Iskra, ambitna studentka psychologii, przyjeżdża na wakacje do babci, która niedawno przeszła zawał. Dziewczyna zamierza się nią opiekować, a przy okazji odbyć praktyki studenckie w pobliskim szpitalu psychiatrycznym. Babci Eleonorze daleko jednak do schorowanej staruszki. Energiczna seniorka nie stroni od alkoholu oraz towarzystwa znacznie młodszych mężczyzn i ani myśli rezygnować z rozrywkowego trybu życia. Chcąc się pozbyć apodyktycznej wnuczki, stara się ją przekonać, że dom jest nawiedzony.
Przynosi to jednak odwrotny skutek. Iskra postanawia przepędzić duchy z domu za pomocą egzorcyzmów i ezoterycznych rytuałów.
Pomagają jej beznadziejnie w niej zakochany Julek oraz tajemniczy, nieziemsko przystojny biznesmen Arnold.
Czy uda im się rozwiązać zagadkę starego domu?
Książka nagrodzona w konkursie na powieść komediową „Moc śmiechu”.
Dałabym temu dwie gwiazdki nawet, ale nie mam za co. Ni to straszne, ni to śmieszne, ni to kreatywne - żeby uznać coś za kreatywne, musiałoby korzystać z czegoś więcej niż drętwy, suchy humor i jakieś motywy, które przeciągnięte przez wyżymaczkę Kai Herman miały moc piątej herbaty z jednej torebki. Przy autorce zostając, to wygląda to, jakby obejrzała jakieś CO ROBIMY W UKRYCIU i stwierdziła, że też tak umie. Suprajs: nie umie. Trzeba do tego być zabawnym i ogarniać konwencję horroru. Pisanie komedii jest najtrudniejszą rzeczą, jeśli o pisanie chodzi, więc jak twoja mama śmieje się z twoich żartów, to sprawdź je jednak na koleżance, która nie wchodzi ci w dupę - efekt może cię zaskoczyć, Kaja.
Jak dla mnie troszkę przedialogowana, choć tempo tych rozmów gna z prędkością światła. Trzeba mieć niezły refleks, żeby nadążyć nie tylko za akcją. Taka w sam raz na jedno popołudnie.
Na samym wstępie nim zacznę chciałabym zaznaczyć, że nie była to pierwsza książka określana mianem komediowej, którą miałam okazję czytać.
"W tym domu straszę" to debiutancka książka Kai Herman, która niestety ale mnie nie porwała i nie o samą historię tu chodzi, bo pomysł na fabułę uważam, że był ok, a o kluczową kwestię, w tym wypadku o poczucie humoru, które z autorką zdecydowanie mamy różne. Niestety ale częściej niż uśmiech pod nosem (bo ja naprawdę nie wymagam gromkich wybuchów śmiechu) towarzyszyło mi uczucie zażenowania. Zdecydowanie nie bawią mnie sytuacje w których z powodu za dużej spódniczki przy wciąganiu brzucha spada ona z tyłka przy lekarzu, szefie, babci, cioci, przy kimkolwiek. Wizyta profesora również średnio mnie śmieszyła chociaż wydaje mi się, że autorka bardzo się starała, żeby było zabawnie i właśnie dla mnie chyba tu tkwił problem, że chciała za bardzo.
Ponadto niezdarność głównej bohaterki – Iskry, cięte riposty Józefiny czy babci, które domyślam się, że miały być urocze i dowcipne dla mnie były najzwyczajniej w świecie wymuszone i sztuczne.
Niestety tak już bywa, że jednych śmieszy Monty Python, drugich dowcipy o blondynkach, trzecich chamskie, obsceniczne żarty, a jeszcze innych Kuba Wojewódzki Właśnie dlatego mimo wszystko zachęcam, żeby sprawdzić samemu, bo może ja po prostu jestem drętwa i mam kij w dupie 😁
"W tym domu straszę" to komedia obyczajowa i żeby Was bardziej zachęcić, to muszę wspomnieć, że to powieść nagrodzona w konkursie Wydawnictwa Dragon. Musiałam sprawdzić, czy faktycznie jest godna uwagi :)
Zaczniemy od tego, o czym ta książka jest, tak standardowo, jak to u mnie, a później opowiem czy mi się podobała, czy warto zamówić, czy jest zabawna jak na komedię przystało.
