Mała miejscowość na Pomorzu. Sławek wraz z żoną Darią, przeprowadzają się w rodzinne strony Sławka. Małżeństwo jest w żałobie po śmierci swojego jedynego syna. Krótko po wprowadzeniu się do starego domu odziedziczonego po rodzicach Sławka, przychodzi do nich nieoczekiwany gość – staruszka, która proponuje im przywrócenie ich syna do życia. Rodzice, wbrew wszelkim prawom zdrowego rozsądku, przystają na jej propozycję, kobieta zaś wkrótce znika bez śladu. W miasteczku zaczyna dochodzić do przerażających morderstw. Policja jest bezradna, a brak zainteresowania z zewnątrz sprawia, że mieszkańcy miasteczka czują się zaszczuci. Coś ciągle poluje na młodych ludzi i nikt nie jest w stanie tego zatrzymać. Kim jest tajemnicza kobieta, która sprowadziła na miasteczko nieszczęście? Jak powstrzymać krwawy terror?
Umarli nie wracają, prawda? Wszystko zależy jednak od okoliczności...
Bartek Fitas bawi się budowaniem napięcia – grozę znajdujemy w miejscach nieoczywistych, tam, gdzie najmniej byśmy się tego spodziewali. Szybko odsłania karty, pokazując, że teoretycznie nie ma przed czytelnikiem nic do ukrycia i z łatwością można wpaść w tę pułapkę. Podobnie jak w "Potępionej", w "Umarli nie wracają" Fitas bawi się z czytelnikiem, szykując dla nas niejedną intrygującą niespodziankę. Umiejętnie operuje klasycznymi motywami horrorowymi, raz atakując znienacka, innym razem budując ciężką atmosferę grozy. Widać, że to meandrowanie i mylenie tropów to jego znak rozpoznawczy, który sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego tak naprawdę możemy się po opowieści spodziewać.
Od razu spodobał mi się pomysł na fabułę tej powieści. Punktem wyjścia jest motyw tzw. małpiej łapki, który swoją nazwę zawdzięcza opowiadaniu W.W. Jacobsa pod tym samym tytułem. Małżeństwo traci syna i pragną, by powrócił do życia, ale gdy coś faktycznie zaczyna się dziać, domyślają się, że nie był to wcale dobry pomysł. Na tym motywie oparty jest też kultowy "Cmentarz Zwieżąt" Stephena Kinga i wiele innych tytułów, które wychodzą ze śmierci, żałoby, rozpaczy.
To jeden z najmocniejszych tropów literackich, który najintensywniej może działać na wyobraźnię czytelnika – w końcu strata towarzyszy nam wszystkim, na różnym etapie życia, a zmaganie z żałobą jest najboleśniejszym doświadczeniem, jakie można przeżyć. Potencjalny powrót z zaświatów jest niczym odległe marzenie, które jednak nie może skończyć się dobrze. A mimo wszystko pragniemy tego, podświadomie, by nie musieć godzić się z pożegnaniem.
Bartek Fitas w doskonały sposób obrócił ten motyw na swoją korzyść, tworząc opowieść, która najpierw zbija z tropu, by dalej tylko zaskakiwać i wybijać czytelnika z rytmu. Bo zmarli to jedno, ale pozostali także żywi, którzy często okazują się o wiele bardziej nieprzewidywalni w swoich wyborach.
Przed Wami horror z krwi i kości, którym Fitas tylko utrzymuje swoją pozycję jednego z najciekawszych głosów w naszym rodzimym horrorze.
Pomorze, Sławek wraz z żoną Darią powraca w rodzinne strony by przeżyć żałobę i powoli pogodzić się ze stratą jedynego dziecka, syna Artura. Niespodziewanie jedna wizyta dziwnej staruszki odmieni życie ich, jak i mieszkańców całego miasteczka. Są bowiem rzeczy nieodwracalne, takie jak śmierć, a umarli nie wracają, o czym doskonale i boleśnie przekonają się bohaterowie powieści pana Fitasa.
Powieść ta nie jest zbyt długa, ale czytałam ją z przerwami strasznie długo. I nie wpływał na to ani styl autora, który jest w porządku, ani rozdziały, które były dostatecznie krótkie, takie jakie ułatwiają lekturę, ale główny wpływ miało na mój zastój przy tej książce sposób poprowadzenia fabuły, akcji przez autora. Praktycznie przez dwie trzecie książki dostajemy opis morderstw i bezeceństw jakich dopuszcza się na Bogu ducha winnych mieszkańcach płci męskiej Świecący Człowiek. Ale czytelnik czytając o tym ma wrażenie, że te jego czyny są całkiem bez sensu. Bo czym zawinili ci mężczyźni, co kieruje tym widmem z zaświatów, jaki jest jego plan, jeśli to zemsta to za co? Tego wszystkiego dowiadujemy się na sam koniec książki, dosłownie na ostatnich dziesięciu stronach, i gdy przez całą powieść moją głowę atakowałą milion pytań, tak autor na zakończenie objaśnia wszystko raz dwa, tak, że byłam zaskoczona, że to już, że to koniec. I samo pokonanie zła na zakończenie powieści, no serio autorze? Parę zdań i już, potwory znikają... Zakończenie mnie rozczarowało i to bardzo, zostało poprowadzone tak na szybko, jakby zabrakło pomysłu jak to podbudować, rozwinąć. Jest nieadekwatne w zestawieniu z całą powieścią.
