Droga zaczyna się w trzech miejscach. Na granicy Samary, gdzie panuje mętna mgła. W zniszczonym mieście Ufa, na brzegu Biełaji. Pomiędzy spalonymi stepami Orenburga. Dziesiątki kilometrów rozchodzące się wzdłuż na wpół martwego świata, prowadzące wprost do miasta, gdzie ciężko o jakąkolwiek radość. Każdy podróżnik ma własny cel, każdy podąża osobistą ścieżką. To, kim się stanie, zależy od tego, w jaki sposób pokona podróż.
Lecz w świecie pełnym krwi i nienawiści nie możesz iść własną drogą i pozostać nieskalanym. Droga zmienia każdego, pozostawiając blizny na ciele i duszy. Trudno nie złamać się pod naporem okoliczności, nie ugiąć się pod uderzeniami losu. Jednak po zdaniu testu wędrówki możesz zrozumieć, kim jesteś i dlaczego tu się znajdujesz. Jakiekolwiek przeszkody przed tobą, musisz je pokonać honorowo. I wtedy, być może, na samym końcu drogi… będziesz w stanie zobaczyć niepewny miraż nadziei.
Planowałam przeczytać Drogę stali i nadziei Dmitrija Manasypowa mniej więcej pod koniec lutego/początkiem marca 2022 roku. Przygotowałam sobie foteczki i kilka dni po tych wydarzeniach, zastała mnie brutalna rzeczywistość. Rzeczywistość, która powodowała, iż nie w smak było mi czytanie rosyjskiego autora, gdy jego państwo brutalnie napada na naszego sąsiada. Książka więc wróciła na półkę i dopiero teraz, prawie po roku zdecydowałam się po nią sięgnąć i możliwe, że tym samym zakończyć moją przygodę z Uniwersum Metro 2033 (nie odnalazłam żadnej informacji o kontynuacji serii, więc zakładam, iż powieść Mansypowa jest jej „ostatnim tchnieniem”).
Szablozęb i Azmat. "Z rozedrganej mgły na Rubieży pod Samarą, z miasta położonego na brzegu rzeki Biełej, z wypalonych orenburskich stepów… Kilometry wędrówki przez półmartwy świat, podróży wiodącej do miasta pozbawionego radości. Każdy z wędrowców ma swój cel, każdy swoją drogę. Od tego, jak nią podąży, zależy to, jaka się ona stanie. Jednak w świecie pełnym krwi i nienawiści nie da się przejść swojej drogi i się przy tym nie zbrukać. I droga zmienia każdego – zostawia blizny na ciele i szramy na duszy.
Trudno nie złamać się pod naporem okoliczności, nie ugiąć się pod ostrymi smagnięciami losu. Ale dopiero gdy człowiek przejdzie pomyślnie próby tułaczki, może zrozumieć, kim jest i z jakiego powodu się tutaj znalazł. Bez względu na to, jakie pojawią się w podróży przeszkody, powinien je pokonać z honorem. I możliwe, że wtedy na końcu drogi stali ukaże mu się drżący miraż nadziei."
Topornie i nudno. Myślałam, że po prawie trzy letniej przerwie powrót do Uniwersum będzie czymś fascynującym, a niestety okazał się kompletną klapą.
Gdyż książka Manasypow nie dość, że nie wnosi nic nowego do świata, no może poza przeniesieniem akcji daleko poza granice Moskwy, ale w sumie, to też już było. To jeszcze powiela motywy, które wałkowane były w poprzednich odcinkach.
Znowu mamy odradzających się komunistów i kolejną frakcję Zakonu Odrodzenia. Brakuje natomiast polotu, świeżości, dobrze wykreowanych bohaterów i spektakularnych walk z mutantami.
Tak, choćbyście na uszach stawali, to niestety w tej książce nowe, postkapitalistyczne stworki nie są w centrum uwagi, ot tam sobie ktoś do nich strzelił i po kłopocie. Przez co, akcja skupia się na człowieku, który w sumie jak na warunki po apokalipsie, żyje sobie całkiem znośnie i ma pod dostatkiem surowców oraz amunicji.
Jakby tych niedoróbek z mutantami było mało, to jeszcze przeskoki między poszczególnymi oddziałami i retrospekcje, całkowicie zabijały radość czytania. Bo momentami nie miałam pojęcia, gdzie jestem i kiedy nastąpiła zmiana.
Jedynym pozytywnym akcentem w tej książce był „kotecek” Szablozęb i może właśnie tym optymistycznym akcentem zakończę pastwienie się nad Drogą stali i nadziei Dmitrija Manasypowa. Gdyż jeszcze jestem gotowa sobie przypomnieć dramatyczne dialogi i to, że autor umiłował sobie podkreślanie, jak to jego bohaterowie na każdym kroku smarkają i plują. Normalnie jakby chciał stworzyć nowy, ważny wątek całej historii.
Uwielbiam metro. Czytałam każdą cześć kilka razy. I kiedy wyszła następna książka od razu bez zastanowienia zabrałam się za czytanie. Z wielkim zachwytem, że w końcu jest coś nowego. Ale na tym zachwycie się skończyło. Niestety, zawiodłam się i to mocno.
W książce jest bardzo wiele rzeczy które przyprawiły i sprawiły, że książka nie jest dla mnie doskonała ani nawet bardzo dobra. Zbyt długie opisy, które wydają się aż za bardzo naciągane tylko po to by książka miała objętość. Jeśli chodzi o słowotwórstwo to, ta książka pobija rekordy wszelakich wydumanych słów. Byt wydumane, do tego stopnia, że czytelnik co jakiś czas sprawa ile do końca jeszcze zostało. Niestety. I z tego co wiem, to większość czytelników bardzo słabo między innymi za to oceniła tę książkę.
Fabuła naprawdę miała potencjał, lecz nie została do końca wykorzystana w należyty sposób. Mam wrażenie, że autorowi w pewnym momencie brakło pomysłu co z tego stworzyć i po prostu rozciągnął bardzo mocno niektóre rzeczy tylko po to by coś z tego wyszło. Bohaterowie bardzo mało wyraziści, pogubieni we własnych cechach, niekiedy miałam wrażenie, że są sprzeczni sami ze sobą.
Nie moja książka i nie moja bajka tym razem. Lecz zawsze z wielką przyjemnością przeczytam wszystko co wyjdzie na przód i będzie dotyczyło metra.