Ta książka to dowód na to, że życie pisze scenariusze, jakich nie wymyśliłby żaden powieściopisarz!
Bo kto by uwierzył, że w okresie PRL w MSW działała specjalna grupa kontrwywiadu, której członkowie pod osłoną nocy regularnie wchodzili do ambasad i konsulatów? Tam przeszukiwali skarbce pełne tajnych dokumentów, kopiowali je, by kilka godzin później mogły one wylądować na biurkach najwyższych urzędników państwowych. W ten sposób polskie służby specjalne przez całe lata zdobywały informacje o działaniach ówczesnych przeciwników, w tym o operacjach CIA. Choć za sprawą grupy wyciekły setki tysięcy stron najpilniej strzeżonych dokumentów, nikt nie wpadł na jej trop.
Ci, którzy wiedzieli o istnieniu tajemniczego Wydziału IX – a była ich garstka – nazywali ich „straceńcami”. Dlaczego? Bo do otwierania drzwi skarbcowych oraz potężnych sejfów używali niebezpiecznego dla zdrowia i życia promieniowania gamma.
Tomasz Awłasewicz, dziennikarz i specjalista ds. służb specjalnych, jako pierwszy dotarł do tych nielicznych członków grupy, którzy wciąż żyją. Na książkę składają się ich wspomnienia z lat 70. i 80. – opowieści o tym, jak dokonali tego, co zdaniem najwybitniejszych ekspertów było absolutnie niemożliwe.
Znacznie krótsza niż poprzednia "Łowcy szpiegów" i niestety płytsza. Wygląda na to, że najciekawsze wątki na temat Wydziału IX już zostały opisane przez Autora dwa lata temu. Tym nie mniej, pozycja obowiązkowa dla zainteresowanych - szczególnie z uwagi na świetne fotografie wnętrz ambasad, bunkrów szyfrowych, czy sprawozdań z 'tajnego przenikania'.
Od pewnego momentu roiła mi się przy lekturze melodyjka z "Mission: Impossible", ale tu jest lepiej, bo naprawdę. Duże plusy za dotarcie do ludzi (tych, którzy przeżyli zabawy z izotopami).
Całe 280 stron książki to wybrane fragmenty opowieści funkcjonariuszy, którzy brali udział we włamaniach do zachodnich placówek dyplomatycznych w okresie PRL. Opowieści może i ciekawe, ale tylko na takiej zasadzie, jak ciekawe są różne historyjki opowiadane w gronie znajomych przy piwie: - A pamiętasz jak wtedy w Poznaniu? - O, no dobrze że był tam Czesio, uratował nas, nie ma co mówić. - No. Szkoda Czesia, dobry kolega z niego był.
I tak przez 280 stron (oczywiście dużą czcionką i koniecznie z wielką interlinią). Trudno to nazwać nawet wywiadem-rzeką, bo książka nie zawiera pytań ze strony autora, jedynie wypowiedzi funkcjonariuszy.
Zasługi autora ograniczają się do dostrzeżenia tytułowego zagadnienia i dotarcia do rozmówców - i za to daję te dwie gwiazdki. Cała reszta to zmarnowany potencjał i lista braków: brak krytycznej analizy wywiadów, brak opisów kontekstu historycznego, społecznego, gospodarczego opisywanych działań, brak opisu konsekwencji / wpływu włamań na życie, politykę itd. Nawet w tym aspekcie, w który wypowiedzi funkcjonariuszy wchodzą najgłębiej (technika włamań), opisy są suche i trudne - jeśli nie niemożliwe - do zwizualizowania (np. "przeszyfrowania dokonuje się na zamku otwartym i klucza serwisowego nie da się całkowicie wcisnąć do tej dziurki z tyłu przy zamku zamkniętym. Pan Zenek wsuwał więc klucz tylko minimalnie, po czym zaczynał kręcić od swojej strony pokrętłem do ustawiania szyfru. W momencie, gdy trafił na odpowiednią liczbę ostatniej tarczy, czyli pierwszej od tej strony gdzie wsunął klucz do przeszyfrowania, to czuł że ten klucz wsunął się minimalnie więcej." - bez pomocy graficznej dla osoby spoza branży to jest po prostu bełkot).
