Na chińskiej prowincji jesteś niewidzialny. Jakbyś nie istniał. Kiedy masz złamane serce, czujesz się dokładnie tak samo.
Nie masz dostępu do internetu. Nie możesz sprawdzić na żadnej mapie gdzie jesteś ani dokąd idziesz. Nie możesz skontaktować się z nikim z tych, którym ufasz. Tutaj nikt nie zna twojego języka, a ty nie znasz języka, którym posługują się mieszkańcy. Nie potrafisz odczytać żadnego znaku. Żadnej litery. Nie wiesz, co to za dom, co za ulica, nie wiesz czy to, co jesz jest wege, czy może z mięsem psa albo węża. Nikt na ciebie nie patrzy. Nikt nawet nie otrze się o ciebie, choć ulica jest zatłoczona ponad wszelkie wyobrażenie.
Oto podróż przez Państwo Środka z Konfucjuszem w roli przewodnika po zaułkach współczesnych Chin i zakamarkach samotnego serca.
Podróż z Lijang w Yunnanie, przez Kunming, Guilin, Kanton, Hongkong, Makau do Szanghaju.
Ten, kto pokona tę drogę będzie potrafił rozumieć i mówić, nie używając słów.
Żyje z pisania odkąd odkrył konfucjańską zasadę, że jeśli wybierzesz zajęcie, które kochasz, nie będziesz musiał pracować ani jednego dnia. Imał się wielu zajęć. Czyścił zęzy na statkach, malował kominy, produkował papier, uchwalał budżet miasta na prawach powiatu, próbował napisać słownik polsko – papuaski, skakał do wodospadu, próbował nowych dróg w Tatrach, kochał, zdradzał i próbował odnaleźć eliksir na złamane serce. Wydał kilka książek i opublikował setki reportaży w magazynach i gazetach. Nie zdobył żadnych laurów, ani żadnych nagród. Zresztą nie dałoby się ich przecież nosić w plecaku.
Książka nie doczytana do końca. Proszę wziąć pod uwagę, że przez to recenzja może nie odzwierciedlać stanu faktycznego.
Zacznę od tego, że kraje dalekiego Wschodu i konfucjonizm są bardzo wysoko na liście moich ulubionych tematów w literaturze faktu. Trzeba się naprawdę postarać abym nie dokończyła czytać czegokolwiek na te tematy.
Myślę , że ocena tej książki będzie wybitnie zależała od sytuacji osobistej czytelnika. Autor otwarcie i wielokrotnie (jak dla mnie zbyt otwarcie i zbyt często) podkreśla, że jego podróż do Chin i opis tejże podróży są efektem bycia zdradzonym przez ukochaną kobietę. Fakt smutny sam w sobie i rodzący współczucie, powtarzany jednak po raz setny wzbudza znudzenie i irytację. Tak to już jest, że tylko wybitni potrafią opisać ból rozstania czy uniesienia miłości w wysublimowany, taktowny i porywający sposób. To nie jest ten rodzaj pisarstwa. Nie jest to również książka o Chinach per se, ani o Konfucjoniźmie.
To jest książka o złamanym sercu autora. Smutne. Niemniej dowodzi niezbicie prawdy, że pewne słowo pisane, zwłaszcza pisane pod wpływem silnych emocji jako forma terapii przez niewprawioną dłoń...... powinno pozostać w szufladzie.
Bardziej książka o problemach autora niż o Chinach. Też trochę o sensie podróżowania i byciu samotnym. Męczący styl.
Ciężko było dotrzeć do 100 strony, kilka razy chciałem rzucić. Autor użala się nad sobą. Ślini się na widok każdej kobiety („po schodach wąskich niczym biodra tutejszych dziewcząt”). Ciągle na granicy grafomanii z koszmarnymi pseudopoetyckimi popisami („Lęk: patrzył na mnie jak karaluch. Lśniący i szybki.” – litości!). Rozmodlony autor zawraca, bo widzi znak na niebie, bezustannie zresztą coś mu się religijnie kojarzy. Obserwacje codzienności w Chinach nawet celne i ciekawe, ale ratujcie, jak nachodzi go ochota na analizy geopolityczne albo społeczne – to są mądrości na poziomie podpitego wujka na imprezie rodzinnej, zero prób weryfikacji faktów, same komunały i powierzchowna wiedza. Może to wszystko poza i zgrywanie się, ale mnie wygląda na pisane serio.
Gdzieś w 1/3 przestałem mieć ochotę co rusz rwać włosy z głowy, albo autor wyluzował, albo zacząłem odfiltrowywać ten styl. Kończyłem może nie z przyjemnością, ale z umiarkowaną ciekawością.
