Pani Witkiewicz zazwyczaj pisze obyczajówki/romanse (coś czytałam, nawet dobrze wspominam), ale tym razem zabrała się za thriller. Moje pytanie brzmi: po co? Serio pytam. Okej, rozumiem ideę urozmaicenia sobie pisarskiego życia, ale rzucanie się na nowy gatunek jakoś nie wyszło. "Wizjer" to podobno trzymający w napięciu thriller z genialną intrygą, ale niestety wydawca trochę koloryzuje (trochę, hehe). Napięcie czułam, kiedy chciałam, aby to się wreszcie skończyło, bo głównej osi intrygi można się bardzo szybko domyślić. Ja nawet nie jestem dobra w zagadki, nie sądzę, abym była geniuszem, po prostu od początku dostaje się na tyle istotne informacje, aby szybko dodać dwa do dwóch. To nie jest też kwestia znajomości gatunku, bo ja w thrillerach niespecjalnie gustuje. To jest po prostu słabe. Zanim jednak dochodzi do rozwiązania, trzeba przebrnąć przez rozdziały momentami przypominające notki z Wikipedii (co jest jeszcze zabawniejsze, biorąc uwagę jednego z bohaterów, że o pewnej chorobie można poczytać w internecie, może gdyby czytelnik chciał pogłębić więdzę, to też zapytałby Google?). I ja rozumiem, są ludzie, którzy nie używają socjal mediów (czy to jest target tej książki?) i miło wytłumaczyć niektóre rzeczy, ale naprawdę trzeba to pisać w sposób, jakby ktoś dyktował definicje z podręcznika? Nie, fakt, że informacje są przekazywane ustami jednego bohatera, aby oświecić drugiego, wcale nie sprawia, że to brzmi lepiej. A później bum!, jest rozwiązanie, główny złol w przeciągłej tyradzie (marzyłam, aby ten fragment się wreszcie skończył, nie tylko ze względu na długość, ale też samo rozwiązanie, które jest takie naciągane i przerysowane) przyznaje się do winy. I koniec. Tutaj mam najwięcej zastrzeżeń. Ta intryga (albo "intryga") prowadzi do kolejnego dużego wątku, ale to jest koniec książki. Zupełnie jakby w czasie seansu filmowego wyłączyli prąd, a obsługa kina kazałaby opuścić salę. Czarę goryczy przelewa fakt, że autorka w posłowiu twierdzi, że "zostawia otwartą furtkę" na wypadek kontynuacji. Nie, to nie jest otwarta furtka, to jest niedokończona książka! Czy to jest jakiś chwyt marketingowy, aby sięgnąć po teoretyczną drugą czy jeszcze kolejną część? A może lepiej napisać jedną, ale zgrabną książkę bez rozdrabniania się na drobne? Może wtedy rzeczywiście wyszedłby z tego thriller. Witkiewicz pisze sprawnie, dałaby radę, a tutaj niepotrzebnie bawi się w wypełniacze, dzieli się informacjami, jak to na każdym kroku udostępniamy swoje dane, straszy, czym to skutkuje, aby ostatecznie dojść do niesatysfakcjonującego zakończenia, które raczej powinno być plot twistem czegoś większego. Chociaż może lepiej nie przesadzać z "wielkością", bo niby jest tak międzynarodowo, wielkie korpo, wielki świat, a ostatecznie wszystkie wątki wypadają tak bardzo przaśne. Jednym wypełniaczy jest też motyw platonicznej relacji głównej bohaterki i muszę przyznać, że jak na autorkę romansów, to ten wątek wyszedł Witkiewicz wyjątkowo nijako. Absolutnie ostatnią rzeczą, jaka mnie interesowała, był fakt, że Laura będzie dziś uprawiać seks czy nie. To kompletnie nic nie wniosło, ten wątek w ogóle się nie rozwija, po co on tam w ogóle jest? "Nijaka" to w ogóle dobre określenie, aby nazwać tę książkę. Kompletnie nic się nie traci, kiedy się po nią nie sięgnie, zupełnie nic. Myślałam, że dam dwie gwiazdki, ale z premedytacją daję jedną za samo zakończenie.