Dziobak to bardzo dziwny ssak: ma dziób kaczki, sierść wydry i ogon bobra. Poza tym wydziela jad i składa jaja. Dziobak jest po trosze kaczką, po trosze wydrą lub bobrem, ale żadnym z tych zwierząt do końca. I właśnie reportaż latynoamerykański jest jak taki dziobak: czerpie z wielu gatunków – używa środków stylistycznych typowych dla prozy literackiej, konstruuje bohaterów jak w dramaturgii, syntetyzuje jak w poezji, surowo obserwuje jak w dziennikarstwie – ale jest oddzielnym bytem.
W tym zbiorze nie ma opowieści jedynie o narkotykach, nierównościach społecznych i przemocy, czyli o wszystkim tym, czego spodziewamy się po reportażach z Ameryki Łacińskiej.
Są zupełnie o czym innym: o peruwiańskiej tożsamości narodowej wyrażanej w słabości do napoju o „kolorze sików i smaku gumy do żucia”; o urugwajskich Hitlerach, którzy nie wstydzą się swojego imienia; o brazylijskim miasteczku bliźniąt, w którym jedynacy są nieszczęśliwi jak nigdzie indziej na świecie i które ma swoją mroczną tajemnicę; o wystawianym raz do roku krześle, na którym siedział Che Guevara, zanim został zastrzelony w boliwijskiej wiosce; o Czilangopolis – mieście Meksyk – w którym żyje tak dużo ludzi, że nie sposób ich zliczyć, ale i nikt nie ma wrażenia, że zbywa właśnie on; o błaźnie, który jest równie tradycyjnym gościem na pogrzebach w Kolumbii jak płaczki; o urugwajskiej poetce, która jeszcze przed dwudziestką pisała: „Każdy jest owocem dojrzewającym do swojej śmierci”; o Caracas – mieście, w którym Martín Caparrós zrozumiał, jak ważne jest zdanie: „Daj znać, jak dojedziesz”; o rozbieganych cieniach, które nafaszerowały gangstera Crayolę ołowiem, doprowadzając do jednego z najbrutalniejszych aktów przemocy w Salwadorze; o Auguście Pinochecie i jego największej w Chile bibliotece oraz o Garcíi Márquezie w fotelu dentystycznym.
Opowiadać o banale w niebanalny sposób – oto wyzwanie dla reportażu latynoamerykańskiego. Dostrzegać niezwykłość w tym, co zwykłe – oto jego cel.
Świetny zbiór reportaży, na uwagę przede wszystkim zasługuje redaktorka Barbara Szady, której pasję czuć w każdym zdaniu, w każdym przypisie, w każdym wstępie. Pozycja idealna dla fanek reportażu, dla zainteresowanych analizą zjawiska, jakim jest reportaż, dla tych, co lubią poszerzać literackie horyzonty. Mamy tu teksty o postaciach wybitnych, o życiu codziennym, o wielkich problemach, o ciekawych indywidualnościach, których historie mogą opowiedzieć nam szerszy kontekst. Ogromny więc rozrzut tematyczny, geograficzny, a jednak dla mnie jest to spójna całość i bardzo chciałam więcej, a może kiedyś coś „więcej” się pojawi?
2,5/5 Myślę, że wciąż o Ameryce Łacińskiej wiemy w Polsce na tyle mało, że najpierw przydałyby się nam solidne podstawy. W posłowiu Mariusz Szczygieł sam przyznaje, że w ostatnich latach jedyny reportaż z tamtych rejonów, jaki się pojawił na polskim rynku to "Głód" Caparrosa - oraz że ta antologia zasypuje przepaść. No więc właśnie nie bardzo. O ile ostatni tekst tego zbioru - właśnie autorstwa Caparrosa - "Caracas. Miasto w ranach" pozwala nam dowiedzieć się, jak się żyje w stolicy Wenezueli (w 2018 roku!), z jakimi problemami mierzą się mieszkańcy, "Spłonęliśmy w busie" jest wyjątkowo mocny i przejmujący, a tekst o Idei Vilarino to ciekawy portret artystki (trochę przypominał mi biografię Fridy Kahlo, aczkolwiek o samym Urugwaju nie dowiemy się nic), to reszta tekstów jest mocno ciekawostkowa. Ludzie o dziwnych imionach, współczesny błazen opowiadający kawały na pogrzebie, biblioteka Pinocheta, Marquez u dentysty. Przydałoby się więcej zwyczajności i codzienności - której np. ja, chociaż czytam sporo, nie znam. Zwłaszcza w przypadku krajów rzadziej opisywanych, jak Peru, Urugwaj itp. Początkującym bardziej polecam rewelacyjny reportaż "Żywi czy martwi? Porwania ludzi w Meksyku jako narzędzie terroru" Federico Mastrogiovanniego.
Pozycja obowiązkowa na półce każdego miłośnika literatury faktu, pragnącego poszerzać swoje literackie horyzonty. Zredagowana i napisana w sposób niezwykle profesjonalny ale I wciągający, pozwalający nie tylko na docenienie jakości twórczości autorów latynoamerykańskich (wybitnej!) ale też na pełniejsze zrozumienie czytanych tekstów poprzez umiejscowienie ich w kontekście tak geopolitycznym jak i literackim regionu.
