Co tu dużo mówić: Ogromne rozczarowanie, fatalny reportaż.
Już sam opis na okładce zdaje się krzyczeć "Pull up! Terrain ahead!": "Wszyscy bohaterowie Lecę mają zmienione imiona. Zdradzili tajemnice, wpuścili za zamknięte drzwi kabiny. Żadna linia na świecie nie zgodziłaby się na nasze rozmowy." - pachnie to bardziej Faktem czy Superakiem niż Polską Szkołą Reportażu, ale niech będzie: skusiłem się.
Niestety sama książka nie jest ani dobrze napisana, ani w żadnej mierze sensacyjna czy tajemnicza.
Największym jej problemem jest chaos wynikający z przedziwnej konstrukcji: reportaż jest wywiadem z kilkunastoma anonimowymi osobami. Wypowiedzi rozmówców przeplatają się, uzupełniają, ale czasem wykluczają, stoją ze sobą w sprzeczności. Po kilkunastu pierwszych stronach czytelnik nie ma już pojęcia czy dana myśl wyszła z ust Agnieszki, Magdy, Sylwii, Bożeny, Michała, Andrzeja, Macieja, Roberta, Krzysztofa, Tomasza, Karola czy jeszcze innego bohatera. 200 stron książki to nieprawdopodobna schizofrenia, wielogłos w którym temat radykalnie zmieniany jest co kilkanaście stron. Autor nijak nie panuje nad tym "słowotokiem".
Rozdział "Dwa słońca i niemiejsce..." zaczyna się od zdania "Czy piloci byliby w stanie pracować, gdyby codziennie myśleli o śmierci?" i przemyśleń o pasażerach, którzy myślą o wypadkach, by po 3 zdaniach po prostu przeskoczyć do tematu "kobiety w lotnictwie" omawianego przez Agnieszkę. Dwa akapity później jesteśmy już przy Staszku, który opowiada o lądowaniu w nocy i przy trudnej pogodzie. Serio: Na przestrzeni JEDNEJ STRONY poruszane są trzy zupełnie różne tematy. Autor sobie, Agnieszka sobie, Staszek sobie, a biedny czytelnik ma się w tym połapać.
Ciekawe (nie poruszone w innych publikacjach o lotnictwie) elementy można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli już pojawia się coś nietypowego, to raczej na zasadzie jakichś mniej lub bardziej absurdalnych plotek wygłaszanych przez jednego z anonimowych rozmówców (z hitowym, że MH370 mógł zostać ukradziony, na czele).
Od przedziwnych zdań i stwierdzeń w książce się roi. W akapicie o kontroli pilotów na lotniskach pada np. (o butelkach z wodą) "Zabierają jedynie w Katowicach, nikt nie wie dlaczego. Niekiedy czują się gorzej traktowani. Po kontroli załoga wsiada do busa."
Przez kogo są gorzej traktowani? Od kogo są gorzej traktowani? Że piloci czują się gorzej traktowani od pasażerów? Czy że czują się gorzej traktowani w Katowicach?
Kolejny temat utrudniający lekturę to jakże irytujący sposób słownego zapisu liczb. Akapity wspominające o wysokościach i prędkościach to jakiś kosmos, dodatkowo ubarwiony "mniej więcej", "niecałe" i "ponad":
"(...) trzysta czterdzieści węzłów, czyli niecałe sześćset trzydzieści kilometrów na godzinę. Na wznoszeniu prędkość do około stu pięćdziesięciu węzłów, czyli mniej więcej dwieście siedemdziesiąt osiem kilometrów na godzinę. Po schowaniu klap dwieście pięćdziesiąt węzłów, czyli ponad czterysta sześćdziesiąt dwa kilometry na godzinę."
Mniej więcej dwieście siedemdziesiąt osiem... koszmar.
Plusów w książce jest niewiele, ale raz czy dwa rozmowy schodzą na tematy, które mogłyby być przyczynkiem dla całych rozdziałów - ciekawe cargo, latanie z drużynami sportowymi, przewóz zwierząt, najciekawsze lotniska czy trasy. Prawda jednak taka, że większość wspomnianych tematów dogłębnie omawiana jest czy to w książkach napisanych przez pilotów (niezłe "Pilot ci tego nie powie"), czy to przez pilotów-youtuberów (Captain Joe, Turbulencja).
"Czarne" kojarzy się czytelnikom ze świetnymi reportażami. Takież były poświęcone lataniu "Wniebowzięte" czy genialne "Niebo jest nasze". Niestety "Lecę" to kolejna w ostatnich miesiącach pozycja nie tyle poniżej średniej, co po prostu nijak nie pasująca do dotychczasowego portfolio.