Janusz Leon Wiśniewski i Ewelina Wojdyło polecają wszystkim zakochanym niestandardową przygodę – podróż przedślubną.
Nowa Zelandia – jedno z najbardziej przyjaznych mieszkańcom państw świata. Premierką została tu kobieta po trzydziestce, tutaj kręcono Hobbita, tylko tu mieszka ptak kiwi, a na jednego człowieka przypada sześć owiec. Para podróżników – zakochani w sobie sceptyczny naukowiec (doktor habilitowany chemii), a przy tym poczytny pisarz, i humanistka chłonąca świat wszystkimi zmysłami, pasjonatka życia. Gdy ona opowiada o zapierających dech w piersiach odcieniach krajobrazu, jego fascynuje skład chemiczny basenów błotnych. Są niczym ogień i woda, niebo i ziemia. Ale łączy ich wspólne patrzenie w tym samym kierunku. Ta książka wypełniona jest maoryskimi legendami oraz opowieściami o przyrodzie i kulturze, o tradycyjnym maoryskim tańcu haka i tatuażach mako, o rybach lucjanach oraz o najpiękniejszych szczytach gór, które kąpią się w chmurach.
To książka o korzystaniu z życia pełną piersią. O doznawaniu i smakowaniu. O parzeniu sobie stóp gorącą ziemią, ogłuszającym huku wodospadu i niespotykanych nigdzie indziej odcieniach błękitu i zieleni. O nieznajomych dzielących się swoimi fascynującymi życiorysami i tubylcach zachwalających lokalne atrakcje. O łapaniu chwili. Tym cenniejszej, kiedy ma się u boku ukochaną osobę. I o matematyce związku: szczęściu, które się mnoży, i kłopotach, które się dzieli.
Janusz Leon Wiśniewski (ur. 18 sierpnia 1954 w Toruniu) – naukowiec i pisarz polski, magister fizyki (Uniwersytet Mikołaja Kopernika), magister ekonomii (Uniwersytet Mikołaja Kopernika), doktor informatyki (Politechnika Warszawska), doktor habilitowany chemii (Politechnika Łódzka).
Wiśniewski pracował w latach 1979–1987 w Ogólnouczelnianym Ośrodku Obliczeniowym UMK. Na stałe mieszka we Frankfurcie nad Menem, gdzie pracuje w międzynarodowej firmie informatycznej zajmującej się tworzeniem oprogramowania dla chemików. Współautor pierwszego w świecie programu komputerowego AutoNom do automatycznego tworzenia systematycznych nazw organicznych związków chemicznych na podstawie ich wzorów strukturalnych. W latach 1999–2007 pracował na stanowisku profesora nadzwyczajnego w Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku.
Ojciec dwóch córek: Joanny i Adrianny.
Jako pisarz zadebiutował w roku 2001 powieścią S@motność w Sieci, na podstawie której powstał film oraz serial telewizyjny wyprodukowany przez TVP. Kinowa premiera filmu odbyła się 7 września 2006 roku w Warszawie. Film na nośniku DVD dostępny w Polsce od 5 grudnia 2006 roku.
Teatr Baltijskij Dom w St. Petersburgu w Rosji zaadaptował i wystawił spektakl na podstawie S@motności w Sieci (premiera 20 lutego 2009).
S@motność w Sieci, Molekuły emocji i Bikini ukazały się w Polsce także w postaci książek mówionych.
W 2002 roku wydał Martynę – nowelę napisaną wspólnie z internautami. Książka składa się z trzech opowiadań o losach młodej studentki i grona jej przyjaciół. Początki każdego z opowiadań zostały napisane przez Wiśniewskiego. Stały się punktem wyjścia i inspiracją dla dalszych poczynań tysięcy internautów. Pisarz spośród nadesłanych propozycji wybrał najlepsze jego zdaniem zakończenia. Zostały one dołączone do opowiadania i razem wydane. Pierwszy nakład książki to 35 tysięcy egzemplarzy.
Tłumaczenia jego książek jak dotychczas ukazały się w Rosji, Chorwacji, Czechach, na Ukrainie, w Bułgarii, Albanii, Wietnamie i na Litwie.
Jest także stałym felietonistą miesięcznika Pani. Książki: Intymna teoria względności, Molekuły emocji i Sceny z życia za ścianą są zbiorami tekstów drukowanych na łamach tego czasopisma. Został uhonorowany w Alei Gwiazd w swym rodzinnym mieście Toruniu (gdzie się uczył i mieszkał) i gdzie na Rynku Staromiejskim odsłonił czwartą z serii "Katarzynek" - podpisów słynnych torunian.
