi. Gdyby nie fantastyczne poczucie humoru autora tej książki, nigdy byśmy tej historii nie znieśli. Albo znieśli, ale z poczuciem, że ktoś przez trzysta stron próbuje nam wtłoczyć w mózgi domowy obóz koncentracyjny. A jak już jesteśmy przy domowym przedszkolu, to bardzo mnie rozmiękczył Zawada opisując jak jego bohater z czułością wspomina pewien program telewizyjny dla młodzieży, w którym Małgorzata Halber “puszczała przeboje Beatlesów”. Choć i dla mnie i dla bohatera tej książki był “to zespół z młodości moich rodziców, nie przeszkadzało mi, że nie była na czasie. Uwielbiałem patrzeć na jej pewności siebie. (...) Była to jedna z tych niewielu dziewczyn, u których nie liczyło się ciało”. No, w moim przypadku akurat była to jedna z wielu dziewczyn, u których ciało się zupełnie nie liczył, ale poza tą uwagą, nasze obserwacje są dość podobne. I dzięki Ci Zawado Filipie za te wszystkie wstawki, bo bym nie wytrzymał tej książki, dzięki temu wyszedł “Gnój” ale do przełknięcia.
Zawada zwraca uwagę na ciekawy paradoks - przemoc nie podlega zasadom perspektywy. Dziadek, “nawet kiedy znajduje się bardzo daleko i optycznie powinien wydawać się mały, jest ogromny”. Przemoc urasta do rangi mitu, oprawca jest “wielopostaciowy” jak mityczny stwór i ma moce, których pozazdrościć może mu Zeus. Opowieść o dziadku Szczepanie wielokrotnie płynnie przechodzi w nostalgiczny mit o utraconym dzieciństwie, które zamiast wyglądać jak na reklamie batoników, wyglądało jak trening przed wojskiem, choć warto pamiętać, że w wojsku obowiązują jednak jakieś spisane zasady. Tu nie ma żadnych.
Jest tylko jeden wątek tej opowieści, w którym mam wrażenie, że autor poszedł na łatwiznę. Otóż terroryzujący rodzinę dziadek Szczepan prowadzi stręczycielstwo matrymonialne, siebie samego nazywając “Opiekunem miłości”, “przechwalając się nieprzeciętną zdolnością do kojarzenia par”. W niewielkim uproszczeniu dziadek Szczepan handluje “żywym towarem”, szczególne wzięcie w tym biznesie mają kobiety z Ukrainy i tu akurat Zawada trafia trochę jakby ślepakami, bo to się robi zbyt stereotypowe i jednak mało już ciekawe - opowieść o tym jak polski pan upokarza “wschodnie” kobiety, które są - w tej narracji - przygłupie, półnieme i często z własnej woli wybierają niewolę u polskiego pana niż hańbę ojczyźnianą, mnie nie bawi, ani nie ciekawi. Choć rozumiem, że Zawada skonstruował ten wątek raczej na zasadzie fantastycznej, trochę jak Manuela Gretkowska w “Kabarecie metafizycznym”, to dzisiaj już znamy tę opowieść i niewiele nowego tu znalazłem. Było wiele innych opcji do wyboru, akurat ta jak na tak dobrego pisarza jak Zawada jest zbyt prosta.
Zawada jest niezwykłym stylistą językowym - gdy pisze listy zakochanej kobiety, gdy tworzy całe akapity filozoficznych, mocno nihilistycznych rozważań nad życiem i śmiercią, czy gdy opisuje polską rzeczywistość lat przełomu za każdym razem zmienia język, bawi się jego kalekimi formami, ale też ciągnie go też do wysokich tonów. Rozpiętość języka i jego giętkość sa największymi zaletami książki Zawady, trochę mam opór przed samą historią, która nie jest odkrywcza, nic w niej nie zaskakuje tak, jak działo się to w poprzedniej książce, ale może i jest mniej brutalna. A może to ja się postarzałem?