Autor ma złamane serce i to jest główny temat książki, nie Chiny. Samo sformułowanie "złamane serce" pojawia się na okolo co czwartej stronie. Przykro się to czyta. Na deser odnotowane jest kazde napotkanie co ładniejszej kobiety, z bezwstydnym podkresleniem patrzenia się na jej pośladki, lub rozmyśleń na temat jej dziewictwa. Nie jest to nic, czego oczekiwałam po tej książce.
Trudno mi bylo ustalic o co chodzi. Czy każda książka tego sąawnego podroznika jest inna? Moze ta akurat odstaje od innych? Czy wszystkie sa takie smutne? Byla to dla mnie pierwsza ksiazka tego autora, okazuje sie ze zanim napisal o Chinach byl juz wszedzie. Czy moze wlasnie szukal nowej metody na pisanie ksiazek? Z tonu glosu i pisania wnioskuję ze to nie jest osoba ktora idzie na kompromisy, ze pisze tak jak czuje i co do Chin to wlasnie tak mu wyszlo. W Chinach bylem cztery razy, w tym i w Hong Kongu, chcialem sobie tam literacko pojechac, tym razem totalnie turystycznie. Jest to miejsce fascynujace, teraz czuję ze to moze ja sam powiniennem napisac ksiazke o Chinach. Dla ludzi, nie dla siebie. Ale pisanie ksiazek podrozniczych jest niezwykle trudne, gdyz w internecie sa juz wszystkie informacje i zdjecia, a one w ksiazce podrozniczej tez jednak powinny byc umiejetnie wplecione. A przede wszystkim liczy sie klimat, liczy sie ciekawosc, liczy sie umiejetnosc "zarazenia" czytajacego ciekawoscia, liczy się umiejętność regulowania tempa opowieści. Nie liczy sie natomiast ze przyjechalismy do Chin zdołowani i mamy do wszystkich o coś pretensje. A tu wlasnie mamy czlowieka ktory ma sporo refleksji na inne tematy, nigdy z siebie samego wyjść nie potrafi i widzi wszystko przez pryzmat swego stanu ducha. A czyż nie po to są właśnie podróże żeby uciec od samego siebie? Oczywiscie, jest w książce trochę ciekawych spostrzezen, autor ma swoisty choc wcale nienajplynniejszy sposob pisania, nazwalbym ten styl "tresciwym ale opornym", jest czesto poetycki a czesto tez nagle jest duzo o niczym. Nie wiem czy ta gloryfikacja swej nędzy jest komus potrzebna, ze ponoc tylko w stanie absolutnej biedy sie "naprawde" podrozuje. Autorska pogarda dla jakiegokolwiek komfortu nie byla mi do niczego potrzebna, ale rozumiem ze autor chce byc "prawdziwym mezczyzna", albo przynajmniej chce poczuć się jak nastolatek. Tendencja do łapania "ostatniego" autobusu i ostatniego statku jest w co drugim rozdziale, bo nasz autor jest "wolnym czlowiekiem", ktory punktualnie przeciez nigdzie nie przychodzi. Ciągłe zachwycanie sie seksualną atrakcyjnoscia co drugiej napotkanej dziewczyny po pewnym czasie już nie dodaje koloru. W ksiazce brakuje niewinnosci i zachwytu, jest rozczarowanie, a nawet i pewne zblazowanie, może po prostu middle life crisis?. Cytaty z Konfucjusza i innych sa ciekawe ale do niczego nie pasują (nie mam zupełnie pojecia dlaczego), a bialo czarne zdjecia sa raczej slabej jakosci, wybrane chyba tak zeby bron Boze nie byly za ladne czy za ciekawe, no i są też tak umieszczone że pojawiają się za późno lub za wcześnie. Czyli, czytajac czytelnik niestety spedza czas reagujac na sfrustrowaną osobowosc autora wiecej niz na same Chiny. I tu jest chyba ten największe nieszczęście z tą ksiazką. Pojechał tam w zlym stanie ducha.
nie miec zadnych oczekiwan a i tak sie zawiesc...niewielu potrafi ;-) ocene podnosza przyslowia chinskie z poczatkow rozdzialow (a jest ich ze 200) na poczatku myslalem, ze beda one "pasowaly" do tresci, ale szybko okazuje sie, ze sa one randomowe przygoda nudna, dretwa, skupiajaca sie glownie na tym, ze autor nie zna jezyka i z tego wynikaja problemy