Moimi faworytami w zbiorze są reportaże: "Spłonęliśmy w busie" Carlosa Martíneza, po którego przeczytaniu musiałam odłożyć książkę na dłuższą chwilę aby przetrawić jego treść i uspokoić skołatane serce oraz "Czilangopolis" Juana Villoro który pozwolił mi każdym porem skóry odczuć atmosferę opisywanego miasta, a przy okazji momentami doprowadził do niekontrolowanych napadów śmiechu.
Mam wielką nadzieję że do skutku dojdzie niejako zapowiadany w tym tomie kolejny zbiór ("(...) jeżeli kiedykolwiek powstanie, będzie stawiał na kategorię młodości!") reportażu latynoamerykańskiego w języku polskim a dopóki na niego czekam... Nie ma rady, pora na szlifowanie mojego hiszpańskiego, gdyż z reportażami z tamtego regionu już z pewnością się nie rozstanę.
Nie do końca wiem jak ta książkę ocenić, bardziej 3,5, a miejscami były tam rzeczy świetne. Caparros o Caracas jest świetny, reportaż o wiosce żyjącej z Che świetny, ten o Salwadorze genialny wrecz, i jedyny reportaż kobiety również. Ale są też teksty mocno przeciętne, żeby nie powiedzieć słabe. Ten o dentyście Marqueza to straszna przecietnosc mimo hypu, duże rozczarowanie też kilkoma innymi. Na plus na pewno różnorodność geograficzna i tematyczna (szkoda ze nie było więcej kobiet), i jednak wprowadzenia do tekstów, dające kontekst, historie, itp. Na ogromny minus jeszcze posłowie, tak strasznie niepotrzebnego i dziaderskiego posłowia jak to Mariusza Szczygła tutaj, to nie widziałem od nie pamiętam kiedy. Dobrze że było na koniec bo jak bym od tego zaczął to bym dalej książki nie przeczytał chyba.
"Dziobak literatury..." pod redakcją Beaty Szady i z posłowiem Mariusza Szczygła to fantastyczna antologia reportaży z różnych krajów Ameryki Łacińskiej - Meksyku, Wenezueli, Peru, Kolumbii, Salwadoru, Chile, Urugwaju, Boliwii i Brazylii. Reportaże to gatunek po który sięgam coraz częściej. To takie okno na świat, podróżowanie do najdalszych zakątków świata na wyciągnięcie ręki. A dzięki akcji #czytajpl trafiłam na tę fascynującą lekturę. Juan Villoro, meksykański pisarz i reporter porównuje hiszpańskojęzyczne reportaże do dziobaka. "Dziobak to bardzo dziwny ssak: ma dziób kaczki, sierść wydry i ogon bobra. Do tego wydziela jad i składa jaja. Jest po trosze kaczką, wydrą, bobrem, jednak żadnym z tych zwierząt do końca. I reportaż to właśnie taki dziobak: czerpie z wielu gatunków, ale jest osoby."- pisze we wstępie Beata Szady. Beata Szady dokonując wyboru tekstów do tej antologii, pokazała nam ich bogactwo i różnorodność, ich prostotę i lekkość w opisywaniu zwykłych z pozoru rzeczy, zjawisk i ludzi. Te reportaże zaciekawiają i wciągają, chce się je odkrywać i zgłębiać. Większość jest lekka w swoim wydźwięku, niekiedy pisana z humorem, ukazująca ciekawych ludzi i ciekawostki z zakątków Ameryki Południowej. Mamy historię o dentyście Garcíi Márqueza i o bibliotece Augusta Pinocheta. Tekst o Inca- Koli, najsłynniejszej i najukochańszej oranżadzie w Peru, która ma wygląd sików i smak gumy do żucia. Ciekawostką jest reportaż o tradycji nadawania imion w Urugwaju, gdzie można spotkać na przykład urugwajczyka o imieniu Hitler, i nie jest on jedyny. Ale uwierzcie są tam jeszcze bardziej dziwaczniejsze imiona. Mamy ładnie przedstawiony portret Ideii Velarińo, urigwajskiej poetki. Reportaże o ostatnich dniach legendarnego rewolucjonisty, Che Guevary i jego krześle, o krainie Bliźniąt i o zaskakującym fachu, jakim jest pogrzebowy błazen. Jednak dwa teksty mocno mną wstrząsneły ; reportaż z Salwadoru o najbrutalniejszym akcie przemocy, gdzie w wojnie gangów ucierpieli zwykli ludzie, oraz o Caracas - mieście w ranach. Miałam koleżankę z Wenezueli, która często opowiadała mi życiu w Carakas, ale dopiero ten reportaż namalował mi prawdziwie wstrząsający obraz z tego miasta. To pierwsza taka antologia na rynku polskim, 11 świetnych, unikatowych reportaży, które ogromnie polecam👍. P.S. Koniecznie muszę spróbować tej sławnej Inki- koli 😉.