Mimo pewnych niewielkich wątpliwości to wciąż jest książka wyróżniająca się, pokazująca, że można pisać inaczej, że można łączyć rozprawę filozoficzną z dowcipem i brutalną opowieścią o świecie młodych chłopców, nie popadając przy tym w kicz. To też opowieść o trzecim pokoleniu, które rozlicza się z przeszłością swoich dziadków i babć bez sentymentów obnażając terror, którym poddani zostali ich rodzice i który rykoszetem odbija się wciąż w ich życiu. Patrząc tym kluczem na książkę Zawady okazuje się, że mamy w rękach prywatną historię polskiego, zwłaszcza męskiego losu, który dziedziczy przemoc i szuka przed nią ucieczki. Jest to o tyle trudne, że nie mamy w nim do czynienia z kompleksem Edypa czy Elektry, ale z czymś co dotyczy dziadków, którzy zniszczyli życie naszym rodzicom tłumacząc cały czas, że “robią to, po to, żebyś mógł zacząć od nowa”.
“Dlatego nie mam wyrzutów sumienia, gdy przyznaję, że go nienawidziłem”.
Bardzo polecam, bo czytam już drugi raz i wciąż odkrywam, że może jest to opowieść o czymś innym, niż myślałem poprzednio. A to cecha naprawdę dobrej literatury. Albo przesilenia wiosennego, ale stawiałbym na to pierwsze.
Nie będzie wiosny, zbyt wiele zim minęło. A może kiedyś nastanie? I będziemy wolni od przemocy?
Brnęłam przez tę powieść tygodniami, może z powodu narratora, którego z rozdziału na rozdział odbierałam jako coraz bardziej męczącego, a może z uwagi na całą oś fabularną - destrukcyjne działania toksycznego, przemocowego dziadka, którego jedyną zasługą jest fakt, że "przeżył wojnę" - w mojej ocenie idealną do rozpisania na opowiadanie, ale nie wytrzymującą trzystu stron powieści.
A może jestem po prostu tym nieznośnym typem czytelniczki, która spodziewa się, że autor będzie pisał wciąż tę samą książkę, bo "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek" absolutnie mnie zachwyciło. Przenikliwością, oryginalnym humorem, bezpretensjonalnością, sztuką lapidarnego opisywania bezbrzeżnie rozpaczliwych sytuacji. Czy czekam na kolejne powieści Zawady? Tak. Czy do tej będę wracać? Nie.
3,5/5 Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję po słabym "Rozdeptałem czarnego...", bo poprawiła ona moją opinię o autorze. Czytając jedną po drugiej można wyraźnie dostrzec różnice (podobieństwa niestety też) oraz to co autorowi wychodzi i to co powinien sobie darować. Teraz to chyba jeszcze bardziej krytycznie patrzę na "Rozdeptałem..." i nie rozumiem co ludzie w niej widzą, szczególni ci jednocześnie krytykujący ten tytuł. Tutaj narratorem jest dorosły człowiek i z miejsca cała fabuła i sam bohater jest bardziej wiarygodny i przekonujący. Wniosek? Nie kombinować i nie pisać "jako dziecko", bo nie każdy to potrafi i pan Zawada jest jedną z tych osób. Styl pisania i klimat jest niemalże ten sam - smutno, depresyjnie, beznadziejnie i szaro. Wyczuwam, że to może być cecha charakterystyczna dla książek Zawady. Mimo niewątpliwie nieprzyjemnego klimatu i tak naprawdę mało odkrywczej fabuły, jak już się wciągniemy, książkę czyta się z dużym zainteresowaniem. Oczywiście na korzyść działa też fakt, że nie mamy tu do czynienia z pamiętnikiem (krótkie wpisy bez konkretnego ciągu fabularnego) tylko tradycyjną fabułę, może pociętą w kilku miejscach, ale jednak. Milion razy lepiej się to czyta i odbiera. Historia dwóch ludzi - dziadka i wnuka, którzy wydają się tak różni, a jednocześnie bardzo podobni. Obaj wydają się mieć świadomość, że wiele ich łączy i za wszelką cenę nie chcą tego przyznać odsuwając się od siebie nawzajem. Życie i jego przewrotność nie pozwala im jednak iść swoimi drogami. Chyba to najbardziej przyciągnęło