Poznajemy dwoje, a w zasadzie nawet troje głównych bohaterów na początek. Iskrę, Julka, babcię Eleonorę. Już na początku robi się dość komicznie, bo babcia powinna odpoczywać, uważać na swoje serce i w ogóle najlepiej siedzieć na pupie, nie popijać ukochanego alkoholu i broń Panie Boże jeść ciasteczek cynamonowych! W tym właśnie chce jej pomóc wnuczka Iskra. Bardzo sympatyczna młoda kobieta, studentka psychologii, której zdarzają się przezabawne przypadki typu spadająca spódnica na oczach przełożonego. A do tego wszystkiego dochodzi fakt, że niestety, ale w babcinym domu nie przyjdzie jej spać spokojnie, bo w nim straszy. Znaczy straszy... babcia Eleonora, która chce się pozbyć nadopiekuńczej wnuczki i chłopaka, który się w niej kocha, a ona go traktuje jak brata. Duchy, friendzone, rezolutna babuszka uczęszczająca do klubu książki, w którym również dzieje się, oj dzieje :) Mało? Znajdziecie jeszcze zabawniejsze rzeczy! Kurę z błękitną apaszką, świnkę, dziewczynkę tak inteligentną, że powala dowcipem! Musicie sprawdzić co tam w środku jeszcze znajdziecie!
Bohaterowie, bo oni się w tym przypadku najważniejsi, są absolutnie cudowni. Każdy ma swoje poczucie humoru i pokusiłabym się o stwierdzenie, że Autorka nieco się inspirowała osobami, które jej otaczają. Założę się, że jej babcia, która podobno czytała tę książkę do późnej nocy, tak samo by jąpotraktowała gdyby ta okazała się upierdliwą wnuczką ;) Muszę ją o to spytać!
Klimat? To komedia obyczajowa i to nie pokroju naszych rodzimych filmów, które bardziej są żenujące niż zabawne. To pełnoprawna opowieść, która faktycznie potrafi rozśmieszyć i poprawić nastrój!
Na początku miałam problem, żeby się"wgryźć" w treść. Miejscami się zatrzymywałam, wracałam kilka słów wcześniej, bo jakoś niespecjalnie mi podchodził styl Autorki. Powodem tego jest dość specyficzny sposób pisania, ale kiedy już wsiąknęłam w treść, to stało się to zaletą.
I tutaj chciałabym zaznaczyć, że to debiut i jak na debiut to... no co mam powiedzieć, pociągnęłam ją na raz, stojąc w kolejce do lekarza leciałam, chociaż po kilka stron! W drodze do domu nie pochłaniałam kolejnych fragmentów, tylko dlatego, że padało i trzymałam skrzętnie w torebce, myśląc o niej, ale nie wyjmując, co by nie zmoczyć. Już w połowie wiedziałam, że zajmie honorowe miejsce w biblioteczce mojej osobistej, więc nie mogła mieć zagiętego grzbietu czy namokniętej choćby jednej strony. Tu również pojawił się problem... chyba jej nikomu nie pożyczę! Ups! A jak nie odda? No właśnie!
Cóż mam powiedzieć? Nie dziwię się, że to właśnie ta książka wygrała w konkursie wydawnictwa. Jest zabawna i to do tego stopnia, że odradzam czytanie w tramwaju! Salwy śmiechu i łzy płynące po policzkach mogą zwrócić na Was uwagę współpasażerów. Nie raz zdarzyło mi się wybuchnąć nad nią niekontrolowanym śmiechem, ale również się wzruszyć, bo babcia Eleonora jest cudowną osóbką, która mimo przeciwności zdrowotnych jest pełna energii ma swoje niezwykle barwne życie. To zdecydowanie moja ulubiona bohaterka tej powieści, chociaż... no, może kura, którą niemal poświęcono w rytuale plasuje się o oczko wyżej!