Już dość dawno temu poznawałam literaturę wszystkich krajów Ameryki Południowej, co nie oznacza oczywiście, że nadal nie sięgam chętnie po książki z tego kontynentu. Dziobak literatury jest pierwszą pozycją, na którą się zdecydowałam w ramach programu czytaj.pl. Reportaż zawsze jest dla mnie świetnym sposobem na poznawanie innych światów, spojrzeniem na wycinek życia innych ludzi w innym mikrokosmosie. Największą siłą tej książki nie są jednak same reportaże, dzięki którym czytelnik ma okazję na chwilę wskoczyć do Peru, Urugwaju, Wenezueli, Meksyku czy Chile, ale wprowadzenie i komentarze Beaty Szady. Szady umiejscawia te teksty w kontekście kulturowym i społecznym. Dostajemy więc sporą dawkę wiedzy na temat południowoamerykańskiego reportażu w ogóle. Szady szkicuje okoliczności powstania, rozwój i charakterystykę, tłumacząc przy okazji tytułowe określenie tej formy literackiej.
O ile sam wstęp stawia na informacje dość ogólne, to przed każdy reportażem redaktorka wprowadza czytelnika w konkretny temat, ale także nakreśla portret autora. Tak dogłębne umiejscowienie tekstów w wielu kontekstach pozwala czytelni(cz)kom szybciej i płynniej zagłębić się w tekst i naturalnie dużo lepiej go zrozumieć.
Lubię, kiedy reportaż nie bombarduje nas tylko traumami, tragediami i sensacjami, ale pokazuje też to co poza kadrem i w tym zbiorze to znalazłam. Reportaże były czasem nierówne, niektóre zachwycające, inne nudne (najsłabiej wypadł dla mnie ten najmocniej promowany o Inca Coli), ale pokazywały mi zupełnie inne oblicze Ameryki Łacińskiej. Podobały mi się wyjaśnienia redakcyjne Beaty Szady, choć momentami mogłyby być mniej przegadane, bardziej oddawać głos samym autorom. Ale ogólnie jestem zadowolona.
Z jednej strony zbiór świetnych reportaży i spora dawka wiedzy o tym jak wygląda scena non-fiction w Ameryce Łacińskiej - świetna praca redaktorki, Beaty Szady
Z drugiej zróżnicowany, choć w większości przykry, obraz tego jak wyglada współczesne życie mieszkańców tego wspaniałego kontynentu.
Gorąco polecam wszystkim zainteresowanym tym kawałkiem świata!
En reportagesamling med översatta reportage av olika uppskattade journalister från Sydamerika! Superintressant, ibland tragiskt, oftast hysteriskt roligt. Vinnaren är nog texten om alla män med namnet Hitler i Uruguay. Är också imponerad av den polska redaktionens insats i de inledande texterna inför varje reportage och hur brett men ändå representativt urvalet var.
nie jest to pozycja o świecie z drugiej strony globu. to przedstawienie sposobu pisania latynoamerykańskiego. jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak tam się żyje - czeka go rozczarowanie. to poetyka, nie historia.
At the beginning I was wondering whether there will be any stories at all as the editor's comments were so long. And then more comments between the stories. I think the reader can get the idea from the stories without those long comments. Not all stories were of interest to me, mainly those about the people I don't know and don't intend to know. The book is very uneven in this matter as some regional bits were really good, for example about people named Hitler. I learnt something new.
2,75/5 nierówny poziom pomiędzy poszczególnymi reportażami moim zdaniem najciekawsze: Ostatni urugwajski Hitler, Podróż do zbiorów bibliotecznych Pinocheta, Caracas. Miasto w ranach
Latin American reportage is practically unknown in the non-Spanish speaking parts of the world so I was extremely happy to find an anthology of thirteen most interesting reportage essays published in the 21st century offered in Polish under the title “Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie” (“Literary Platypus. Latin American Reportage”), edited by Beata Szady. Platypus is the most popular colloquial term used to describe reportage in the Spanish speaking world - it is a combination of stylistic means known in poetry, investigative journalism, playwriting, fiction prose. I must admit that Polish reportage follows similar principles and there are many parallels between Latin America and Poland when it comes to this genre, especially with regards to the status of reportage in literature (extremely high) and often beautiful, literary language used by authors.
This anthology covers texts by authors coming from Brazil, Venezuela, Argentina, Colombia, Mexico, Peru, Chile, Bolivia and Uruguay. All authors focus on the mundane but do it in a novel way, thus showing readers a new perspective on something much greater and opening their eyes to grand issues. These are texts about: the chair in a Bolivian village on which Che Guevara sat before he died, the popularity of inca cola reflecting Peruvian national pride and identity, numerous people called Hitler in Uruguay (reasons, implications and everything else related to this name), a Brazilian village where more twins are born than anywhere else in the world, a jester who plays a traditional role at Columbian funerals, the vast library of August Pinochet, vibrant Caracas and many other topics. There are three ‘perfils’ - portraits of famous personalities, including one on Idea Vilariño, Uruguayan poet. The most heartbreaking one for me was the text about the burning of a bus with passengers in El Salvador as a revenge on the killing of one gang member. Superbly written by Carlos Martínez, it is an exposé of the futility of the cycle of violence.
