Kiedy pierwszy raz podeszłam do tej książki, wydała mi się jedną wielką przesadą. Zbyt wulgarna, zbyt ociekająca niewybredną erotyką, ukazująca rzeczywistość Przenajświętszej Rzeczpospolitej jako czarno-białą, a właściwie to czarno-czarną. Zaburzyło to nieco moje postrzeganie pana Piekary i jego twórczości, gdyż uwielbiany przeze mnie cykl o inkwizytorze cenię między innymi za ukazanie brudu, przemocy i nie zawsze platonicznych relacji międzyludzkich w sposób moim zdaniem świetnie wyważony. Tu zaś, oczekując dzieła sztuki, dostałam potworka, nad którym nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać; mocno zniesmaczona odłożyłam książkę, nie przeczytawszy nawet jednej dziesiątej.
Za drugim razem kontynuowałam lekturę z nieco odmiennym podejściem, zdecydowana zrozumieć charakter powieści i celowość takiego, nie innego ukazania społeczeństwa i rządzących nim praw. I... muszę przyznać, że okazało się to strzałem w dziesiątkę. Chociaż bohaterowie zakrawali na karykatury, po pewnym czasie ujęła mnie groteskowość dzieła i ironiczne odwołania do rzeczywistości wyglądające spod przykrywki prymitywnych zachowań postaci. Przebrnąwszy przez trudny początek, tak wczułam się w historię, że wręcz nie dopuszczałam do siebie możliwości, że już się kończy, a po ujrzeniu ostatniej kropki poczułam spory niedosyt.
Książkę ogólnie uważam za świetną, chociaż pozostał pewien niesmak po nie do końca dobrze przyjętym przeze mnie początku. Polecam lekturę, chociaż raczej nie nadaje się dla wrażliwszych czytelników.