Zanim zaczniemy, chciałabym zaznaczyć, że najstarsze recenzje tej książki na LubimyCzytać są z jednego dnia i są to same dziesiątki wystawione przez konta, które nigdy nie oceniły nic więcej i w ogóle od czasów recenzji nikt ich nie widział. Ciekawe.
TW: gwałt, molestowanie seksualne, ogólna przemoc w związku oraz, tradycyjnie, spoilery. A także, o zgrozo, krytyka.
Zacznę od tego, że to jest wydany fanfik o Justinie Bieberze. Wystarczy zjechać wystarczająco daleko w dół komentarzy pod rozdziałami dostępnymi na wattpadzie autorki, by znaleźć potwierdzenie. Jest to tak bezczelny fanfik, że Balicka nie tylko zostawiła nie-Bieberowi zwanemu Brysonem kanadyjskie pochodzenie (niech już mu będzie), ale też CAŁY zestaw tatuaży. C A Ł Y. Nieprzerobionych, łącznie z "patience" na szyi i rzymską datą urodzenia na piersi, który, jak zakładam, ma dla Biebera jakieś personalne znaczenie. Nawet Anna Todd, kobieta z zakazem zbliżania się do Harry'ego Stylesa, poświęciła z dwie minuty życia na zmodyfikowanie pod siebie tatuażu Hardina. Nie mam jasnych informacji, ale obiegowa opinia jest taka, że Sophia Cole zawsze była Sophią Cole, ale z fc Ariany Grande, co zapewne ma sens i przy opisach, jaka ona malutka słodziutka, i przy wspominaniu PRZYNAJMNIEJ RAZ NA ROZDZIAŁ, że zrobiła sobie wysoki kucyk. Najlepiej z pasmami po bokach. W dodatku autorka z dziwnym uporem nadaje modelkom Victoria's Secret imiona rzeczywistych ówczesnych aniołków, a opis fizyczny Alessandry nawet zbiega się z aparycją Alessandry Ambrosio. Także no. Już widać ekstremalnie niski wysiłek, jak nawet nie wszystkim postaciom zmieniło się imię, ale spokojnie, żadne pozwy Balickiej nie grożą, ważną osobą jest w swojej głowie, nikt się nigdy nie dowie z osób, których wizerunki wykorzystuje, co ona tam sobie pisze. Można spokojnie wyobrażać sobie Quebo i Blankę jako głównych bohaterów i żadnych zmian w odczuciach nie będzie.
Po tym przydługim wstępie przejdźmy może do mięsa, choć mam wrażenie, że za wiele się o tej książce nie da powiedzieć, nie klnąc jak stary żul w niedzielę niehandlową, gdyż na tych 505 stronach ebooka materiału było na 200. Może. Nie posunę się do stwierdzenia, że to najgorsza książka, jaką czytałam, ale głównie dlatego, że ja czytam dużo złych książek, a nie z powodu jakichkolwiek predyspozycji Balickiej. Posunę się jednak do tezy, że z czytanych przeze mnie książek Niezwykłego ta jest dotychczas najgorszą, jaką czytałam, a napisała to dorosła kobieta. Powiem więcej: tę książkę Balicka zaczęła publikować 6 lat temu na wattpadzie jako fanfika. Okej. Policzmy, że samą Miss Independent skończyła w rok-dwa lata. To nam nadal daje ze dwa lata przepaści między ukończeniem i wydaniem, gdzie miała czas książkę poprawić, zwłaszcza że jej styl się trochę zmienił, co widać po prologu, napisanym później niż cała reszta - ale nie. Po co. Zamieniło się wszystkie Justiny Biebery na Brysony Scotty i koń zwalony, to debiut jest, co się czepiasz, hejterko. Wydawnictwo NieZwykłe to faktycznie musi być straszne - myślałam, że straszą wyłącznie brakiem redakcji, a najwyraźniej przystawiają autorom lufy do głów, by się nie ważyli nanieść poprawek, bo koniecznie chcą wydrukować tekst, za przeproszeniem, chujowy. A tak porzucając sarkazm: no przepraszam, obrona, że "Miss Independent" to debiut to się tak nie do końca trzyma, jak autorka miała mnóstwo czasu przed wysłaniem do wydawnictwa nawet, by nanieść poprawki. Ja nie mówię, że całą fabułę zmienić, ale choćby usunąć scenę, w której Bryson na chillu prowadzi, bo wymyśliła sobie, że pojadą bugatti, a potem przypomniała sobie, że on ma traumę, więc w rozmowie z kimś powiedział, że LEDWO DAŁ RADĘ. No ale to by wymagało jakiegoś wysiłku, jakiejś chwili pomyślenia nad tekstem, a nie chcemy przecież, by ktokolwiek pomyślał, że Balicka ma szacunek do czytelnika czy faktyczną pasję do pisania, a nie chce się wydać dla związanej z tym atencji, byle gdzie, byle jak - byle szybko.