Nie jest to stricte opowieść, lecz rozmowa, bądź szereg rozmów, z byłymi funkcjonariuszami Wydziału IX Departamentu II MSW w czasach PRL-u, a więc kontrwywiadu „bezpieki”. Wydział ten odpowiadał za spektakularne (jeśli patrzymy na to z perspektywy czysto profesjonalnej, nie zaś ideologicznej) penetracje placówek dyplomatycznych krajów nieprzyjaznych ówczesnej Polsce. Wykorzystując w tym celu niezwykle silne izotopy, fukcjonariusze uzyskiwali dostęp do najtajniejszych dokumentów, przechowywanych w specjalnie pieczołowicie chronionych sejfach, zwanych bunkrami. Dwie metody, izotopy wykorzystujące, gammagraficzna i gammametryczna, w efekcie sprowadzały się do „prześwietlania” mechanizmów zamków szyfrowych w celu ich otwarcia. Wprawdzie wykorzystanie izotopów w tym celu było wywiadom świata znane, nie korzystały one jednak z nich ze względu na potężne dawki promieniowania, którym poddawane były osoby, tymi metodami się posługujące. Niestety, zgodnie z zasadą, że „polski lotnik to i na drzwiach od stodoły poleci”, w komunistycznej Polsce zasady bezpieczeństwa były nagminnie łamane, czego efektem (oczywiście oprócz profesjonalizmu funkcjonariuszy) były wspomniane na wstępie spektakularne sukcesy.
Abstrahując od tego, że mówimy o służbach komunistycznej „bezpieki”, czytając książkę, targany byłem mieszanką dwóch uczuć – podziwu dla profesjonalizmu, dzięki któremu ówczesna Polska zdolna była uzyskać niejeden raz przewagę strategiczną dzięki wejściu w posiadanie tajnych dokumentów drugiej strony; oraz współczucia dla osób, którym przypadło w udziale współtworzenie tego sukcesu. Jeśli prawdą jest (a wydaje się być to prawdopodobne), że 70% funkcjonariuszy Wydziału IX zapadło na choroby nowotworowe, i wielu straciło w ich wyniku życie, szczególnie fakt, że w wyniku ustawy dezubekizacyjnej osoby te często pozostały bez środków do życia (a większość z tych osób przeszła pozytywnie weryfikację i pracowała nadal w kontrwywiadzie po 1989 roku) budzi niepokój co do ciągłości państwa polskiego.
Myślę, że gdyby była taka opcja, przyznałbym książce ocenę 4.5*. Po namyśle, uznałem, że 5* jest chyba oceną bardziej odpowiednią od 4*. I to pomimo tego, że jak wspomniałem na wstępie, nie jest to opowieść, lecz relacja z rozmów. Książka ma świetne tempo i czyta się ją z prawdziwą przyjemnością.
Bardzo dobrze opowiedziana historia oficerów kontrwywiadu PRL z Wydziału IX. Kilku z nich podzieliło się z autorem swoimi wspomnieniami z czasów, kiedy to pod osłoną nocy wchodzili do różnych placówek dyplomatycznych "wrogich" państw. Żaden zamek ani żaden sejf nie stanowił dla nich przeszkody, kombinacje do zamków szyfrowych zdobywali przy pomocy izotopów kobaltu-60 i irydu-192, ryzykując własnym zdrowiem. Niewiarygodna, zupełnie nieznana historia, świetnie napisana, trudno jest się oderwać.
Tematyka pasjonująca, a niektóre rewelacje szokujące. Ale niektóre opisy zamków i sposobów ich pokonywania pokonały i mnie. Czyta siebie to szybko - duża czcionka, zdjęcia, ale nadal czegoś zabrakło, żeby mnie powaliła.
Ciekawy temat. Polskie służby włamujące się regularnie do zachodnich ambasad w celu pozyskiwania ważnych dokumentów. Ważne, że do tego celu wykorzystywały przenośne promieniowanie radiacyjne pozwalające otwierać zamki sekretnych sejfów. Sprawnie napisane. Polecam!
to niezla robote mieli nie ksiazka nie byla zla ale troche brakowalo mi tresci za malo sie dowiedzialam dlaczego to robili??? po co??? za duzo pytan ale temat sam w sobie ciekawy