Ta książka jest tak zła, że momentami wydawało się to niewyobrażalne.
Przede wszystkim, czapki z głów, jakie trzeba mieć ego, żeby o 10-dniowej podróży napisać 380 stron. Zdecydowanie "pomaga" tu fakt, że wszystko jest opisane 2 razy, bo autorzy wymyślili, że tak będzie ciekawiej, pokażą 2 punkty widzenia (a przy okazji opisują też mnóstwo innych anegdotek ze wspólnego życia i osiągnięćz życia pana pisarza-naukowca). Założenie o wartości podwójnej narracji brzmi ciekawie, ale prowadzi do tego, że książka jest pełna powtórzeń. Naprawdę nie musiałam 3 razy czytać o tym, że wybranka pana pisarza ma "mutację genetyczną" właściwą kobietom, która każe jej kupować mnóstwo butów. Takich seksistowskich wstawek i boomerskich żartów też jest w książce pełno.
Do tego jako osoba z wykształceniem psychologicznym i seksuologicznym łapię się za głowę, widząc jaki model związku pokazują pan pisarz i pani polonistka. Okazuje się, że mężczyźni powinni przytakiwać swoim partnerkom (dosłownie jest tu fragment o tym, że "jak prawdziwy mężczyzna powinienem był się z nią w pełni zgodzić, ale popełniłem błąd i tak nie zrobiłem"). Z kolei pani polonistka swojego (20 lat starszego od niej) Januszka traktuje czasem jak rozkosznego chłopaka, opowiadając o tym, że on lubi żartować z innych, nie z siebie, ale ona ma nadzieję, że on jeszcze się stopniowo nauczy autoironii. Do tego wszystkie wzmianki o tym, że związek to kompromis i wtrącenia o tym, jakimi manipulacjami do tych "kompromisów" doprowadzają, zamiast rozważyć swoje potrzeby i granice, i uzgodnić z drugą osobą. Auć.
Dlaczego dotąd nie poruszyłam tenatu Nowej Zelandii w tej opinii? Bo mimo wielkiego napisu "NOWA ZELANDIA" na okładce i jedynie małego dopisku "podróż przedślubna" podróż okazuje się raczej tłem i co najwyżej szkieletem książki, pretekstem do opowiedzenia o swoim związku. To by było ok, gdyby ten wielki napis na okładce nie wprowadzał w błąd. Moim zdaniem, tytuł tej książki powinien jednak bardziej podkreślać, że chodzi o historię tej konkretnej pary, a mniej to, że para ta odbyła podróż do Nowej Zelandii. Nawet kwestia określenia "przedślubna" jest omówiona na jednej stronie we wstępie i potem już się nie pojawia, co sugeruje, że ten chwytliwy przymiotnik tworzący grę słów tak naprawdę nie miał znaczenia. A ile razy w tej książce pojawiają się nazwy miejsc, do których autorzy wcale nie dotarli, bo im się nie udało, to nawet nie zliczę. Wolałabym jednak dowiedzieć się więcej o tym, co autorzy jedli, ile wydali, ile czasu im zajęły poszczególne etapy, ale te kwestie zostały potraktowane po macoszemu, ważniejsze było po 15 razy napisać o tym, że nie udało się dotrzeć do Fiordu Milforda i że koniecznie muszą wrócić na piękne wyspy, bo 10 dni to za mało.
Polecam tę książkę chyba tylko osobom w wieku 50-70 lat, które uważają się za postępowe, ale jednocześnie cenią tradycje, i chcieliby poczytać grafomańską historię o ludziach podobnych do nich. Ach, polecam tę książkę również uczniom pani polonistki z gdańskiego liceum, dla nich to na pewno niezły ubaw. Momentami zastanawiałam się, czy to nie oni pomagali pisać tę książkę, ale stwierdzam, że licealiści mogą mieć zarówno lepsze umiejętności pisarskie, jak i znacznie ciekawsze poczucie humoru niż to, co prezentuje ta pozycja.
Dwie perspektywy to nie było dobre rozwiązanie, treść się powtarza i w moim odczuciu zbyt dużo odchodzenia od głównego tematy (szczególnie w przypadku JLW). Nie znam innych książek autora ale mam wrażenie, że gdyby nie jego dorobek, ta książka nie ujrzała by światła dziennego xd
To jest tak dramatycznie złe, że gdyby nie to, że bardzo chciałam przeczytać coś o Nowej Zelandii po polsku, to porzuciłabym lekturę po 10 stronach. Trzeba mieć talent, aby z książki podróżniczej zrobić biblię patriarchatu, lekturę utrwalającą stereotypowe role płciowe oraz tandetne romansidło. Jedyny plus - zapisałam sobie kilka (ale niewiele) ciekawych miejsc do zobaczenia w NZ.