"Byle jak" to zresztą znak rozpoznawczy całego stylu Balickiej. To jest dokładnie ten sposób składania zdań, po którym w najlepszym razie odnosi się wrażenie, że autorka feedback dostała w życiu wyłącznie od polonistki w gimnazjum, a w najgorszym to uwielbia słuchać własnego głosu. W tej książce, oprócz powtarzania po trzysta razy każdej informacji (tych, co widzieliśmy na własne oczy w niezmiennej formie, tych, co mają służyć za dramatyczny reveal za każdym razem tak, jak akurat się autorce umyśli) mamy do czynienia z całymi akapitami waty słownej, gdzie zdania nie tylko nie mają najmniejszego sensu, ale też w ogóle nie łączą się w spójną całość. Po prostu SĄ. W dodatku Balicka ewidentnie mogłaby czasem do słownika zajrzeć, bo nie sądzę, by znała znaczenie wszystkich słów, których używa - mój ulubiony przykład to Sophia, która zamiast jęknąć do swojego auta Z PRETENSJĄ, jęczy doń PRETENSJONALNIE. O tym, że każda postać ma do dyspozycji trzy losowo wybrane gesty, które powtarza do usrania, a większość z nich wylosowała przygryzanie wargi, to nawet nie ma co wspominać. Prędzej o literówkach, których wspaniała redakcja nie dostrzegła, toteż Elena przygryza WAGĘ, a policjant NOSI brew. Tak przykładowo. Zgubione przecinki w oczywistych miejscach też się znalazły. Ja zupełnie nie wiem, czemu ktoś może się śmiać z autorek, co same sobie wybierają to wydawnictwo. Myślę, że należy je wręcz podziwiać za świadomość własnych ograniczeń, że żadne bardziej kompetentne wydawnictwo by się nimi nie zainteresowało.
No dobrze, ale ja tu narzekam, ale o czym właściwie jest ta cała Miss... ee... *sprawdza notatki* Submissive and Breedable? Ano, drogi czytelniku, o dupie Sophii. Mamy tu tytułową Pannę (Niezbyt) Niezależną, Sophię Cole, której autorka nie odróżnia stażu od praktyk, toteż Sophia nie wiadomo, co właściwie robi w tym międzynarodowym holdingu, ale pierwszego dnia pracuje na słuchawce, drugiego prowadzi już spotkanie o firmie, O KTÓREJ NIC NIE WIE, w którym ma uczestniczyć m.in. sam CEO, szef wszystkich szefów, trzeciego ma prezentację na kolejnym spotkaniu i awansuje na asystentkę wspomnianego szefa szefów, a jakoś czwartego? Piątego? dnia po brawurowym (i pierwszym w jej życiu) fellatio w gabinecie prezesa awansuje na główną asystentkę. Potem, po dwóch miesiącach stażopraktyk (chyba, bo timeline jest tu równie chwiejny, co nastroje Brysona) znajduje pracę w innej firmie ZNOWU jako asystentka CEO, choć za długo do tej pracy nie chodzi. Wszystko to, studiując zarządzanie. Sophia, według nachalnych sugestii autorki wciskanych ustami innych postaci, jest osobą ambitną, niezależną, feministyczną, niebojącą się stawiać na swoim, konkretną i charyzmatyczną, zdolną przekonać innych do swoich argumentów. Żadnej z tych cech nie widać, gdyż nie ma żadnego problemu z porzuceniem studiów i pracy, kiedy zachodzi w nieplanowaną ciążę, w pracy zajmuje się głównie obściskiwaniem z Brysonem, wszystkie niespokrewnione ze sobą kobiety oprócz swojej bff (która pojawia się w czterech rozdziałach jakoś) i koleżanki-ekspozycji jebie CAŁY CZAS, wyzywając od najgorszych i w duchu, i na głos, a cała jej niezależność to próba uciekania na metro zamiast wsiąść do przysłanego po nią auta i wygranie kłótni, kto zapłaci w kawiarni. Bryson