O ludzie, co tu się odjaniepawliło! Ale od początku.
To moje pierwsze spotkanie z Wójciak. Autorkę odkryłam wyłącznie dlatego, że zaobserwowała mój profil na Instagramie. I chwała jej za to!
„Matylda” rozpoczyna się mocnym wejściem, a zaraz potem wracamy do wydarzeń sprzed tego momentu . Pierwsza połowa książki to dwa bardzo kontrastowe światy. Jeden normalny świat tytułowej Matyldy i jej najbliższego otoczenia. Dziewczyna właśnie zaczyna praktyki zawodowe i wchodzi powoli w samodzielne, dorosłe życie. Drugi świat to życie Kostka. On również zaczyna wchodzić w dorosłość. Pracuje jak szalony, by odłożyć pieniądze i wrócić na studia. Jednak jego najbliższe otoczenie (a nawet trochę i on) jest kompletnie (i tu muszę użyć dosadnego słowa) popiep*^*rzone.
Druga połowa książki to przenikanie się tych światów. Przenikanie i uzupełnianie. Trochę jak gdyby te światy złapały się za ręce i splotły palce. Kontrastów co raz mniej, ale napięcie co raz większe. Wszystko to wciąga tak, że czytelnik zapomina tamto mocne wejście i zupełnie porzuca myśl o tym, do czego ta historia dąży. Aż w końcu docieramy do zakończenia. A ono wbija w fotel. Myślałam, że dam dziewięć gwiazdek, ale Wójciak ostatnim zdaniem powieści wygrała wszystko. Czapki z głów pani Karolino, to była genialna lektura!