Polecam! To świetna książka na prezent i to dla każdego, bez względu na wiek płeć, wiarę w duchy lub nie i ta okładka, no nie kusi Was? ;)
Pomysł momentami mi się podobał, jednak wykonanie od pierwszej do ostatniej strony zdecydowanie nie. Język jest wręcz banalny, żeby nie powiedzieć prostacki. Żarty, które miały być śmieszne, śmieszne zdecydowanie nie były i może dwukrotnie udało się autorce mnie lekko rozbawić. Dialogi sztuczne, zbyt rozdmuchane, narracja infantylna, przypominająca bardziej język mówiony, niż pisany. Męczyłam książkę chcąc się dowiedzieć, jak się potoczy ta historia - ten duch jest, czy go jednak nie ma? Niestety również zakończenie mnie zawiodło. Rozumiem, że jego otwartość daje możliwość napisania kontynuacji, ale to właśnie ono spowodowało u mnie tę ocenę. Bez niego oceniłabym gwiazdkę wyżej.
Już od pierwszych stron wiedziałam, że polubię się z tą książką!❤️ Akcja rozpoczyna się w momencie przybycia Iskry i Julka do jej babci. Z upływem stron poznajemy także kolejnych wspaniałych bohaterów. To, co ogromnie mi się podobało to barwność i charakterystyczność wszystkich postaci. Nie da się ich nie polubić! Humor użyty w tej pozycji sprawiał, że często podśmiechiwałam się pod nosem. Język był lekki, dzięki czemu można pochłonąć tę książkę dosłownie w jeden dzień. Warto nadmienić, że czytając dialogi nie ma się tego wrażenia sztuczności, jakie często spotyka się w polskiej literaturze. Słownictwo używane przez bohaterów jest niezwykle adekwatne do obecnych czasów. Ostatnie strony totalnie zbiły mnie z tropu. Byłam wręcz zachwycona, że historia niby tak prosta i rzekomo przewidywalna okazała się mieć drugie dno. Podsumowując, ta pozycja bardzo przypadła mi do gustu. Uważam ją za naprawdę świetny debiut i już się nie mogę doczekać kolejnych książek autorki. Szczególnie polecam Wam ją na letnie wieczory.❤️
Na początku pragnę zaznaczyć, że naprawdę dobrze się bawiłam czytając tą książkę, dużo się uśmiałam i udało jej się wyrwać mnie z zastoju czytelniczego. Zdarzenia były pozytywnie chaotyczne. Naprawdę spodobał mi się koncept i uwielbiam postać Eleonory, a całość czytało się bardzo szybko i lekko. Nie mogę jednak powiedzieć, że była to dobra książka. Co do wielu elementów miałam mieszane uczucia, większość wpadek głównej bohaterki była bardziej żenująca niż śmieszna, relacja Arnolda z Iskrą wydawała się bardzo naciągana, a lubienie książek było właściwie jedyną cechą osobowośći Julka, mimo, że później nawet go polubiłam, jednak najbardziej zraziło mnie zakończenie, gdyż wątek zaginięcia rodziny był jednym z ciekawszych wątków w książce, a takie jego rozwiązanie było po prostu niesatysfakcjonujące, pozostawiało więcej pytań niż odpowiedzi i wydawało się mocno naciągane. Bardzo podobały mi się jednak psychologiczne myśli Iskry. Rzadko się widzi bohaterów z trochę nerdowskim poczuciem humoru ;)
Iskra to studentka psychologii, która po zawale babci postanawia się nią zaopiekować. Przychodzi lato, Iskra ma wakacje, więc nic nie stoi na przeszkodzi, by wraz ze swoim przyjacielem wprowadziła się do domu babci, a przy okazji rozpoczęła praktyki w szpitalu. Co ciekawe, Eleonora, babcia dziewczyny wcale nie wygląda na chorą i umęczoną, wręcz przeciwnie. Babcia to energiczna staruszka, która gustuje w młodych mężczyznach i nic nie jest w stanie zmusić ją do rezygnacji z alkoholu, słodyczy czy niezdrowego jedzenia.
Historia stworzona przez Kaję Herman to komedia obyczajowa z dreszczykiem. Nie jest to jednak lektura, która wyniosła mnie gdzieś na wyżyny. To prawda, jest w niej humor. Głównie związany z postacią Iskry, która ciągle zalicza żenujące wpadki - jak nie z facetami w jej wieku, tak z facetami znacznie starszymi. Komedią jest czytanie tego, co rzekomo bohaterka ma w głowie. Z humorem potraktowana została babcia Iskry i jest to, według mnie, najlepsza postać z całej książki. Taką właśnie babcią chciałaby być pewnie każda z nas. Pełna werwy, energiczna bohaterka, która przez życie idzie niczym taran. Tło całej historii tworzy dom, w którym mieszka babuleńka i w którym rzekomo straszy.