I’m thrilled to have got a tiny access to the world of Latin American reportage considering how much of it is published there but how little reaches those reading in other languages. I love the attention authors pay to not only the stories and the people they describe but also the style and language. I adore the term ‘la crónica’, used most often to describe reportage since, as Martín Caparrós points out, it includes the word ‘crono’ - time - and so la crónica becomes a portrait of time (retrato del tiempo).
What makes this anthology so special is the wonderful introduction by Beata Szady, who explains the status of reportage in Latin American countries, its birth, development and status it enjoys from Chile to Mexico. Her descriptions of various newspapers and magazines devoted to literary reportage, even in poorest El Salvador, are extremely informative and give an insight into psyches of the nations that find reportage so relevant. Each reportage essay is introduced additionally by an extra text contextualising the story, which I found remarkably well done. I would love to read much more reportage from this part of the world and I hope Polish publishers will pay more attention to it (I don’t have high hopes for the English ones).
Czułem smak inka-coli czytając te reportaże. Bardzo dobry przekrój różnych styli pisania, jedne zaskakująco dobre, niektóre nieco rozczarowujące. Niemniej bardzo urokliwe, nierzadko wstrząsające i poszerzające myślenie na temat tego gatunku literackiego. To co mnie irytowało to przedmowy do każdego reportażu. Za dużo spoilerów.
No cóż, generalnie zmęczył mnie ten zbiór reportaży. Początkowo byłam zafascynowana poznaniem nowej dla mnie części świata i teorią reportażu. Z reportaż na reportaż wstępy bardziej lub mniej teoretyczne Beaty Szady stawały się dla mnie coraz bardziej nudne i pompatyczne. Posłowie Mariusza Szczygła również wywołało u mnie delikatne przewrócenie oczami. Co do samych reportaży: były takie, które wciągnęły mnie bez reszty i te totalnie nudne. Wbrew pozorom bardzo podobał mi się reportaż o Che Guevarze mimo swojej chaotyczności, poruszył „Spłonęliśmy w busie” oraz ten o Caracas. Co do 2 ostatnich mam wrażenie, że tak mnie wciągnęły ponieważ były najbardziej podobne do stylu polskich reportaży. Reszta? Hmmm, wydawały mi się bardzo chaotyczne. Nie czułam tej głębi powierzchownie błahych tematow, o których mówiła Beata Szady. Generalnie spoko, ale bez szału. A szkoda.
4.5 Przed przystąpieniem do lektury tej antologii moja wiedza o Ameryce Łacińskiej była praktycznie zerowa. Książka przyciągnęła moją uwagę fragmentem reportażu o Inca Coli, czyli napoju „W kolorze sików i smaku gumy do żucia”. Nie żałuję, że ją przeczytałam. Teksty, które do zbioru wybrała Beata Szady naprawdę były bardzo ciekawe i nawet te z pozoru błahe jak choćby tekst o błaznach pogrzebowych kryły za sobą coś więcej. Zdecydowanie moim ulubionym był ostatni - reportaż o stolicy Wenezueli, Caracas. Polecam serdecznie tym, którzy interesują się reportażem, Ameryką Łacińską, albo po prostu są ciekawi świata.
Jak to w zbiorze, czasem jest lepiej, czasem jest gorzej. Większość reportaży uważam za udane. Najbardziej odstaje „Idea Vilariño. Ta kobieta”, który jest nudny jak flaki z olejem. Wstępom przed reportażami należy poświęcać minimum uwagi i najlepiej jedynie skanować wzrokiem. Wnoszą niewiele i miejscami są żenująco pompatyczne. Zwieńczeniem pompatyczności jest posłowie, które przywodzi na myśl słowa „słoń a sprawa polska”. Książka byłaby dużo lepsza, gdyby była jedynie zbiorem reportaży, bez ciągłego wtrącania trzech groszy przez osoby, które nie są autorami.
so many thoughts! two layers to this read for me: 1. interesting ‘cronicas’ about latin america, source of information. Some pieces far more interesting to me than others, some I felt were built around an interesting image/idea rather than presenting a genuinely good story (e.g. dentist of GM Marquez - really? writers have dentists too, and can be friends with dentists? who are they supposed to be friends with? Marquez showing up somewhere doesn’t make for a compelling non fiction story) though some where so interesting and illuminating (Pinochet’s library, Idea Vilariño’s portrait). Overall, mixed feelings. 2. study of a genre and its comparison with polish ‘reportaż’. I must say that I struggled with the language of many of the texts, the language was too flowery, imagination and metaphors going too far for me. It was almost watering the content down. I am very used to very sharp, simple writing which results in powerful razor sharp images. Having said that, Martinez’s cronica of the terrorist attack in Salvador was probably one of the most powerful pieces of writing i have ever read in my life overall, it made me feel physically ill and in pain, here the non-fiction technique was perfected and the reader was not spared. Again, there is a range of texts here, and I felt radically different about them. for me the two aspects converge in that in cronica or reportaz a piece of reality is presented and explained to a particular audience - here, these texts are written for Latin audience, with themes selected for their interests (which for me sometimes would be too niche to appreciate/find interesting without knowing wider context). In addition, language of the storyteller would be adjusted to the storytelling traditions of the audience. being used to dry, succinct Polish style I found this tiring, but I am guessing for its actual audience these texts could have worked perfectly! perhaps then the polish reader is simply not the audience - still such an interesting look into views on literature/journalism and trends in writing styles among latin american authors.