mnie do tej lektury - zastanawiająca relacja bohaterów jakiej dotychczas nie spotkałam w żadnej książce,choć na pierwszy rzut oka wydaje się oczywista. Obok tego autor poświęca dużo miejsca na to jak wygląda życie z nieleczoną depresją (lub pochodnym schorzeniem). W mojej ocenie przedstawienie tego tematu, bez romantyzowania, umyślnego szokowania i utartych formułek, wyszło bardzo dobrze i na tyle naturalnie jakby było normą. Wszytko o czym pisze Zawada bazuje na niedopowiedzeniu, ale tym zmyślnym i udanym. Nic (sedno tej historii i wnioski z niej płynące) nie jest napisane wprost, ale doskonale czuć o co w tym wszystkim chodzi. Tutaj pełen szacun dla autora. Co mi się nie podobało? No cóż - znów pojawiały się wstawki o wydalaniu. Może to bzdet, ale zaczyna być to dziwne. Oprócz tego autor ma dziwną skłonność do kończenia "rozdziałów" złotymi myślami często całkiem oderwanymi od tego o czym właśnie pisał. Nie wiem o co w tym chodzi, bo wygląda to częściej jak zagubione zdania niż błyskotliwa wstawka. Wszystkim którzy się zastanawiają nad książkami Zawady polecam zacząć od tej. Bezwzględnie. Ja mam wrażenie, że jest to coś innego niż dotychczas czytałam, a inność jest aktualnie bardzo w cenie. Może nie fabularnie, może nie pod względem bohaterów jako takich, ale ich relacja, podprogowy przekaz w połączeniu z ciężkim, szarym klimatem robi robotę.
Kiedy sobie podsumowałam co mi się w tej książce nie podobało, to wyszło mi z opisu, że to bardzo ambitna, niesztampowa powieść. A jednak... A jednak, gdyby nie to, że w tym tygodniu praca mnie wycisnęła na tyle, że na intelektualną aktywność po niej nie miałam już siły, to raczej bym tej książki po prostu nie skończyła.
Mamy tu, pisane z perspektywy dorosłego mężczyzny, wspomnienie z dzieciństwa, które jest zogniskowane wokół postaci dziadka. Dziadek jest złośliwy, nietowarzyski, niemiły i porywczy - jednym słowem: toksyczny. Narrator opisuje tutaj swojego dziadka w krótkich scenach z życia, wycinkach, migawkach wspomnień. Przez to ta książka wydawała mi się chaotyczna, niespójna i fragmentaryczna.
Wiem, że jest dużo miłośników języka Filipa Zawady, jednak dla mnie w tej książce język był nieznośny. Autor naszpikował tę powieść mnóstwem dziwacznych metafor, porównań i błyskotliwych myśli, które (jak mi się wydaje) miały na celu skrzyć się humorem, ale dla mnie to były napuszone sentencje (np. "przepaść jest na naszym wspólnym dobrem", "byłem bankiem nieprzydatnych niepamięci"), które sprawiały, że ten tekst był dla mnie okrutnie sztuczny.
Niestety mi się nie podobało i prawdopodobnie już nie sięgnę po inne książki tego autora.
Nie da się w kilku słowach opisać, o czym jest ta powieść naszpikowana emocjami i zdarzeniami. Na pewno jest zabawna, ale to raczej czarny humor, niezwykle szczera, błyskotliwa. Współczesna literatura rzadko miewa takiego zadziora jak u Zawady. Jej bohater ma naprawdę ciężkie życie, jest pod ciągłą obserwacją brutalnego dziadka, wciąż mierzy się ze swoimi słabościami i nawet zaczyna go naśladować, choć go tak bardzo nienawidzi i przyznaję, że jak w lustrze przeglądałam się w tych postaciach. Autor ma niezwykłą umiejętność uchwycenia istoty człowieka w człowieku, tym jak jest nieustannie targany z lewa do prawa, jak walczy ze sobą i wszystkimi naokoło, jak nie potrafi zaznać spokoju. Ta powieść dała mi poczucie jakiegoś niesamowitego orzeźwienia i cieszę się, że inne dwie powieści Filipa Zawady jeszcze przede mną - jestem niezwykle ciekawa tych historii i mam nadzieję, że są napisane w podobnym stylu. Jak dla mnie to literacka torpeda i zupełnie fascynujące odkrycie.
"Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna", przyciągnęło mnie tytułem oraz ogromną liczbą pozytywnych recenzji, jakie na jego temat przeczytałam. Po lekturze nie pozostaje mi nic innego niż z owymi recenzjami się zgodzić i całość szczerze polecić (aczkolwiek z zastrzeżeniem, że absolutnie nie jest to łatwa, lekka i przyjemna powieść).
Filip Zawada toczy opowieść o przemocy, patriarchacie i rodzinnych traumach. Centralną postacią jest tutaj dziadek Szczepan, który przeżył wojnę, więc nie można mu się sprzeciwiać ani go denerwować, i który dzięki temu doświadczeniu dostaje wolną rękę w całkowitym terroryzowaniu rodziny i niszczeniu psychicznym wszystkich jej członków, ze szczególnym uwzględnieniem swojego wnuka-narratora. Czy to bicie fizyczne, czy grożenie, czy wyzywanie, czy sprawianie, że wchodzący z nim w interakcję czuje się jak najgorszy śmieć - każdy zabieg jest tutaj dozwolony i nie spotyka się z żadnymi negatywnymi konsekwencjami. Oczywiście, jak to w Polsce i w "tamtych" czasach (opisywane są tutaj raczej wczesny PRL-u i postkomuna niż współczesność) nie ma tutaj w żadnym momencie najmniejszego zająknięcia się o traumie czy przerabianiu swoich emocji w jakikolwiek konstruktywny sposób, jest tylko niekończąca się spirala przemocy i odreagowywania traumatycznych doświadczeń. Przyznam w tym miejscu, że chociażby z tego względu pierwsze strony zrobiły na mnie doskonałe wrażenie literackie - bo totalnie jestem w stanie oczyma wyobraźni zobaczyć taką postać istniejącą w prawdziwym świecie (ba, ja takową, na szczęście w postaci o wiele mniej radykalnej, sama znam) - a jednocześnie bardzo mocno zdenerwowały.
Doskonale opisany - i równie przerażający - jest też mechanizm "nakręcania" przemocy przez Szczepana w stosunku do wszystkich ludzi ze swojego otoczenia oraz całkowitego braku sprzeciwu od kogokolwiek jej doświadczającej. Dziadek terroryzuje sąsiadów (którym chce przemocą urządzać ogrody), ludzi ze swojej miejscowości (których masowo pozywa za błahostki), swoją córkę (która nie umie się mu postawić i zmusza swojego syna - narratora - do poddawania się dyktatowi Szczepana), przypadkowo spotykanych ludzi oraz własnego wnuka. Nikt nie podejmuje stanowczych kroków protestu, nikt nie dzwoni na policję, nikt nie pozywa dziadka "w zamian" za jego masowe pisma, nikt nie wzywa straży miejskiej, nikt nie zrywa z nim kontaktu dla własnego bezpieczeństwa psychicznego albo w obronie własnego dziecka. A Szczepan rączo korzysta z tej bierności, dalej siejąc postrach i niszcząc ludziom życie.
Na przemocy fizycznej się nie kończy, jest tutaj też mnóstwo maczyzmu, apodyktyczności, narcyzmu, perfekcyjnego kontrolera, narzucania innym swoich niepopartych niczym opinii, wymagania cudów od innych, obarczania ich swoimi problemami, zwykłej złośliwości, i przede wszystkim także wywierania ogromnego wpływu na życie wszystkich, nawet gdy jest się od nich daleko. Nawet po swojej śmierci Szczepan nie przestaje być osobą centralną w życiu wnuka, który z jednej strony go nienawidził (słusznie), a który z drugiej strony nie dal rady się od niego uwolnić - nie umiejąc nawiązać stałej relacji, otworzyć się na bliskość, podjąć jakichkolwiek zobowiązań czy właśnie zacząć chociaż częściowo żyć własnym życiem.