uważa ją za niezależną, bo nie dostała orgazmu, gdy złapał ją za tyłek przy swoim ojcu. To właściwie cały charakter Sophii, pomijając bycie malutką słodziutką i chichotanie jak mała dziewczynka. Zachowuje się racjonalnie dopiero w epilogu (który nie jest epilogiem), gdy amnezja przywraca ją do ustawień fabrycznych i się Brysona boi. Pierwsza racjonalna reakcja w całej książce. W drugim narożniku mamy Brysona Scotta, niegdyś Justina Biebera. Bryson, jak rozumiem z wypowiedzi autorki, ma być tym skrzywdzonym, złamanym psychicznie osobnikiem, którego wewnętrzne demony popychają do złych wyborów i krzywdzenia innych, gdyż potrzebuje ratunku. Spoko. Jest to w założeniu romans, romanse naprawdę żądzą się swoimi prawami. Problem w tym, że Bryson w pierwszym rozdziale gwałci oralnie swoją pracownicę, grożąc, że ją zwolni, a potem i tak przenosi ją na stanowisko RECEPCJONISTKI. Nadal nie wiem, co dokładnie Balicka widziała w tej scenie zamiast gwałtu, acz wydaje mi się poprzez wstawki, jak niby prezes się tej biednej kobiecie podoba, że nooo, jest to niefajna sytuacja, ale laska się zgodziła sama i Bryson się jej podobał, więc to nie gwałt!!! No nie, to tak nie działa. Żeby było gorzej, wielokrotnie jest nam dane do zrozumienia, że to dla Brysona stały proceder - czyli nie jest zwykłym gwałcicielem, a seryjnym gwałcicielem. Zresztą już jego pierwsze "momenty" z Sophią są dalekie od takich za zgodą obu stron, później, gdy są już w związku, mamy dosłownie scenę, kiedy ją GWAŁCI - najpierw prosi, by powiedziała, kiedy przestać, bo wejdą tej nocy "na wyższy poziom", a potem, kiedy Sophia nawet odnotowuje, że ma dosyć i chce przestać, Bryson DWUKROTNIE zabrania jej się odzywać i kontynuuje. A POTEM STWIERDZA Z DUMĄ "KOMUNIKACJA, SOPHIO". I za każdym razem, kiedy ten kutasiarz przekracza granicę albo w sposób opisany powyżej, albo jest gwałtowny i zwyczajnie przemocowy, zachowuje się jak zwykły popierdol za przeproszeniem, NA PRZYKŁAD MÓWIĄC SOPHII, ŻE JEST ZAZDROSNY, BO JEJ WUJEK NA BANK CHCE SIĘ Z NIĄ PRZESPAĆ, autorka robi nagle backflip i stwierdza, że Sophii się to podoba, że tak naprawdę od początku tego chciała. Super, szkoda, że własny tekst przemawia przeciwko autorce. Może gdyby jednak przejrzała ten tekst przed wydaniem... No ale nie, to debiut jest, D E B I U T!!! Także gra gitara, szafa gra, komoda śpiewa. W debiucie się nie liczy. Ogólnie mamy Brysona uważać za kogoś uwięzionego pod wpływem toksycznego, despotycznego ojca - co widać wyłącznie w napisanym PÓŹNIEJ prologu. W samej książce ojciec się pojawia najczęściej pod koniec i ja nie wymagam, by mi bohater mówił wprost "moje relacje z ojcem są toksyczne", bo to byłoby głupie, ale SHOW, DON'T TELL!!! Pokaż cokolwiek!!! Tymczasem Bryson czuje się absolutnie komfortowo, kiedy jego stary pędzluje przy nim naraz trzy prostytutki, z których najwyraźniej sam korzystał, jest też wspomniane, że BRALI UDZIAŁ W TYCH SAMYCH ORGIACH. Tu chciałabym zapytać, czy oni do tego apartamentu rozpusty by arabski szejk jeździli się zrelaksować ZANIM mamusia Brysonowi umarła i biedny się po tym nie podniósł (czyli czy Bryson wiedział, że stary zdradza matkę, bo w książce się zachowuje, jakby była to dla niego nowość), czy już po jej śmierci - czyli gdy był z