Zbiór reportaży latynoamerykańskich, bardzo od siebie różnych tematycznie i stylowo, ale dający szersze spojrzenie na specyfikę gatunku w Ameryce Południowej. Niektóre teksty świetne, np o dentyście Marqueza czy mężczyznach o imieniu Hitler mieszkających w Urugwaju.
Tęskniłam za reportażem! Dawno nie sięgałam po ten gatunek, więc lektura „Dziobaka literatury” była dla mnie niesamowicie przyjemna i inspirująca. Zresztą - zobaczcie na liczbę karteczek zaznaczających przydatne cytaty! Antologia reportaży latynoamerykańskich pod redakcją Beaty Szady to zbiór bardzo różnych tekstów - od historii nazywania dzieci w Urugwaju imieniem „Hitler” przez tekst o dentyście Marqueza, aż po niesamowicie mocny reportaż „Spłonęliśmy w busie” traktujący o porachunkach gangów w Salwadorze. Każdy z nich poprzedzony jest wstępem Beaty Szady - i to właśnie wstępy były dla mnie najbardziej interesujące pod kątem inspiracji w pisaniu, szukaniu tematu i ciekawej formy. ❓Czego z nich się dowiemy? Poznamy świetną „teorię awokado” Juana Villoro mówiącą o wzbogacaniu tekstu o elementy, które niewiele mają wspólnego z obiektywnymi faktami, a które uwiarygadniają tekst. Przeczytamy o tym, jak ważne jest „dziennikarstwo robione na nogach” (Alberto Salcedo Ramosa), o tym, jakie credo mają dziennikarze z „El Faro”, o tym, dlaczego warto pisać reportaże „od dupy strony” i czemu warto szukać cudu w banale. Oczywiście - w zbiorze znajdują się teksty słabsze (jak, według mnie „Kraina bliźniąt” i „Garcia Marquez idzie do dentysty”), ale i wybitne - jak przecudnie poetycki „Idea Vilarino. Ta kobieta” oraz „Caracas. Miasto w ranach” - mistrza Caparrosa, w którym od czasu lektury „Głodu” jestem zakochana.
Lekkość, która niesie ze sobą ciężar unikalności i moc uniwersalizmu. „Dziobak literatury” to książka, która zainspiruje Was do tego, by dostrzegać niezwykłość, w tym, co zwykłe. Sprawdźcie ostatnie zdjęcie - czy to nie piękna pierwsza strona?
Nie wszystkie reportaże oceniam równie wysoko, ale całość zdecydowanie warta polecenia. Świetny zbiór tekstów z różnych lat i krajów Ameryki Południowej, dotykający wielu problemów i tematów- od błahych i zabawnych po trudne i ważne. Do tego bardzo ułatwiające złapanie kontekstu wstępy- w sam raz dla laików. Warto przeczytać, by wczuć się choć trochę w realia Ameryki Łacińskiej.
Reportaż o wojnie gangów w Salwadorze - jak dla mnie najlepszy z całego zbioru.
*** SPOILER ALERT ***
WSTĘP
Caparrós święcił triumfy jako reporter już na początku lat dziewięćdziesiątych. To wtedy opublikował swoją pierwszą książkę reporterską Larga distancia (Długi dystans), która okazała się przełomowa dla reportażu w Argentynie, a później w całej Ameryce Łacińskiej. Caparrós opisał w niej swoje podróże, między innymi po krajach Ameryki Południowej (Peru, Boliwia), a także Dalekiego Wschodu (Chiny, Japonia), ale zrobił to w inny, nowy, świeży sposób, bardziej literacki, tym samym zmieniając postrzeganie reportażu, przekraczając jego granice jako gatunku dziennikarskiego i zapuszczając się w przestrzeń literatury pięknej (Caparrós proces ten nazywa literaturyzowaniem – literaturizar). Autor Głodu często miesza w swojej twórczości różne gatunki. Zresztą nie on jeden – jak przystało na nietoperze zajmujące się dziobakami literatury, wielu latynoskich reporterów lubi eksperymentować, ponieważ uważają, że krzyżowanie gatunków to przyszłość literatury.
"człowiek to zawsze „suma tego, co mówi, co robi i co ukrywa”.
Marco Avilés, Daniel Titinger. IMPERIUM INKI
Kolor sików i smak gumy do żucia.
