Powrót do wakacji spędzanych na wsi, do przyrody, dzieciństwa – trudnego, naznaczonego niewyjaśnionym międzypokoleniowym konfliktem ludzi przymuszonych do bycia ze sobą. Kilkunastoletnia narratorka patrzy na świat rozdarty między dalekim i zdominowanym przez swojego ojca ojcem, a matką, która jest postacią idealną, niezwykłą – lecz odrzuconą przez rodzinę męża, nieumiejącą się odnaleźć. Dziecko nie potrafi wytłumaczyć sobie zależności, w które zostało wrzucone – i próbuje znaleźć własne miejsce, odrzucić poczucie winy.
To historia pamięci. Zioła, liście, trawy wkładane pomiędzy kartki książki, mogą oznaczać coś, co chcemy zachować, albo o czym chcemy zapomnieć. To książka o przyjaźni, próbującej pogodzić świat dziecka z miasta z wakacjami dziecka ze wsi. O poszukiwaniu kogoś, kto bardzo się stara być taki, jak my, chociaż nie jest. Kąkol szuka wreszcie odpowiedzi na najstarsze z pytań: czym jest dobro, a czym zło? Czy jesteśmy złem naznaczeni, czy też wybieramy je świadomie? Czy dziecko potrafi być złe?
Ta książka pachnie suchą trawą, mlekiem i korą drzew. Boli jak pierwsze doświadczenie niesprawiedliwości. Jest urokliwa i straszna, nieprawdziwa i prawdziwa – jak każda baśń.
Z wykształcenia teatrolog, pracuje jako nauczycielka języka polskiego. Za debiutancką powieść Szopka (Świat Książki, Warszawa 2012) była nominowana do Paszportów Polityki 2012 oraz do Nagrody Literackiej Nike 2013. Wg opinii zamieszczonych na portalu culture.pl Szopka to: „bez wątpienia najlepszy, najgłośniejszy i najbardziej obiecujący literacki debiut roku”. Opowiadania publikowała w Tygodniku Powszechnym i w Radarze. Recenzje literackie pisała do Nowych Książek i Tygodnika Powszechnego. Tłumaczenia jej recenzji ukazały się w piśmie New Eastern Europe.
Gęsta, intensywna, przekorna proza. Zośka Papużanka z ogromną wprawą operuje językiem, stwarza czasoprzestrzeń sugestywną i zatrważającą, pisze szalenie teatralnie i rytmicznie, zmienia rejestry, ironizuje, przyszpila.
Narratorka, dziecko, które próbuje odkryć i nazwać zasady świata, jest przenikliwa i niedostępna, zapośredniczona przez otaczających ją ludzi, podmiot in statu nascendi. Chwytane przez nią obrazy uwodzą swoją niewygodą i jakąś ponurą autentycznością, smutkiem. Powrót do dzieciństwa nie jest tu sielski i nostalgiczny, raczej brutalny i uczący niezgody na to, co zastane, na to, z czym trzeba wejść w dorosłość.
To jest taka książka, którą się otwiera, a spomiędzy stron wystają: kłosy zboża, maki, krzywe sztachety z drewnianego płotu, dym z komina i bardzo, bardzo dużo nieprzepracowanych, wciąż bolesnych, spraw. O których się nie mówi w sielskich anielskich książkach o lecie na wsi, pisanych przez ludzi, którzy bardzo by chcieli świeżego powietrza, zdrowej żywności i wiecznego urlopu, ale wolą, by nikt im tam za płotem nie kosił zboża, nie pasł krów i nie krzyczał, że dzieci mają już wracać do domu. To nie jest ładna książka w klasycznym tego słowa znaczeniu; ona jest brutalna, brudna, niesprawiedliwa, a Lato i Mama znalazły się tam jako przeciwwaga, kontrast, zaprzeczenie. I właśnie dlatego dałam pięć gwiazdek i uważam, że to książka, oprócz tego, że szczera, bardzo piękna.
Wspomnienia narratorki z jednych z wielu wakacji spędzonych na wsi u rodziny, dla której jest tytułowym kąkolem. W cieniu lata toczy się jednak daleka od sielskości pory roku opowieść. Oczami dziecka, nie do końca świadomego ale wyczulonego na otaczającą je rzeczywistość, obserwujemy drugą warstwę fabularną, portretującą trudne relacje rodzinne, podporządkowane apodyktycznemu dziadkowi-bogowi. Piękny, plastyczny, pulsujący ironią język. Błyskotliwe opisy, celne porównania. Baśniowe alegorie. Scena układania skoszonej trawy i tego co wydarzyło się potem, pogoń Kościeja - majstersztyk! W tym roku mam ogromne szczęście do pięknych i wyjątkowych książek.
