To mit, ze kawa stawia na nogi. Gówno prawda. Ten napój wcale nie rozciencza marazmu i nie mobilizuje. Mimo to perspektywa wypicia kilku lyków bywa jedynym powodem, by wyjsc z wyra. Takie krótkoterminowe cele sa jedynym, co pozwala mi zaczac dzien. Bo cele dlugoterminowe demotywuja. Zwlaszcza ze formuluja je przelozeni w korporacji, która trawi ponad polowe mojego zycia. Polowe? Tak, polowe. To wcale nie jest tak, ze spedzam w pracy osiem godzin dziennie. Po powrocie z biura mysli o robocie nie chca odlepic sie od mojej kory mózgowej, chociaz powinny. Przeciez slucham tam wylacznie o deadlinach, coachingach i coraz to nowszych challengach. Jestem samotnym project managerem po trzydziestce. Szamocze sie w gestej sieci fobii, natrectw i neuroz, dla których katalizatorem moze byc wlasciwie poczawszy od tloku w srodkach komunikacji miejskiej i skrojonych pod gusta mlodych hipsterów ofert modnych restauracji, poprzez interakcje ze wspólpracownikami w pracowniczej kantynie, na dojmujacej rutynie codziennych obowiazków skonczywszy. Wspólpracowników tak w ogóle z trudem toleruje, a jedynym czlowiekiem w biurowcu, z którym jestem w stanie konwersowac bez fasady wysilonej neutralnosci, jest zatrudniony na umowie smieciowej podstarzaly recepcjonista. Na mój kazdy dzien sklada sie seria powtarzalnych automatyzmó wedrówka po labiryntach uzalezniajacych mediów spolecznosciowych, kurtuazyjne rozmowy o niczym i przedluzajace sie wizyty w toalecie, mojej swiatyni dumania. Ale wszystko zmienilo sie, kiedy w biurze pojawila sie Agata. Boze, co to byl za lachon.
Każdy kto choć raz wpadł w trybiki korporacyjnego mechanizmu wie, że nie jest to łatwy kawałek chleba – presja, zwierzchnicy (nad wyraz często niekompetentni), projekty, coachingi, deadline’y… Wspinanie się po szczeblach kariery przypomina spacer z zawiązanymi oczami po polu minowym.
W takim środowisku poznajmy naszego głównego bohatera – project managera – sfrustrowanego, zestresowanego, z nerwicą natręctw i skrajną niechęcią do swojego miejsca pracy. Nic dziwnego, że nie pała on do niego jakąś szczególną sympatią skoro nie ma tam bliższych relacji między współpracownikami, ludzie odnoszą się do siebie z dystansem (choć bywa że i z pogardą), a każdy w najmniej oczekiwanym momencie może okazać się wrogiem i wykorzystać jego słabość. I żeby nie było – bohater nie jest wolny od korporacyjnej mentalności.
Korporacja to nie tylko miejsce pracy. To kraina absurdów, gdzie dużo się mówi, ubiera w piękne słowa, ogłasza pozornie wielkie idee, tylko po to, by nikt nie zorientował się zbyt szybko, że jest tylko nieistotnym trybikiem w wielkiej machinie.
Styl Jakuba Dziekana nie jest zbyt wyszukany (w dodatku treść czasami jest dość wulgarna i seksistowska), i choć jego metafory niejednokrotnie wywoływały u mnie parsknięcia śmiechem, to muszę przyznać, że był to raczej śmiech przez łzy. Cóż zabawnego może być w obrazie pokolenia tworzonego przez ludzi samotnych, znerwicowanych, pozbawionych skrupułów, niepewnych własnej wartości (co często ukrywają pod maską arogancji) i zwyczajnie nieszczęśliwych? "Korporacjusz" jest literackim "Dniem świra", który być może w pierwszym odruchu bawi, by po chwili zmusić czytelnika do refleksji.
Debiut Jakuba Dziekana jest lekturą lekką, jednak traktującą o poważnych problemach. Jest to smutny obraz pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, którzy raz wciągnięci w korporacyjną machinę, nie potrafią się z niej wyrwać i poddają się powolnej i bolesnej wegetacji. Korporacja nie jest miejscem, w którym można być twórczym, kreatywnym, rozwijać swoje umiejętności. Relacja między pracownikiem korporacji a jego miejscem pracy przypomina syndrom sztokholmski, w którym ofiara nie potrafi funkcjonować bez swojego oprawcy. Czy warto sięgnąć po tę pozycję? Warto. Myślę, że wiele osób (zwłaszcza byłych lub obecnych korporacjuszy) odnajdzie w niej cząstkę siebie.