The Coca-Cola Company, który właśnie przyleciał do Limy, musiał na oczach publiczności spróbować ulubionego napoju gazowanego Peruwiańczyków. Próba obowiązkowa. Media wyczekiwały na ten ostateczny łyk. Nie powiedział tego na głos, ale być może pomyślał: najpopularniejszy na całym świecie napój gazowany został pokonany daleko od swojego matecznika i to przez kompletną nieznajomą. Ten jego toast równał się uznaniu porażki: coca-cola nie może rywalizować z inca kolą, toteż prezes wyjął portfel i ją kupił. Przegrać, kupić, wszystko zależy od tego, przez jakie szkła się spojrzy. Prawda jest taka, że firma, która w Stanach Zjednoczonych rozbiła pepsi w pył i w niecały tydzień obróciła w popiół imperium tego napoju w Wenezueli, która rejestrowała przychody rzędu ponad dziesięciu miliardów dolarów rocznie, która zdołała podbić ogromny rynek azjatycki, która sponsorowała na wyłączność mundiale i olimpiady, która dystrybuowała butelki z etykietami w ponad osiemdziesięciu językach, która kiedyś sprawiła, że Buenos Aires stało się najbardziej cocacolowym miastem świata, która przejęła Columbia Pictures, która o mały włos nie kupiła American Express, którą reklamowali Beatlesi i Marilyn Monroe i za sprawą której etiopski cesarz Hajle Sellasje wsiadał do samolotu tylko po to, żeby sobie kupować czarny napój w sąsiednich krajach, słowem: ta właśnie Coca-Cola nigdy nie zdołała całkowicie przekonać do siebie mieszkańców pewnego trzecioświatowego[6] kraju nazywającego się Peru. Nagłówek prasowy z następnego dnia: „Prezes Coca-Coli wznosi toast inca kolą”. Goliat klęka przed Dawidem, bo dostał z procy w czoło.
Leonardo Haberkorn. OSTATNI URUGWAJSKI HITLER
Hitler Aguirre dla odmiany utrzymuje, że nigdy nie miał żadnych problemów ze swoim imieniem i nie czuł się w jakikolwiek sposób odrzucony. Urzędnik, który go rejestrował, nie zgłosił sprzeciwu. Ani też ksiądz, który go chrzcił. Jedyną osobą, która próbowała przekonać go do zmiany imienia, był nauczyciel w liceum, dyrektor szpitala w Tacuarembó. Aguirre miał wtedy trzynaście lat. Dowiedział się, że procedura zmiany pociąga za sobą spore koszty, a jego rodzina była bardzo biedna. – No i nie zdołałem zmienić imienia –mówi dziś, utwierdzając się w swojej decyzji sprzed lat. –Doktor Barragués opowiadał mi o tym, co zrobił Hitler, ale w sumie niewiele mnie to ruszało. A kiedy urodził się mój pierwszy syn, dałem mu to samo imię, jak nakazuje tradycja. Uważam, że nie ma w tym nic złego. Podczas trzech długich rozmów telefonicznych na różne sposoby naprowadzałem Hitlera Aguirre na kwestię okrucieństw nazizmu. Ale nie robiło to na nim wrażenia. – Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, co zrobił Hitler. Żyję swoim życiem. Co było, to było. Nie miałem z tym nic wspólnego. Każdy ma swoją historię i nieważne, jakie nosi imię. Czy widział któryś z filmów pokazujących potworności Holokaustu? Hitler Aguirre odpowiada, że nigdy nie był w kinie i nie ogląda telewizji. Nie ma odtwarzacza wideo ani DVD. Nie używa komputera. W ogóle nie opuszcza swojego małego Tacuarembó. W całym swoim życiu jedynie kilka razy pojechał do Montevideo, do lekarza. – Gdy skończyłem siedemnaście lat, zostałem sklepikarzem i to mnie pochłonęło, pracowałem dzień i noc, w soboty i niedziele, bez przerwy –opowiada. W ten sposób dorobił się jednego z największych barów w swoim mieście. Na znak protestu przeciwko obowiązkowemu w Urugwaju udziałowi w wyborach[26] Hitler Aguirre zaczął głosować na Frente Amplio (Szeroki Front), partię lewicową. Kiedy w 1973 roku władzę przejęła dyktatura wojskowa, znalazł się na jej celowniku, jak wszyscy, którzy byli kojarzeni z lewicą. Spędził w więzieniu pięćdziesiąt dni pod zarzutem uprawiania lichwy. Nasyłano też na niego jedną kontrolę podatkową za drugą, aż ukarano go tak wysoką grzywną, że musiał zamknąć i sprzedać bar oraz przeprowadzić się na wieś. Szefową przeprowadzającego kontrolę zespołu księgowych była Żydówka. Kiedy Hitler Aguirre wspomina tamte czasy, znów ogarnia go wściekłość i nienawiść, jakie wtedy odczuwał. – Ja sobie myślę, że gdyby Hitler zabił siedem milionów Żydów –stwierdza –to ta księgowa by nie istniała. I by mi nie spierdoliła biznesu.
Juan Cristóbal Peña. PODRÓŻ DO ZBIORÓW BIBLIOTECZNYCH PINOCHETA
W raporcie stwierdzono, że generał Pinochet nabył około pięćdziesięciu pięciu tysięcy książek, których sumaryczną wartość oceniono na dwa miliony pięćset sześćdziesiąt tysięcy dolarów amerykańskich.
W raporcie spisano odkryte w bibliotekach pierwsze wydania, unikaty, zabytki piśmiennictwa oraz białe kruki. Niektórych z nich nie ma nawet w Chilijskiej Bibliotece Narodowej. Następnie podsumowano, że „podległe badaniu biegłych biblioteki zawierają dzieła i kolekcje o najwyższej wartości historycznej”.