Czyta się to wspaniale (co nie oznacza, że bez smutku) i w warstwie psychologicznej (Szczepan, choć przerażający, jest w pewien okropny sposób fascynujący), i w językowej. Zawada doskonale operuje językiem, zmieniając stylistykę, by dostosować całość do mówiącego, czego najwyraźniejszym przykładem są oczywiście listy pisane przez Ukrainki do Szczepana. Całość czyta się też zaskakująco "lekko" (wyłącznie w sensie językowym), czekając na radosny czy też radośniejszy finał (który niestety - mimo wszystko - w pewnym sensie nigdy nie nadejdzie).
Nie jestem do końca przekonana do wątku "ukraińskiego", w którym Szczepan szmugluje bezwolne, głupie, nieme Ukrainki w celach matrymonialno-majątkowych do Polski, trochę to pachnie przerysowaniem (aczkolwiek nie wątpię, że tak się działo). Z racji zawodu i wyksztalcenia zaliczyłam też drobny zgrzyt przy wątku sądowym (dwukrotnie!), w którym autor radośnie wymyślił instytucję "uniewinnienia" w procesie cywilnym, co dla prawniczki jest oczywistą bzdurą (w procesie cywilnym występują powód i pozwany, a sąd może głównie uwzględnić lub oddalić powództwo; uniewinnienie występuje w procesie karnym, w którym występują oskarżony i prokurator, ewentualnie pokrzywdzony), natomiast po dyskusji ze swoim nieprawniczym otoczeniem jestem w stanie stwierdzić, że inne sformułowanie w tamtym miejscu rzeczywiście mogłoby być niezrozumiałe i przyjąć, że nawet był to zabieg celowy.
Smutna to historia, przypominająca mi trochę oczywiście tetralogię neapolitańską Eleny Ferrante albo "Trylogię kopenhaską" Tove Ditlevsen. We wszystkich tych książkach w którymś momencie (jeszcze nawet przed narodzeniem się głównych bohaterek_ów-narratorek_ów) rodzi się przemoc, która na zawsze napiętnuje całą historię i stanie się jej centrum. Przemoc w żaden sposób przez bohaterów niezawiniona, wynikająca z kwestii gospodarczych/ekonomicznych/politycznych (kryzysu, wojny, zamieszek, ogólnej niepewności), będąca właściwie rzeczą przypadkową, ale nieprzepracowaną i przez to zmieniającą życie ogromnej liczby ludzi. Praktycznie zawsze na gorsze.
Na pewno nie polecam tej książki na poprawę humoru, sądzę jednak, że warto znaleźć w sobie siłę i po nią sięgnąć. (A zaraz potem: po pozycje wymienione wyżej oraz koniecznie po "Dziennik upadku" Michela Lauba i "Dom Holendrów" Ann Patchett), żeby zobaczyć jeszcze inne ujęcie traum i motywów powracających przez pokolenia). Bardzo, bardzo dobra polska proza, słusznie wychwalana i hołubiona. Będę monitorować dalszą twórczość Zawady ze szczególną uwagą.
Bardzo życiowa jest ta książka, jakaś taka nasycona Polską. Śmieszno-straszną rzeczywistością i niezaprzeczalnie zaskakującą, tak jak samo życie w tym kraju codziennie nas zaskakuje... Bez wątpienia jest to dla mnie odkrycie tego roku. Filip Zawada trafia do mnie. To jak widzi świat bardzo pokrywa się z moim światopoglądem. Widać, że sam dużo przeżył i długo ćwiczył warsztat, bo każde zdanie tej książki czyta się jak złoto. Autor zaserwował czytelnikom do tej pory trzy absolutne perełki powieściowe, każda z nich wyjątkowa, ale zamknięta w tym samym błyskotliwym, sprawiającym dużo frajdy z czytania stylu.
Od dawna brakowało mi takiego głosu na polskiej scenie literackiej. Bezkompromisowego, nieuładzonego, poza ściśle określoną formą, modą, potencjalną oceną krytyków. Kogoś z talentem i determinacją, które mam nadzieję zostaną zauważone i docenione nie tylko przeze mnie.