Julią, której ZABIŁ DZIECKO i nawet nie jest mu jej żal, bo jest przekonany, że go zdradzała, mimo że żadnych dowodów nie ma. Ale ofc to on jest ofiarą sytuacji. Najbardziej mnie chyba bawi, że jesteśmy kilka razy zarzucani informacją, że BRYSON BRAŁ ANTYDEPRESANTY, DEPRESJĘ MIAŁ PO WYPADKU, jakby a) w USA dosłownie 80% społeczeństwa nie jechało na jakichś opioidach czy innych tego typu lekach oraz b) sam dobrowolnie nie zamienił po powrocie z Kanady terapii ze specjalistą na terapię z Amandą, która jest, jak rozumiem, PROSTYTUTKĄ i to był po prostu roleplay?? Bo nie wiem, co faktyczna psycholożka by robila jako faworyta arabskiego szejka, a to by wyjaśniało, czemu cała terapia Brysona to seks oralny z Amandą, po którym Amanda stwierdza "idź pobiegać" jako lek na jego problemy. Serio. I nawet na taką terapię typ chodzi nieregularnie. XDD Bryson jest dosłownie źródłem wszystkich swoich problemów - to on spowodował wypadek Julii, bo jest pierdolnięty i to on odpowiada za wszystkie problemy w związku z Sophią, bo jest... tak, pierdolnięty. Naprawdę, czy mi ma być szkoda typa, który szarpie i potrząsa swoją ciężarną partnerką, bo co jeśli go zdradza ze swoim partnerem, który jest według niego niepoczytalny, a potem zamiast na pierwsze USG ich dziecka, jedzie do starego i słysząc, że ma się zająć swoim przyrodnim bratem, nawet nie każe się mu wypchać, tylko spoko, bierze brata na zakupy, a potem do wspomnianego apartamentu, gdzie sam idzie do łóżka z Amandą i jeszcze jest wkurzony jak Sophia go na kłamstwie przyłapuje, kiedy Amanda mu dalej skacze po kutasie, jak odbiera telefon. XDD Nawet nie może mi być żal Sophii, że utknęła z takim pozbawionym zalet śmieciem, bo ona jest tak tępa, że on jej mówi "jesteś moją dziewczyną, więc mam pełne prawo do twojego ciała", a ona ma na to "ojeeeej, nazwał mnie swoją dziewczyną <33". No nijak mnie autorka nie przekona, że Lucas, stalker Sophii, jest tu gorszym złem - a bardzo próbuje, bo oboje narratorów wtrąca co chwila w scenach z Lucasem, że COŚ IM MÓWIŁO, ŻE Z LUCASEM COŚ NIE GRA. Coś im mówiło, aha. Chyba Balicka z budki suflera.
I żeby nie było, ja naprawdę rozumiem ideę romansu. Wielu gatunków romansu nawet. Nie czytam dla przyjemności samych wybitnych dzieł, choć owszem, CZYTAM XIX-WIECZNE POWIEŚCI I BAWIĘ SIĘ WSPANIALE, co najwyraźniej czyni mnie pretensjonalną. Problem w tym, że jak jedyne zalety twojego bohatera to KOLOSALNY PENIS i liczba zer na koncie w banku no to jest to materiał na dark romance, o ile jesteś w stanie przyznać, że występująca w książce relacja nie jest normalna. Balicka nie jest. Dla niej ewidentnie Bryson i Sophia to zapisani w gwiazdach kochankowie z trudnościami do pokonania. Największą jest chyba ich ujemne IQ, co doskonale oddaje zakończenie, w którym CO robi Bryson, wiedząc, że Sophia straciła pamięć, i widząc jak w szpitalu całuje ją Lucas? UZNAJE, ŻE WYBRAŁA INNEGO, NARA, BONGO. Już samo to sprawia, że ich dziecko będzie machać do znaków drogowych, a biorąc pod uwagę, że wiruje w koktajlu z przyjmowanych przez Sophię ponad miesiac w ciąży tabletek antykoncepcyjnych i wypitego przez nią alkoholu, oraz przetrwało brutalny gwałt na matce ORAZ potrącenie przez rozpędzone auto... Dziecko Rosemary to przy tym potworze musi być pikuś.