Martín Caparrós. CARACAS. MIASTO W RANACH
W Caracas ofiarą morderstwa pada co roku jedna na tysiąc osób, więcej niż gdziekolwiek na świecie, około dwustu razy więcej niż w Madrycie.
Chciałbym zaprosić ich na piwo, ale nie mam pieniędzy. Albo raczej: mam, tylko nie mogę ich użyć. W tych dniach w Wenezueli nie ma banknotów –nowy boliwar, bolívar soberano, zwany suwerennym, wypuszczony w sierpniu 2018 roku, żeby obciąć pięć zer poprzedniej walucie, i wart sto tysięcy bolívares fuertes, boliwarów silnych, już zdążył się osłabić i najwyższy nominał to pięćset boliwarów, dziś jego wartość wynosi niewiele ponad jedno euro. Inflacji w wysokości trzech procent dziennie –dwóch milionów procent rocznie –nie wytrzyma żadna waluta; po paru miesiącach wszystkie banknoty przestają być cokolwiek warte. Tak więc właściwie nie ma gotówki i nie mogę wymienić dolarów na lokalną walutę. Nie mogę również zapłacić swoją zagraniczną kartą. Jedynym wyjściem byłoby posłużyć się tym, czym posługują się ci, dla których jest to możliwe: tutejszą kartą bankową, i płacić przelewem za każdą rzecz: piwo, pół kilo chleba, tygodniowe zakupy, skarpetki. Ale oczywiście nie mam wenezuelskiej karty bankowej, tak więc nie mam pieniędzy ani możliwości ich posiadania. Jeśli chcę się napić kawy albo skorzystać ze środków transportu miejskiego, muszę poprosić kogoś, żeby za mnie zapłacił. Stałem się znowu dzieckiem, dziwne to.
Caracas pogrąża mnie w swego rodzaju monastycznej ekoascezie: jest to odzyskana świadomość wartości rzeczy. Trzeba na przykład zużywać mniej papieru toaletowego, ponieważ liczy się każdy kawałek i kto wie, kiedy będzie go więcej; zużywać, ma się rozumieć, mniej wody, ponieważ jest jej tak mało; wykorzystywać, a jakże, w inny sposób czas. Pojąć, że naprawdę strasznie dużo marnujemy, że nie potrzebujemy aż tyle. Za to wielu ludzi – owszem, potrzebuje, i to rozpaczliwie. Nikt cię nie pyta, ile chcesz zatankować; nikomu by nie przyszło do głowy odpowiedzieć: dziesięć litrów, dwadzieścia, trzydzieści. Napełniają ci bak bez słowa, ponieważ litr benzyny kosztuje jeden boliwar silny, a więc pięćdziesiąt litrów kosztuje pięćdziesiąt boliwarów silnych, czyli 0,00005 boliwara suwerennego. To znaczy, że za jednego boliwara suwerennego można napełnić dwa tysiące baków, za dolara – który dzisiaj jest wart czterysta suwerennych – można napełnić baki ośmiuset tysięcy samochodów. Jeszcze raz: za jednego dolara można by zatankować do pełna benzynę w ośmiuset tysiącach samochodów.
Strach to dyskryminacja czynna, aktywny rasizm, jeszcze jeden sposób
Bardzo mi się podobała (a reportaż nie jest moim ulubionym gatunkiem)! Dla mnie dużym plusem jest że to zbiór krótszych reportaży, jakoś lepiej mi wchodzą niż cała książka. Doceniam wprowadzenie od B.S. przed każdym reportażem, pomagało 🙂 Podoba mi się też to latynoskie podejście do reportażu "Opowiadać o banale w niebanalny sposób (...) Dostrzegać niezwykłośc w tym co zwykłe". Co do konkretnych reportaży na pewno chcialabym sprobowac inca koli 😆, chociaz wiem ze to tylko kolorowa slodzona woda gazowana (jak każdy taki napój). Ciekawa jestem czy rzeczywiscie zmienila sie receptura odkad przejęła napój coca cola - nie zdziwiłabym się w sumie, jak u nas ketchup Włocławek przejął Łowicz to zmienił recepturę 😉 Te o poetce i o wiosce bliźniaków trochę meh - poetki nie znam, nie zainteresowała mnie wcale, a wioska bliźniaków brzmi raczej jak legenda miejska wykorzystywana marketingowo. O panach H. ciekawe! Bo zjednej strony - no jak można tak mieć na imię? Ale z drugiej, no rzeczywiście, imię to tylko imię (choćby i było wcześniej nazwiskiem), skoro już takie mają to równie dobrze mogą się nie przejmować i żyć po swojemu. A kto wie, może za kilka pokoleń jeden z potomków odkryje coś ważnego i "odczaruje" to imię. To o busie było straszne i cieszę się że tylko to jedno było tak ciężkie.