Cóż, biorąc pod uwagę moje subiektywne odczucia, książka mnie zbytnio nie porwała. Zaśmiałam się kilka razy, kilka razy zaś chętnie walnęłabym się w głowę po przeczytaniu kolejnej żenującej sytuacji, w jaką uwikłała się Iskra. Wychodzenie z restauracji przez łazienkowe okno? Pozwolenie na wmanewrowanie się w prowadzenie ważnego wydarzenia? No problem! Po kilku takich akcjach nie wiedziałam, czy to jest śmieszne, czy już po prostu przykre. Często też gubiłam się w powieści. Rzadko mi się to zdarza, więc aż byłam zaskoczona. Co zauważyłam już po połowie książki - niektóre zmiany sytuacji w ogóle nie były od siebie oddzielone, co mi przeszkadzało. Książki nie polecam, ani nie odradzam. Jeśli macie ochotę na takich bohaterów, jak kapryśna babcia, małolata, która wie więcej, niż powinna, tajemniczy biznesmen, nieszczęśliwie zakochany przyjaciel Iskry z tłem składającym się z duchów, ezoterycznych rytuałów i sekretów, możliwe, że “W tym domu straszę” przypadnie Wam do gustu.
Wiem, że nie jestem docelowym odbiorcą tej książki, ale ta książka tak bardzo nie ma sensu. Najbardziej bezsensowne i nieinteresujące 300 stron mojego życia
Iskra chciała tylko zaopiekować się ekscentryczną babcią, gdy ta przeszła zawał. Chciała pilnować jej diety i stylu życia, nie polować na ducha. Chciała odbyć praktyki w szpitalu psychiatrycznym w okolicy, nie szukać medium czy pytać o rady okoliczne wiedźmy. Nie na to się pisała, ale stara rezydencja miała zupełnie inne plany.
Inne plany miała też sama babcia — Eleonora. Przyzwyczajona do alkoholu i znacznie młodszych mężczyzn, nagle musiała zamieszkać z kimś, kto ciągle próbował ją zmienić. A skoro tak — czy takiej osoby nie można wystraszyć na tyle, by się poddała i opuściła nawiedzony dom?
Czy jej się to uda? Czy duchy aby na pewno są jedynie wytworem wyobraźni? Czy za wszystkim stoi tylko człowiek?
„Przystanęłam przy oknie, wpatrując się w gęsty las, marząc o tym, żeby mnie zjadł i zamienił w jedno ze swoich drzew." (Zdanie w książce zdecydowanie nie najważniejsze, ale ten chwilowy czarny humor do mnie trafił)
Komedia pełna tajemnic.
Kaja Herman świat opisuje stylem lekkim. Takim, którego kolejne zdania czyta się szybko i nim czytelnik się obejrzy, znajduje się już w połowie książki. Tym bardziej, że autorka pomysły ma naprawdę ciekawe i nie jeden raz udało się jej mnie zaskoczyć. Czytałam i naprawdę chciałam wiedzieć, jak akcja dalej się potoczy. Do prawie końca Kaja nie zdradza, czy w domu naprawdę straszy, czy to jedynie kwestia intrygi połączonej ze sprzyjającymi warunkami. A czułam, że MUSZĘ to wiedzieć! Co odpowiedź miałam gotową, coś kazało mi ją zmienić lub chociaż zastanowić się nad nią kilka razy. Ze względu na to książkę czytało mi się przyjemnie i to niestety jedyny element, który mi się spodobał, bo swoim humorem autorka do mnie nie trafiła. Uśmiechnęłam się jedynie raz, a przez resztę powieści jedynie odczuwałam lekkość, którą momentami psuła frustracja. Czym była wywołana? Absurdalnością. Momenty, które niektórych mogły bawić, u mnie wywoływały jedynie kolejne westchnienia nad głupotą głównej bohaterki (ale trzeba jej oddać, że była urocza), nad zachowaniem jej babci i nad niektórymi scenami, gdzie komizm sytuacyjny ani trochę mnie nie ruszył.
