Przewrotny tytuł z podtytułem w zasadzie oddają charakter książki. Jednak z pewnymi zastrzeżeniami. Nie jest to pamflet agresywny, choć język Niny Witoszek jest soczysty. Ale mimo błyskotliwych, prześmiewczych skojarzeń i porównań, jednak, mam wrażenie, przeważa w książce fascynacja Norwegią i Norwegami. Kraj, w którym rządzi „reżim szczęśliwości”, gdzie historycznie partia Patriotów uzyskała trwałą przewagę nad Inteligentami, ale jedni z idei drugich jakoś tam zawsze potrafili korzystać. Społeczeństwo umiaru, które odrzuciło model krwiożerczego kapitalizmu, uosabianego przez tzw. American Dream, na rzecz swojego własnego dobrostanu. Ludzie, którym obce są romantyczne, mesjanistyczne zrywy, siłę czerpią z przyrody, chłopskiego, zdrowego lecz oświeconego rodowodu, w którym głęboko zakorzenione jest poczucie wspólnotowe.
Nieżyczliwy czytelnik mógłby zarzucić książce brak spójności. To co w jednym rozdziale autorka obśmiewa, gdzie indziej stanowi jej zdaniem podwaliny norweskiego fenomenu. Tak, na przykład, podobnie jak w innych europejskich krajach, obserwujemy też w Norwegii schyłek antyautorytarnej lewicy (jako jej prominentnych przedstawicieli wymienia Witoszek Orwella, Koestlera, Havla, Michnika, Kowalowa), Jej miejsce zajmują rożne cyklopowe, czytaj jednookie, stwory. Z właściwą sobie swadą nazywa te formacje Bobasami, Lewicą ambiwalentną, Lewicą sprostytuowaną i Lewicą pampersową. Z drugiej strony, pomijając obrazoburczą terminologię, która mnie akurat nie razi, w jednym z końcowych rozdziałów rozprawia się autorka z popularnym wśród wolnorynkowców poglądem na temat skandynawskiego socjalizmu. Twierdzi mianowicie, iż nieprawdą jest, że zanim państwa nordyckie zajęły się sprawiedliwą dystrybucją wspólnego bogactwa, kapitaliści musieli je wypracować. Jako współczesny przykład podaje norweski Fundusz Naftowy, czyli zarządzany przez PAŃSTWO [podkreślenie moje] fundusz emerytalny, który gwarantuje obecnie każdemu obywatelowi kapitał wyjściowy wysokości około pół miliona złotych.
Jest w książce wiele innych ciekawych spostrzeżeń i śmiałych tez, większość, także tych najbardziej kontrowersyjnych, obudowanych bogatą literaturą (115 przypisów, bibliografia liczy sporo ponad sto pozycji). „Nam w Norwegii mózg nie uderza do głowy. Dlatego jesteśmy tak szczęśliwi” - usłyszała autorka od przygodnego rozmówcy, który znał jej poglądy. Bardzo interesujące są rozważania o imigrantach w Norwegii, nie tylko muzułmanach, także Polakach. Z kolei o prysznicu, który zgotował Norwegom na wyspie Utøja niejaki Anders Behrig Breivik, Nina Witoszek pisze: „Długo wisiało to w powietrzu. Poczucie, że życie w „reżimie dobroci” jest za dobre, by było prawdziwe i trwałe. Nie ma raju bez węży - i nie ma najlepszego miejsca na świecie bez zagrożeń”. Jeszcze ważniejszy jest opis, jak Norwegowie zmagali się z tą traumą, w porównaniu do innych narodów, nie wymienionych z nazwy, które ostatnio spotkała podobna tragedia.
Norwegię znam głównie z książek Jo Nesbø. Nina Witoszek przyznaje, że niezbyt liczni norwescy przedstawiciele kultury wysokiej, na czele z Henrikiem Ibsenem, raczej kontestowali niż podziwiali obyczajowość i wzorce postępowania swoich ziomków. Ona najwyraźniej starała się połączyć wodę z ogniem, pisać o plusach dodatnich i plusach ujemnych najlepszego kraju na świecie. Bardzo jestem ciekawa, co sądzą o książce, która w Norwegii ukazała się w 2009 roku, mieszkańcy tego raju.