W tym horrorze, jeśli można tak nazwać tę książkę, bo ja podczas lektury nie bałam się ani odrobinkę, byłam bardziej zniesmaczona, niż przerażona czy zaniepokojona, mamy do czynienia z dość liczną grupą bohaterów, którzy podejmują walkę na swój sposób ze Świecącym Człowiekiem, niby ok, ale czemu miałam wrażenie, że każdy bohater żyje jakby w oderwaniu od świata przedstawionego i próbuje grać pierwsze skrypce. Nie było tu niestety powiązania między bohaterami, wspólnego celu łączącego ich, czyli pozbycie się tego widma, każdy działał sam, na własną rękę. Zabrakowało mi tu wspólnoty, wspólnego działania. Zakończenie było jak pisałam rozczarowujące, i zarazem trochę chaotyczne, niby autor wyjaśnia nam co i jak z tym świecącym gościem, skąd się wziął i czemu zabijał, ale to zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało i ostatecznie nie wiemy nawet co się z tym typem stało, nie jest to dokładnie opisane.
Być może horrory to nie mój gatunek, a być może trafiałam do tej pory na takie, które mnie irytowały bardziej niż niepokoiły czy przerażały. Podobnie miałam z Całopaleniem, tak mam z Umarli nie wracają. Czuję irytację. Widziałam, że pan Bartłomiej napisał jeszcze Potępioną, może ona zaskoczy mnie pozytywniej. Ale tej powieści nie mogę wam polecić, ale jeśli jesteście ciekawi co mnie tak zirytowało, to sięgajcie i czytajcie, jak zawsze decyzję pozostawiam wam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Dom Horroru.
Po fenomenalej Potępionej Bartłomiej Fitas wraca i do tego wraca w świetnym stylu. Umarli nie wracają pokazują, że sukces debiutanckiej jego powieści, nie był przypadkowy.
Sławek i Daria kupują nowy dom i przenoszą się na drugi koniec Polski, pragną wszystko rozpocząć od nowa. Za wszelką cenę chcą znaleźć ukojenie po stracie nastoletniego syna, Artura. Tuż po przeprowadzce odwiedza ich stara kobieta, która oferuje pomoc w tym, aby Artur ponownie do nich wrócił. Mamrocze kilka zdań i wychodzi. Oni zapominają o wszystkim do czasu, kiedy w miasteczku zaczną ginąć młodzi chłopcy, a odpowiedzialny za to ma być Świecący Mężczyzna. Wówczas to Sławek zaczyna domyślać się przerażającej prawdy.
Bartek Fitas ponownie buduje pełną napięcia opowieść. Intryguje i przyciąga swą tajemniczością, która hipnotyzuje tylko na początku, ponieważ szybko odkrywa wszystkie karty. Potem już przyciąga uwagę duszną atmosferą i uczuciem osaczenia. Zagrożenie jest wszędzie i nie sposób przed nim uciec, ani się ukryć. Nieustannie zawodzi czytelnika i wodzi za nos, aż do zaskakującego finału. Niepotrzebnie jedynie wprowadził pewne wątki poboczne, które niczego nie wnoszą do fabuły, a jedynie wywołują efekt dłużyzny i nabijania na siłę stron. Dotyczy to m.in. postaci Bogdana, który po prostu jest zbędny.
Sam motywy małpiej rączki jest w strzałem w dziesiątkę, nazwa ta pochodzi od powieści W. W. Jacobsa pod tym samym tytułem. Małżeństwo, które najpierw boryka się z poważną chorobą syna, a potem zjego śmiercią pragnie, by powrócił zza zaświatów. Dopiero kiedy sytuacja zaczyna wyglądać inaczej od ich oczekiwań, przekonują się, że nie był to dobry pomysł. Podobnie jak było w Cmentarzu zwieżąt Stephena Kinga.
Bez wątpienia jest to w moim odczuciu jeden z najmocniejszych motywów w grozie, gdyż dotyka tego, co najbardziej bolesne. Śmierci, rozpaczy, żałoby po stracie. Stąd też najbardziej działa na wyobraźnię i pozwala bardziej nieco wczuć się w historię i zrozumieć decyzje bohaterów.
Bartek Fitas doskonale wykorzystał go, tworząc opowieść nieoczywistą, sprowadzającą na manowce i mocno intrygującą. Sprawia, to że pozostaje jednym z ciekawszych głosów polskiego horroru.
Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem, aby książka już się skończyła. Tragedia. Książka jest tak nudna, że można zasnąć 🥱😴 Współczuję lektorowi, że musiał czytać takie 💩 Kolejna słaba pozycja tego autora. To tylko pokazuje, że dzisiaj pisać może każda miernota 🥺