Mumie, starożytna klątwa, epoka wiktoriańska w epoce największej egiptomanii, a wszystko to spod pióra Brama Stokera (ojca „Drakuli”!).
O „Klejnocie siedmiu gwiazd” można by pisać i pisać bez końca… To perła gotyku imperialnego, jedna z powieści, którą można analizować, rozbebeszać, pod lupą doszukiwać się ukrytych za słowami lęków, fascynacji, nawiązań. W końcu to jedna z tych charakterystycznych lektur, których wysyp pojawił się u szczytu tamtej epoki. Nie będziemy tego jednak robić, w zamian warto tu wspomnieć, że wydanie książki zbiegło się z niezwykłym odkryciem archeologicznym, którego z pewnością Stoker był świadomy. Howard Carter – ten, który w Dolinie Królów odnalazł również grób Tutanchamona – odkrył grobowiec jednej z egipskich królowych, Hatszepsut. Była to postać co najmniej nietuzinkowa, nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele. Dodam tylko, że to na jej niezwykłej historii dochodzenia do władzy (która była wówczas niedostępna dla kobiet), inspirowana jest postać królowej Tery.
Ciekawostką pozostaje fakt, że „Klejnot Siedmiu Gwiazd” posiada dwa zakończenia. Pierwsze pojawiło się przy pierwszym wydaniu książki w 1903 roku i zaskoczyło zarówno czytelników, jak i krytyków. Nie pasowało do pozostałych, podobnych opowieści, a jak wiemy – czytelnicy literatury gatunkowej przyzwyczajeni są do konkretnych schematów. Gotyk imperialny również rządził się swoimi prawami. Drugie zakończenie Bram Stoker dodał w wersji zredagowanej z 1912 roku. Oba zakończenia znajdziemy w polskim wydaniu książki, by samemu zadecydować, które pasuje do historii lepiej, które ma intensywniejszy w emocje wydźwięk.
Cieszę się niezmiernie, że „Klejnot Siedmiu Gwiazd” po tylu latach po raz pierwszy trafił w ręce polskiego czytelnika. Przed nami przekład rzetelny, nastrojowy, pasujący do epoki, w której powstała książka. Oddaje ducha tamtych lat, oddaje klimat, który unosił się wokół starożytnych artefaktów, tę tajemnicę, sekret, którego nawet my, po tych wszystkich latach nie możemy do końca przeniknąć. To mieszanka przygody, niesamowitości, romansu – groza snuje się wokół, otacza czytelnika oparem, trochę hipnotyzuje po drodze. To sama przyjemność niespiesznej lektury.