Książkę kupiłam dosyć impulsywnie, bo mało jest dostępnych o Nowej Zelandii i ucieszyłam się jak znalazłam tą. Widząc duży napis z nazwą kraju zupełnie zignorowałam dopisek Podróż przedślubna i to był duży błąd. Owszem, spora część traktuje o kraju kiwi, o tym, co można tam zobaczyć, ba, nawet są miłe dla oka zdjęcia. Całość jest jednak obficie okraszona opisami relacji dwójki autorów, wspominkami ich wcześniejszych podróży, życia jakie wiodą w Polsce. Ciężko jest odegnać od siebie myśl skąd nauczycielka ma środki na tak dalekie wyprawy, widać nie mają aż tak źle jak próbują wszystkim wmówić 😉. Pan autor szczególnie zachwycony jest swoją przeszłością, osiągnięciami naukowymi, miejscach, które widział. Używa wielu naukowych określeń do opisania widzianych zjawisk, wręcz chwali się wiedzą. Przez to wszystko książka jest chaotyczna w odbiorze. Dosyć ogólnie traktuje o Nowej Zelandii, przedstawia po prostu trasę pary autorów bez żadnych głębszych refleksji, bez większego kontekstu, zdecydowanie nie ma tego czegoś. Do przeczytania na raz, a nawet myślę, że osoby zainteresowane tematem mogą sobie odpuścić czytanie, bo nie dowiedzą się niczego nowego.
Czy każda para powinna udać się w podróż przedślubną? Zdecydowanie tak. Bo podróże pozwalają poznać się wzajemnie w sytuacjach wymagających kompromisu, gdy nasze plany biorą w łeb (a często biorą). Taka podróż uczy przebywania ze sobą 24 godziny na dobę, umiejętności współpracy i akceptacji zmian powodowanych naszymi błędami i niedopatrzeniami, czy czynnikami zewnętrznymi, od nas niezależnymi. Jeśli po takiej eskapadzie nadal chcemy być razem, to najlepsza gwarancja trwałości związku.
Janusz Leon Wiśniewski i Ewelina Wojdyło wyruszają w taką podróż do Nowej Zelandii. Intensywną ze względu na chęć zobaczenia i doświadczenia jak najwięcej tego cudownego kraju w krótkim czasie, który mają do dyspozycji. Pełną pozytywnych emocji, ale i niespodzianek, nie zawsze przyjemnych.
„Ten kraj należy do natury, człowiek jest tu tylko dodatkiem."
Każdy z nas inaczej odbiera rzeczywistość, zwraca uwagę na inne zagadnienia, co innego budzi w nas emocje. Tak jest również z Linką i Januszkiem, jak o sobie nawzajem pieszczotliwie mówią. Te same miejsca, rozmowy z tymi samymi ludźmi budzą w nich odmienne spostrzeżenia i emocje, więc ta sama historia opowiadana przez nich brzmi niemal zupełnie inaczej. Janusz częściej sięga do historii danego miejsca, Ewelina bardziej emocjonuje się zapierającymi dech w piersiach widokami.
W jednym są zgodni, że dziesięć dni to zdecydowanie za mało na poznanie tego niezwykle pięknego i tolerancyjnego wobec wszelkich odmienności kraju i wspólnie zamierzają tu wrócić.
To opowieść niesamowicie ciekawa, wzbogacona wieloma klimatycznymi, również osobistymi zdjęciami. Pisana zajmująco, czasem z humorem, czasem intymnie, z której wyziera zachwyt nad pięknem i odmiennością Nowej Zelandii, ale i sobą nawzajem. To opowieść o najpiękniejszych miejscach tego kraju, tych popularnych, ale i tych, do których dotarli zupełnym przypadkiem, jego ludziach, smakach i ciekawostkach historycznych.
Chcecie wiedzieć ile owiec przypada tu na jednego mieszkańca? Czy przyjemny zapach po deszczu wszędzie jest taki sam i czym jest spowodowany? Poszukać polskich akcentów na tej odległej ziemi? Odwiedzić choć wirtualnie legendarny Hobbiton z „Władcy Pierścieni” Tolkiena? Wyruszcie wraz z autorami w tę niezwykłą podróż przedślubną i spójrzcie na ten kraj ich oczami. Może kiedyś również go odwiedzicie i będziecie mogli porównać Wasze emocje?