I ostatnie: na Legimi książka znajduje się w kategorii "romanse i erotyka => romanse", wydawnictwo reklamuje książkę jako "gorący romans biurowy". Świetny marketing - SZKODA ŻE CHYBIONY. To jest pornos. Erotyka, jak chcemy ładnie mówić. Nie wiem, wydaje mi się, że w romansie, czy na smutno, czy na wesoło, mamy jednak jakiś rozwój relacji, nawet nie bojąc się uwzględniać scen erotycznych. W Miss Submissive and Breedable to CAŁY ROZWÓJ TEJ RELACJI TO SEKS. Głównie w jednej pozycji, bo z Brysona taka bestia w łóżku, że robi to niemal wyłącznie na pieska, a kobiety osiągają z nim orgazm od samej penetracji. W ogóle te sceny erotyczne... Nie powiem, że są najgorsze, jakie czytałam, bo czytałam "Klub Julietty" i "Kolekcjonerkę", przy czym czuć się lepszym od tego pierwszego naprawdę trudno, bo napisała to kobieta, której przemysł porno ewidentnie skrzywił spojrzenie na seksualność. Balickiej z Sashą Grey nie łączy przeszłość zawodowa, ale skrzywione spojrzenie na seks owszem, ponieważ nigdy w życiu w erotyku pisanym PRZEZ KOBIETĘ nie widziałam tak male gaze-y scen seksu. Każda brzmi jak scenariusz video z Brazzers, które nie słynie raczej z targetowania kobiecej widowni. Już Bielska pisała koszmarne sceny erotyczne, ale przy tych Balickiej to aż mam ochotę przeprosić, bo przynajmniej były absurdalne głównie przez okoliczności je tworzące, a same w sobie nijakie, za to u Balickiej cały czas miałam ochotę ukryć twarz w dłoniach. No i oczywiście, Sophia, dziewica z zerowym doświadczeniem, bez żadnych przygotowań, żadnych rozmów, JAKIEJKOLWIEK EDUKACJI SEKSUALNEJ (ona się w ogóle nie zna na antykoncepcji!!!) świetnie się czuje podduszana i prana po dupie tak, że następnego dnia ma całą fioletową. W ogóle na to pranie po tyłku Balicka się tak uparła, że Bryson robi to nawet w pozycji misjonarskiej i jednocześnie chciałabym, żeby mi to ktoś rozrysował, i się boję. Bo wiecie, vanilla sex jest tylko dla nudnych pensjonarek, prawdziwe feministki są kinky and spicey. Szkoda, że TEGO TEŻ nikt nie uwzględnił w reklamie, bo "gorący romans" nie oznacza z automatu "BDSM", no ale weź wytłumacz liberalnej feministce, że duszenie to nie jest standard w seksie.
Jeśli dotarliście już tutaj, w nagrodę oferuję wam dwa wyjątkowej urody cytaty, które w sumie oddają poziom całej książki:
"Najbardziej bolała moja kobiecość, którą wczoraj penis prezesa koronował na królową";
"Rozchylił moje uda i zaczął głaskać palcami c***kę, wsuwając je między wargi, aby dostać się do czułego guziczka tej zdradliwej lafiryndy".
Also, co jest brutalne w tej książce: zdejmowanie przez Brysona bielizny (wciąż nie wiem, czyjej), szarpanie się przez Brysona za włosy, cokolwiek, co robi Bryson
Co w tej książce nie jest brutalne: research (mój fav to CEO przywożący dyrektori działu handlowego papiery do domu)
To była wspaniała podróż i jeszcze się nie skończyła, bo przede mną reszta trylogii. Stay tuned!