Pierwsze 20 stron tej książki to opis tego, jak pięcioosobowa rodzina wsiada do samochodu. Tylko tyle, ale mnie oczarowało. Jak to jest wspaniale, gęsto i sugestywnie napisane! Jak ja bym chciała umieć tak pisać! To będzie cudowna książka, najlepsza Papużanki, jaką dotąd czytałam! Byłam zachwycona.
Ale potem okazało się, że - mimo genialnego języka, wyobraźni autorki, umiejętności tworzenia klimatu i zmysłowych, oryginalnych opisów - brakuje tej opowieści kręgosłupa. Nie, nie jestem fanką przygodowych fabuł i "jak" zawsze jest dla mnie ważniejsze, niż "o czym". Jednak ta treść była dla mnie zbyt poszarpana i chaotyczna, z akcentami położonymi nie tam, gdzie by się chciało. Wiele wątków wydało mi się zupełnie zbędnych i niepotrzebnie rozbuchanych (a nawet irytujących), podczas gdy zabrakło pogłębienia tych, które mogłyby właśnie zbudować ten kręgosłup, a tym samym bardziej mnie poruszyć. Widzę tę powieść trochę jak pamiętnik (czy może tutaj: zielnik), który się rozsypał, któremu pozbierano niektóre strony i pozszywano je na nowo, trochę bez ładu i składu, bez dbania o to, jaką historię opowiedzą. Owszem, tak działa pamięć i tak wygląda nasze zapamiętywanie dzieciństwa (a domyślam się, że autorka do swojej przeszłości tu sięgnęła) - to się dzieje fragmentarycznie. Ale same przebłyski pamięci to, moim zdaniem, za mało, żeby powstała pełnokrwista powieść.
Dobra proza, momentami bardzo dobra, ale w kawałkach. Jako całość - dla mnie raczej rozczarowanie. Zwłaszcza że naprawdę lubię i cenię autorkę.
Nie dajcie się zwieść pięknej okładce, która zapowiada sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa. Tylko miejscami tekst przypomina rekonstrukcję dziecięcych przeżyć, reszta narracji jest przesiąknięta cynizmem, a do tego naznaczona wulgaryzmami jak zaniedbane pole zboża - kąkolem. Budząca się w czytelniku niezgoda na wszechobecną niesprawiedliwość to główna (jedyna?) wartość dodana książki.
Bardzo ciekawa opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie, z perspektywy małej dziewczynki. Jak można się domyśleć, dzięki przyjęciu takiej narracji, książka pełna jest zaskakujących, prostych, czasami absurdalnych, ale celnych uwag na temat jej otoczenia. W „Kąkolu” poznajemy urywek jej życia - wakacje u rodziny na wsi. Już na samym wstępie dostajemy opis toksycznej osoby ojca, który razem z prawem jazdy zawłaszcza sobie prawo decydowania o każdym, nawet fizjologicznych, aspekcie podróży. W całej rodzinie główna bohaterka czuje się jak tytułowy „kąkol”, czyli kwiat niebezpieczny dla plonów. Jest to smutno-zabawna opowieść o polskiej rodzinie, czyli to co polscy czytelnicy chyba lubią najbardziej.
"Kąkol" jest napisany pięknym językiem, piękna, wyjątkowa jest też okładka. Doceniam stronę językową (zabawa słowem, lekkość języka i malowania nim emocji), odbieram też stronę emocjonalną (wspomnienia wakacji na wsi, trudne relacje rodzinne), ale mój umysł krzyczy, że za mało tu treści. Fabuły jest tu może na opowiadanie, słów jest zdecydowanie więcej niż samej opowieści. "Kąkol" może oczarować, ja czułam się czasem znużona i zabrakło mi zakończenia, rozwiązania zarysowanych wątków.
Trochę miałam wielkie nadzieje względem tej książki, trochę nie wiedziałam chyba, w co się pakuję, no i trochę ostatecznie wyszła z tego klapa.
Nie bardzo mam cokolwiek do powiedzenia względem tej książki - ot, była. Ale chyba jej nie zrozumiałam. Znaczy - zrozumiałam, ale nie wchłonęłam. Spłynęła jak woda po kaczce.
Wakacje, sielskie dziecięce wakacje na wsi, gdzie wszystko jest jednocześnie i z Raju, i z Piekła - takie, których każdy chyba doświadczył choć raz. I może w tym jest mój problem z tą książką - ona mi nie dała nic, czego bym nie znała. Nie wyróżniła się nawet formą, choć była ona zgrabna.