Jedynym plusem tej książki jest to, że szybko się ją czyta.
Ilość Nowej Zelandii do przeszłości dwójki autorów jest powalająca. Jeżeli ktoś chce przeczytać tę książkę dla dowiedzenia się czegoś o NZ zdecydowanie niczego zaskakującego się nie dowie. ( Tak było w moim przypadku ) Sięgnęłam po nią dla głównego tytułu, myśląc, że podtytuł będzie gdzieś w tle. Dopiero od trzeciego ( tym samym ostatniego rozdziału ) Nowa Zelandia wstępuje na pierwsze miejsce.
Nie czuję się usatysfakcjonowana po przeczytaniu tej książki. Mało opisów i recenzji miejsc, w których byli. Ciągle powtarzające się słowa " jeszcze tu wrócimy " bądź " następnym razem " bardzo mnie denerwowały. Nasuwa się pytanie - więc po co napisali ją teraz? Zapewne nie wydadzą drugiego tomu z miejsc, których nie odwiedzili za pierwszym razem.
( Podarowałabym opisy partnerki, które według mnie nie były potrzebne i niektóre osoby mogłyby nawet zniesmaczyć. )
Hobbiton - dla osób czytających to dla fantasy Tolkiena pojawia się na czterech stronach po podkreśleniu przez autorów, że nie przepadają za Władcą Pierścieni po czym płynnie przechodzą w dalszą część historii.
Podsumowując czyta się bardzo szybko, zdjęcia wspomagają książkę, jednakże jeżeli ktoś czyta to jedynie dla Tolkiena, bądź poznania nowych, mało znanych miejsc... no cóż z tym ciężko. ( Chyba, że interesują Was szkoły i to czy w księgarniach mają, bądź znają Mickiewicza )
Fajna książka o Nowej Zelandii. Tylko mało jest w niej... Nowej Zelandii. Za dużo wątków autobiograficznych, z reguły nie związanych z Nową Zelandią.
Autorzy mają też tendencje do pisania nie tyle o Nowej Zelandii, co o swojej podróży. Np. opowiadają o swojej rozmowie z kimś kto pracuje w odwiedzonej przez nich księgarni. Pewnie dla nich ta rozmowa była ważna, ale o Nowej Zelandii ta rozmowa niewiele mówi. Takich przykładów jest kilka.
Jak już skupiają się na tym co rzeczywiście jest istotne dla zrozumienia czym jest ten kraj, to czyta się bardzo fajnie - tym bardziej, że autorzy mają lekkie pióro
Ciekawa pozycja dla osób zainteresowanych Nową Zelandią. Bardzo szybko się czyta a informacje podane są w przystępny sposób. Na plus również liczba zdjęć, chociaż jako miłośniczka Nowej Zelandii chciałabym ich jeszcze więcej. Jedynie darowałabym niektóre komentarze autora o swojej partnerce, uważam, że były niepotrzebne.
Książka jest po prostu słaba. Za dużo wtrąceń o sobie i wspominek dotyczących poprzednich podróży. Skoro autorzy zdecydowali się na napisanie wspomnień o Nowej Zelandii na ponad 300 stronach, to po co sporą część poświęcają innym krajom. W dużej mierze książka przegadana. Czasami miałem wrażenie, że to podróżnicze love story:( Dobrze, ze krótka…
Ciekawa koncepcja. Oboje opisują niby te same miejsca i przygody ale z innego punktu widzenia. Niektóre momenty trochę odklejone od rzeczywistości i tak naiwnie poetyckie, że aż człowieka skręca. A jednak zapisałam wiele miejsc na liście do odwiedzenia podczas podróży do Nowej Zelandii.
Może 2.5 Nie jest to książka stricte o Nowej Zelandii. Jest w niej sporo zdjęć, piękne miejsca i opisy tych miejsc w ładnych słowach. Jednak jest też sporo nudy (przynajmniej dla mnie), małe dodatki i wtrącenia na tematy inne, czasami fajne, potrzebne i śmieszne a czasami tak średnio. Miałam szczególnie dość kiedy najpierw autorka opisuje jakąś część drogi a później autor na nowo ją opisuje. Możliwe, że inne osoby bardzo się polubią z taką narracją. Ja jednak myślałam, że to będzie bardziej rozmowa niż podwójna dawka tej samej historii z lekko innej perspektywy.