Pisząc, w opinii na temat poprzedniego tomu, o braku poczucia wspólnotowości wsród mieszkańców Pogodnego, może trochę się pomyliłam? Co prawda Marcin, lokator czwartego osiedlowego domu, też się nad tym zastanawia, zna przecież tylko zewnętrzne następstwa turbulencji w życiu sąsiadów, ale kiedy ich odwiedza nikt go za drzwi nie wyrzuca. Co więcej, Magda i Michał, bohaterowie pierwszej części serii, korzystają z jego zaproszenia na imprezę charytatywną na rzecz niepełnosprawnych dzieci, deklarują swój wkład finansowy, umawiają się na wspólnego grilla. Czekałam więc, co będzie dalej, ale temat osiedlowej integracji szybko się rozmył. To, co przydarzyło się lokatorom czwartego domu całkowicie zdominowało fabułę.
Pewnego dnia znika Monika, partnerka Marcina, matka ich niepełnosprawnej dwunastoletniej córeczki. Bez słowa wyjaśnienia porzuca pracę naukową, której była oddana, i fundację, którą założyła. Tajemnice jakie się za tym kryją stanowią, obok samotnego ojcostwa Marcina, główne wątki powieści.
Podczas gdy poprzednie tomy pozostawiły mnie z dość mieszanymi odczuciami przyznaję, źe odkrywanie przez Marcina prawdziwej Moniki robi wstrząsające, dalekie od banalności wrażenie. Zajawka wydawnicza książki puentuje tę kwestię jednym zdaniem: „Czy każda kobieta ma instynkt macierzyński i jest stworzona do bycia matką?” Ale w rzeczywistości jest to cały kompleks problemów, jakie jedynie pozornie podlegają jednoznacznym ocenom. Ponadto tym razem środki warsztatowe wykorzystane przez Magdalenę Majcher, sposób prowadzenia fabuły czynią z „Małych wielkich sekretów” naprawdę dobrą książkę, udany przykład, że nawet nie wychodząc poza konwencję tzw. małego realizmu można kilka ciekawych rzeczy o naturze ludzkiej powiedzieć.
Mimo że na Pogodnym stoi jeszcze jeden, niezasiedlony dom - podobno jego potencjalna lokatorka popełniła samobójstwo - autorka już się z osiedlem pożegnała. A mnie nadal trochę szkoda, źe do powstania sąsiedzkich więzi między mieszkańcami nie doszło. I nie chodzi tylko o wspólne grillowanie.
Moja ocena poszczególnych opowieści o ich losach była zróżnicowana. Pierwszej i trzeciej zarzucałam przede wszystkim sztampową, przewidywalną formę. Dwóm pozostałym udało się, z bardzo różnych powodów, pobudzić moją wyobraźnię, wywołać żywe emocje.