Z twórczością Zośki Papużanki miałam okazję zetknąć się przy jej wcześniejszej książce „Przez”, która wywarła na mnie duże wrażenie zarówno pod względem formy, jak i zawartego w niej przekazu. Chętnie sięgnęłam więc po kolejną pozycję kryjącą się pod sielankową, wypełnioną kolorami okładką. Tym bardziej, że akcja rozgrywa się na wsi w czasach PRL-u, które tak dobrze pamiętam jako dziecko.
Rodzina naszej narratorki, kilkunastoletniej dziewczyny, jedzie na wakacje do rodziny na wieś. I to jej oczami przypatrujemy się życiu na wsi, zarówno jej mieszkańców, jak i przyjezdnych. Przygląda się poszczególnym ludziom, ich charakterom i relacjom. Zatargom i niesnaskom przechodzącym z pokolenia na pokolenie. Beztroskim dziecięcym zabawom, ale i ciężkiej pracy w gospodarstwie. Od jej słów emocje buzują. Budzą się wspomnienia. Przecież tak było. Dokładnie tak.
To opowieść o zwykłych ludzkich ułomnościach, zacietrzewieniu, skrywanej niechęci, patriarchacie, ale również roślinach leczniczych, które mogły przynieść ukojenie na różne dolegliwości ciała, ale nie mogły ukoić duszy.
Narratorka jest niezwykłą obserwatorką, która w codziennym życiu dostrzega więcej. Odczuwa emocje, które uwierają i nie pozwalają cieszyć się beztroskim okresem wakacji. Które zatruwają pozorną wiejską sielankę.
Pięknie napisana i budząca masę wspomnień powieść.
oj nie. ZERO akcji, powtarzalne sytuacje i zachowania - serio, ile można czytać o tym samym, fabuła, która zmierza donikąd… zamysł był serio super, ale wykonanie to dramat
To jest książka, która stoi językiem i której nie chce się kończyć. Trochę wyczuwam delikatne nutki Vonneguta albo Mendozy w tych bardziej żartobliwych momentach.
Książka zgarnia dodatkowe plusy za to, że sama miałam takiego dziadka, moja mama męczyła się podobnie i jakoś tak ta lektura pozwoliła mi trochę "oswoić" wspomnienia.
No i znienacka przypomniało mi się, że za dzieciaka brałam udział w takiej wiksie, co się nazywa prymicja. Czego to człowiek czasem nie odblokuje... Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że ta książka zadziałała na mnie jak hipnoza 😉
Wybór dość przypadkowy, choć nazwisko autorki od dawna przewijało mi się na liście zwanej potocznie: trzeba wypróbować. I faktycznie weszłam w tę prozę jak nóż w miękkie masło. Papużanka pisze przecież potoczyście, nie stroni od zaskakujących metafor, uwodzi zmysłem obserwacji i wydarzeniami, które mi, dziecku lat 70., są bardziej niż bliskie. Od pierwszej strony czułam ten vibe, echem odbijały mi się w uszach niektóre zdania i nawet jeśli nie podzielam wielu doświadczeń z narratorką, to czułam tę wspólnotę przeżyć, doświadczeń, odczuć, kierowanych do nas słów.
"Podobno jeśli pszczoły przypadkiem przyniosą do ula nektar kwiatów tytoniu, cały miód się nie uda. Tytoń wszystko zepsuje. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu. Jak jeden kąkol w polu pszenicy."
Styl Papużanki jest specyficzny, dlatego nie podpasuje każdemu. Pisarka świetnie operuje słowem, jednak sposób narracji bywa męczący na dłuższą metę - brak konkretnie wyznaczonych dialogów oraz podziału na rozdziały, wszystko pisane jest ciągiem. Ponadto w moim odczuciu owa rodzinna historia miała ogromny potencjał, który nie został wykorzystany. Oczekiwałam porywającej, może nieco tragicznej opowieści, a dostałam urywki z życia bohaterów przedstawiane z perspektywy dziewczynki - narratorkę wszyscy uważają za złą, ale czytelnik nie ma pojęcia dlaczego; relacje poszczególnych członków rodziny są zaburzone, a my nie za bardzo wiemy z jakiego powodu. Papużanka stara się przekonać nas o czymś, zamiast pokazać to poprzez konkretne wydarzenia, abyśmy mogli sobie to zobrazować.