Wróżę temu pisarzowi świetlaną przyszłość, o ile nie zabraknie mu pomysłów na kolejne historie, które mam wrażenie, mógłby napisać każdy z nas, ale brak mu wyobraźni. Pięć to za mało: 10/10
"Czy myślenie, ten monotonny ciąg wyrazów, zdań, ma sens? Czy idee wyrwane z kontekstu - prowadzą do czegokolwiek? Nie mam pojęcia." - pyta autor mniej więcej w połowie książki. A ja mam pojęcie - nie prowadzą do niczego, przynajmniej nie w tej książce. Tak, toksyczna rodzina. Tak, traumy z dzieciństwa. Tak, traumy wojenne. Ale to wszystko jakieś rozmyte, okrągłe, nadęte. Ma się uczucie, że duża część w książce to nie zdania - to aforyzmy. Ja mam niestety alergię na aforyzmowy dydaktyzm w literaturze, bo jest leniwy. Wali kiczem na kilometr.
Jest dopiero styczeń, a przeczytałam już drugą książkę, która kręci się w kółko. Może komuś to odpowiada, we mnie pozostawia uczucie straconego czasu.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Zawada rozgryzł w tej powieści wiele ludzkich istnień. Kiedy jesteśmy dziećmi, chłoniemy wszystko co złe i dobre jak gąbki, żeby później przez całe życie próbować pozbyć się tego, co nas uwiera. Właśnie o tym uwieraniu jest ta książka i niestety mam wrażenie, że każdy znajdzie w niej cząstkę siebie. Wyjątkowa powieść, pełna elementów zaskoczenia i chwil zadumy. Autor nie daje za wygraną i do ostatniej strony trzyma w napięciu. Każdy rozdział daje nowe światło na relację wnuczek - dziadek, dziadek - reszta świata, relację trudną, wymagającą i często niezrozumiałą, ale dojmująco prawdziwą. Dawno nie czytałam nic, co by mną tak poruszyło do głębi. Polecam z całego serca
Mam wrażenie, że Zawada nadal chciałby pisać krótkie wiersze prozą. Sukces i sława zmusiły go jednak, żeby rozciągać te same historie do momentu, w którym czytelnik czuje, że sam autor już się nudzi.
Pierwsze 100 stron jest prawdziwe. Ale później formuła się wyczerpała.
Coraz mniej wierzyłem już, że "Szczepan" i nienawiść do niego w ogóle istnieją. Ledwo diczytane.
поки протагоніст розповідає про своє стрьомне дитинство, його дуже шкода. коли протагоніст починає розповідати про свою стрьомну дорослість, бути шкода раптом перестає. коли в сюжеті з'являється шлюбний бізнес, який, по суті, торгівля людьми, виникає чимало питань уже навіть не до персонажів, а до авторського задуму. meh, одне слово.
Miałam wielkie oczekiwania po "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek". Filip Zawada zdobył moje serce gorzkim, czarnym humorem i ciekawym ujęciem tematu oraz niezwykłym bohaterem. Stąd moje nadzieje wobec kolejnej powieści. "Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna" to całkiem inna książka, frapująca, bo przez cały czas zastanawiałam się, jaki naprawdę jest bohater-nieudacznik i wieczne dziecko i dziadek-terrorysta, który wydaje się mieć drugie, łagodniejsze oblicze. Coś jednak mi nie zagrało. Było zbyt brutalnie, obcesowo, dziwnie. Realne problemy, zbyt wyolbrzymione, lekko karykaturalne nabrały dziwnego zabarwienia. Prześladowanie, kompletny marazm wnuka Szczepana, brak reakcji rodziców, wszystko wydało mi się jakieś zawieszone, niepełne, rozczarowujące w stosunku do poprzedniej fenomenalnej lektury.
lepsze niż „psy pociągowe”, gorsze niż „Rozdeptałem czarnego kota” końcówka nie była tym czego oczekiwałam, najbardziej podobała mi się pierwsza połowa.