Jeśli do kogoś trafi humor, jaki w swojej książce ma Kaja Herman, to lektura jej będzie naprawdę przyjemna. Jeśli nie — będzie lekko i ciekawie, ale nijako. W oczy rzuci się też znacznie więcej mankamentów, które mogłaby przykryć warstwa humoru. Bo choć już niemalże wszystko wiem w związku z chociażby pewnym A, to wciąż uderza we mnie absurdalność zachowania bohaterki, gdy on się pojawiał. I zgrzyty w logice bohaterów. Zupełnie do mnie to nie trafiło i... Tak, znowu wzdycham.
Książki nie odradzam, bo mam nadzieję, że jeśli po nią sięgnięcie, to trafi w wasz humor. Ma potknięcie, ma mankamenty, ale ma też lekkość, a lekkich książek, które „coś" w sobie również mają nigdy za wiele.
Nie sięgam po komedie. Zdarzyło mi się może ze dwa razy - z czego tylko jedna przypadła mi do gustu. Chyba, że komediami mogę nazwać najgorsze książki, które czytałam w poprzednim roku! O! tych to też na palcach policzę, ale zdecydowanie więcej w tym było tragedii niż komedii. Ale wracając do tematu debiutu Kaji Herman. No nie... choć zamysł na historię mocno mnie zaintrygował, tak wykonanie już nieszczególnie. Może zacznę od samej historii. Dom i duchy – no kto nie byłby ciekawy, jak ta przygoda młodej Iskry się potoczy. Liczyłam na coś bardziej w stylu Pogromców duchów, a nie dostałam nawet przyjaznego duszka Kasperka. A już po wprowadzeniu do tego domu bohaterów, czar totalnie prysł. Żaden z nich nie wzbudził we mnie nawet cienia sympatii. Wręcz przeciwnie, miałam ochotę ich wszystkich zamordować, a w pierwszej kolejności babcie i jej 12 letnią koleżankę. Strona komediowa całej tej historii, nie trafiła do mnie w ogóle. Żarty, które miały śmieszyć, mnie niestety nie bawiły. Babcia, która pali zioło, bo lekarz jej przepisał, czy milion różnych kochanków, którzy lgnęli się do niej jak muchy do lepu – no dla mnie to wręcz niesmaczne, co oczywiście nie znaczy, że innym się to nie spodoba! Momentami miałam wrażenie, że oglądam Straszny film 2 :/ jeszcze tylko brakowało kogoś kto by latał w prześcieradle i udawał ducha – a nie! Czekajcie! To też było!... ;) Kolejny przykład humoru – Iskrze podczas rozmowy z profesorem nagle spada sukienka i świeci majtkami i tutaj konsternacja – podciągnąć sukienkę czy udawać, że nic się nie stało :/ serio… sukienka jej spadła? Niestety, nawet jak znalazł się jakiś przykładowy żart, który mógł wywołać na mojej twarzy uśmiech, został przytłoczony milionem innych „sucharków”, które na dłuższą metę, męczyły mnie totalnie. Ostatni przykład, który już rozłożył mnie na łopatki : „I tak się teraz całowaliśmy. Cium, cium, cium.” – dobrze, że w książkach nie ma efektów dźwiękowych, bo na pewno nie chciałabym tego słyszeć… Widziałam sporo dobrych opinii jeśli chodzi o tę książkę, dlatego też ja nie będę nikomu jej odradzać. Myślę, że to kwestia tego, jakie kto lubi żarty i co go śmieszy. I choć ja do „sztywniar” nie należe, tak tutaj… no miłości tutaj nie będzie, nawet małego zauroczenia. Pomimo to dziękuje wydawnictwu za egzemplarz :D
Jak najszybciej wygoni wnuczkę z domu? Przekonać ją, że tam straszy! A co jeśli wnuczka w to uwierzy i postanowi wyegzorcyzmować dom? No właśnie…
Kiedy Iskra jedzie do babci, którą ma opiekować się po ataku serca, nie spodziewa się, że w jej domu panuje nieustanna impreza, a starsza pani ma więcej sił i werwy niż może się wydawać. Alkohol, ciasteczka i narkotyki, czyli wszystko to czego zabronił lekarz, jest na liście obowiązkowej niezmarnowanego dnia. Iskra postanawia jednak zadbać o babcię i skierować ją na dobrą drogę. Jednak ta nie ma ochoty na zmiany i próbuje przekonać wnuczkę, że dom jest nawiedzony. Robi to tak skutecznie, że Iskra zaczyna w to wierzyć i usiłuje przepędzić duchy z posiadłości. Pomaga jej w tym przyjaciel z dzieciństwa i tajemniczy nieznajomy. Ale co jeśli w domu naprawdę są nieczyste siły? Jaka naprawdę jest tajemnica starego domu?