Bardzo ciekawa pozycja, zwłaszcza dla tych, którzy z literaturą latynoamerykańską mają niewiele wspólnego. Jest to zbiór reportaży najlepszych przedstawicieli tego gatunku, które poza walorami literackimi przybliżają nam też charakterystyczne i najważniejsze zagadnienia związane z krajami Ameryki Łacińskiej. Jako że jest to zbiór w zamierzeniu najlepszych tego typu utworów, czytelnik nie ma jak się znudzić i zniechęcić podczas czytania. Każdy reportaż jest inny - są takie, które opisują zjawiska, postaci, miejsca, wydarzenia. Wszystkie je łączy niezwykła przenikliwość i bezstronność w opisywaniu. Po lekturze wydaje mi się, że wiem o Ameryce Łacińskiej nieco więcej i jestem jej coraz bardziej ciekawa.
Zbiór reportaży mnie zainteresował i spodobało mi się takie podejście do tematu Ameryki Łacińskiej, przybliżając nieco jej charakter, bo, nie zamierzam kłamać, nie jest to jednak obiekt moich zainteresowań. Jedne reportaże były lepsze (o inca-coli, o krainie bliźniąt, o Hitlerach, o spalonym autobusie), a inne nie przypadły mi do gustu (w szczególności portrety), jednak mimo to, każdy był na swój sposób ciekawy.
[2.5/5] Po przeczytaniu zbioru reportaży pod redakcją Beaty Szady mam naprawdę ambiwalentne odczucia. Polski rynek wydawniczy jest ubogi w literaturę latynoamerykańską. Kraje Ameryki Łacińskiej są, moim zdaniem, niezwykle interesujące pod względem politycznym, kulturowym, społecznym. Toteż twierdzę, że redaktorka miała ogromne pole do popisu jeśli chodzi o dobór reportaży do swojej książki (szczególnie, że nie musiały to być wyłącznie nowe teksty). I twierdzę, że tej szansy nie wykorzystała. Tematycznie- groch z kapustą, jakościowo- średnio.
Dwa reportaże, które uznałabym za dobre: "Spłonęliśmy w busie" Carlosa Martineza i "Caracas, miasto w ranach" (o ogromnym kryzysie socjalno-społecznym, wywołanym hiperinflacją wenezuelskiej waluty) Martina Caparrosa. Oprócz tego trzy reportaże, które mają coś do przekazania, śmieszą, bądź szokują: Przekupnie Che Guevary (o tym, jak znany rewolucjonista stał się boliwijskim bożkiem, a jednocześnie legendą nakręcającą biznes), Ostatni urugwajski Hitler (o chęci wyróżnienia swoich potomków poprzez nadanie "wyjątkowego" imienia, co prowadzi do niemałych absurdów), Czilangopolis (o życiu zwykłych ludzi w meksykańskiej stolicy). Połowa z tego zbioru to niestety nieporozumienie.
Jednak wcale nie słaby poziom reportaży dziwi najbardziej, a wstęp i komentarze redaktorki, mające w czytelniku wzbudzić poczucie wyjątkowości, nieszablonowości i oryginalności tegoż zbioru: "wybitni reporterzy", "dziennikarstwo najwyższej jakości uprawiane bez pieniędzy", "sławy reporterskie", "tekst o niebywałej sile rażenia", ... To wszystko puste słowa. Redaktorka nie dała czytelnikowi przestrzeni do własnych przemyśleń i opinii. Nie wiem, jak można napisać we wstępie do jednego z reportaży: "To najmniej reprezentatywny tekst w tej antologii. Bardziej esej niż reportaż." Otóż w mojej ocenie ten reportaż nie był najgorszy, a wspomniany "tekst o niebywałej sile rażenia", opowiadający o kolejnych kochankach wyzwolonej poetki Idei Vilariño i jej podejściu do życia i ludzi, jak powolne zanurzanie w bagnie.
Bardzo trudno mi jakkolwiek ocenić ten zbiór. Z jednej strony jest bardzo nierówny, zawiera reportaże, o których zapomniałam od razu po ich przeczytaniu, a z drugiej strony są tam takie perełki jak WYBITNY „Spłonęliśmy w busie” Martíneza, po którym długo nie mogłam się pozbierać i został jednym z najlepszych reportaży, jakie czytałam, czy „Caracas. Miasto w ranach” mistrza Caparrósa, do tego kilka ciekawych krótszych tekstów. Na plus wprowadzenie do każdego reportażu od redaktorki. Polecam, chociażby dla dwóch wspomnianych reportaży, ale niektóre można pominąć bez wyrzutów sumienia (np. o Ince).
„Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie” to zbiór, który naprawdę potrafi uderzyć. Niektóre teksty są mocne i poszerzają perspektywę — szczególnie te o busach czy o sposobie, w jaki mieszkańcy różnych krajów postrzegają swoich dyktatorów. Z kolei reportaż o Inka Coli był tak zabawny i fantastyczny, że sama musiałam sprawdzić w Google, czy i ja mogę ją kupić.
Natomiast mam poczucie, że całość została słabo spięta redakcyjnie. Siedzę w tematach hiszpańskojęzycznych od ponad 10 lat, a i tak kilka razy musiałam sprawdzić kilka kwestii. Polski czytelnik nie jest wprowadzony w ten świat, jako że ta pozycja to antologia to moim zdaniem przydałyby jej solidne postawy.