To było niezwykle poruszające spotkanie ❤️
Sylwetki sióstr za sprawą Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, migają wyraziście na tle wrzosowisk - oddane z ogromną dozą szacunku i zrozumienia, którego za ich życia im nieraz szczędzono. Każdej z nich zwrócona zostaje indywidualność, tak potrzebna by raz na zawsze rozbić jednolity twór pod szyldem: "Sióstr Bronte". Każda z nich miała własną historię, własny rys - warte wyodrębnienia, zaznaczenia konturu. Autorka to robi, na tyle na ile pozwalają jej dostępne materiały. Pięknie zachowuje przy tym proporcję przynależnego biografii obiektywizmu i subiektywnej perspektywy, zahaczającej nieraz o domysły, przewidywania. Jeśli chodzi jednak o to własne spojrzenie - jest ono niezwykle subtelne, ostrożne w sądach, zawsze pełne czułości kierowanej w stronę rodziny Bronte.
"Na plebanii w Haworth" czyta się jak prawdziwą, ekscytującą powieść i niezwykle chłonie się tę wysoką wrażliwość autorki na opisywany świat i postaci, które go zapełniają. Opuszczam Haworth z jeszcze większą dozą miłości i zrozumienia dla sióstr; z dziwnym wrażeniem jakby to wszystko działo się dosłownie przed chwilą, słysząc miarowy, rytualny krok wokół stołu; wieczorne, pełne ekscytacji dziecięce szepty; widząc niewielką postać o spłoszonym spojrzeniu, kryjącą się gdzieś w kącie... To wszystko żyje, trwa - jestem wdzięczna autorce, że mogę być tego wszystkiego pełnoprawnym świadkiem❤️