Mało kiedy czytam debiuty. Serio. Ale po przeczytaniu opisu nie mogłam się powstrzymać, bo wiedziałam, że to będzie dobra książka! I nie myliłam się! Pierwsza powieść Kai Herman nie tylko została nagrodzona w konkursie na powieść komediową, ale jest też kawałkiem bardzo dobrze napisanej książki. Fabuła jest dobrze przemyślana, zaskakująca i naprawdę oryginalna. Z kolei bohaterowie nie są oczywiści. Iskra jest po prosto boska! Totalnie się z nią i jej gapowatością utożsamiam! Natomiast Julek to najsłodszy drugoplanowy bohater jakiego poznałam. Zjadłabym wszystko co by ugotował. Jednak to Eleonora podbiła moje serce w 100%! Jest tak szalona jak moja babcia i naprawdę zdaję sobie sprawę, że można mieć takie akcje! Ale w 150% zakochałam się w Józefinie i jej swobodności. Jestem bardzo ciekawa rozwinięcia tej postaci, bo wydaje mi się, że ma za sobą długą i tajemniczą historię! Jakby tego było mało, to dodatkowo mamy wielką tajemnicę, straszne sekrety i nawiedzony dom. A także masę śmiesznych sytuacji, powiedzonek i żartów. Słowem idealna książka na luźny weekend majowy!
Debiutancką powieść Kai Herman mogę śmiało ocenić na 6+! Czekam na kolejną część i wiem, że mam nową ulubioną pisarkę :D
Moje pierwsze spotkanie z powieścią przygodową i to niezwykle udane! "W tym domy straszę" jest niesamowitą, nietuzinkową historią, ze sporą dawką humoru, który może nie do końca zawsze mi odpowiadała, ale doceniam to, że się pojawił. Postacie były nietuzinkowe i bardzo często to właśnie one mnie bawiły, ale chwilami niektóre sytuacje nie były zbyt dobrze wyjaśnione i zastanawiałam się o co chodziło, wydaje mi się, że to przez niezwykle nagłe przeskoki. Historia domu była bardzo ciekawa i od pierwszych stron mnie bardzo ciekawiła i do samego końca trzymała napięcie. Postać Arnolda wprawiła mnie w konsternację i nadal zastanawiam się kim on jest. Książka naprawdę ma potencjał i jeżeli kiedykolwiek doczeka się kolejnej części to z ogromną przyjemnością po nią sięgnę.
Na hasło komedia zawsze reaguję optymizmem. To taki gatunek, który powinien wywoływać radość. Tyle że ja mam z nim problem, bo staram się dawć mu szansę, ale potem najczęściej nic z tego nie wynika. Tak było tym razem.
Debiut autorki niestety w debiutanckim stylu. Książka nie wywołała u mnie śmiechu, a nawet o uśmiech było ciężko. Mogłam bym to zrzucić na brak poczucia humoru, gdyby nie fakt, że nie wciągnęła mnie mizerna fabuła, a dialogi były bardzo wymuszone. Bohaterowie trochę irytujący, trochę infantylni. Może gdy lubi się bardzo lekkie historyjki, to ta powieść się nada. Ja się męczyłam i wręcz zmuszałam do czytania. A takie miałam co do niej plany!
....kurczę nie wiem co mam myśleć. szybko się czytało i to tyle. i niby wiem, że to nie jest tak że każde zdanie ma dokładać do fabuły i posuwać ją do przodu, ale ta scena ze szczeniakami? nie wiem, dziwne to było xD
Niestety ta książka to moje rozczarowanie. Miejscami bardzo zabawna, ale jako całość nie zrobiła na mnie wrażenia. Szczególnie zawiodło mnie zakończenie.
Książkę się szybko czyta. Nawet się wciągnęłam w historię nawiedzonego domu. Natomiast z minusów na pewno nie nazwałabym jej komedią. Na jedno popołudnie ok :)