Nie odradzam tej książki, ponieważ zbiera ona masę pozytywnych opinii i bardzo usilnie trzeba szukać, żeby znaleźć kogoś mniej entuzjastycznie nastawionego do tej historii. Ja nie podzielam zachwytów, chociaż chciałam, a sam opowieść nie zapadnie w mojej pamięci na długo, gdyż po kilku dniach niemal jej nie pamiętam. Zabrakło emocji, jakiegokolwiek zżycia się z bohaterami, sensu prowadzonej fabuły... Szkoda, bardzo szkoda.
"Podobno jeśli pszczoły przypadkiem przyniosą do ula nektar kwiatów tytoniu, cały miód się nie uda. Tytoń wszystko zepsuje. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu. Jak jeden kąkol w polu pszenicy".
Ah ten kąkol, kąkol... Piękny z wierzchu, ale w środku już niekoniecznie. Ja to chyba "nie umiem" w obyczajówki. Język Zośki Papużanki jest piękny, niesamowicie barwny. Pod tym względem wszystko gra, tylko co z tego, jeśli historia mnie nudzi i nie rozumiem do czego zmierza... w sumie to okazuje się, że do niczego... No i po prostu nie łapie mnie za serce, a to bardzo istotne przy tym gatunku. Nie znalazłam w Kąkolu dla siebie nic ciekawego. Był to taki zlepek różnych wydarzeń widzianych oczami dziecka. Wakacje na wsi, zabawy w podchody, rozmyślania na temat wszystkiego i niczego. Trochę tego, trochę tamtego... i trochę bez ładu i składu. Nieciekawie, nieśmiesznie, nostalgicznie też nie bardzo. Nie przemówiła do mnie ta historia. To nie dla mnie.
Odniesienia nie tylko do mojego dzieciństwa, ale głównie do niego. Napłakać to się napłakałam jak przy żadnej innej książce, nawet "wiadomo-co" tyle łez mi nie zabrało.
"Wujaszek siada przy oknie i zamiast zrobić to, co się zrobić powinno, robi to, co się zrobić powinno, co każdy już dawno powinien zrobić, ale nikt nie wie tak bardzo, co się powinno, jak wujaszek, nikt nie ma jego odwagi, żeby się spakować i wyjechać, żeby uciec, nie uciekając, żeby się elegancko i skutecznie wypisać z cyrku."
[4.75/5] dosłownie jedyne, co mi przeszkadza w tej książce, to brak podziału na rozdziały. reszta była dobitnie poprawna, pięknie opisana i boleśnie przedstawiona, i oficjalnie mam następnego książkowego ulubieńca!
beztroskie wakacje, babie lato, drzemki na hamaku, czereśnie prosto z drzewa, zapach świeżo skoszonej trawy, zbieranie jagód do kanek, drylowanie wiśni na ganku, różaniec zawieszony na lustrze, pierwsze spostrzeżenia niesprawiedliwości w relacjach damsko-męskich oraz słodko-gorzka prawda o życiu na polskiej wsi i relacji w rodzinie.
„W nocy spaliśmy spokojnie, otuleni naiwnością i wiarą w człowieczeństwo.”
Ciężko napisać cokolwiek o tej książce. Bardzo osobista, z jednej strony piękna i sielska, z drugiej... Pełna bólu, niedopowiedzeń, przemilczeń. Brak miłości, nieprzepracowane tematy... Jednocześnie boli i zachwyca. Zmusza do myślenia. Na pewno sięgnę po jakąś jeszcze książkę spod pióra tej autorki.
Z początku ciężko mi się czytało, proza jest gęsta, pełna goryczy i ironicznego patosu. Poruszył mnie ból i uzasadniony, żywy gniew "złego" dziecka. Jednoczesna tęsknota za dzieciństwem, bliskością ze światem natury i wstręt, wyrzut wobec tamtych lat niesprawiedliwej krzywdy i ludzi za nie odpowiedzialnych.
"I jaka jest różnica między złem moim a złem dorosłym. Taka, że ja chcę ich zabić, a oni mnie też, tylko wiedzą, że nie mogą. Mała różnica. Dziadek się mylił. Dorośli nie umieją być źli. Wtedy, kiedy trzeba, oni boją się być źli naprawdę."
Wakacje za nami, lato zbliża się ku końcowi, ale nic nie przeszkadza temu, by chociaż książka przeniosła nas w upalne dni. Jest to możliwe między innymi za sprawą Kąkolu Zośki Papużanki, tyle tylko czy opowiedziany przez nią pobyt u dziadków napewno jest tym, o czym chciałoby się pamiętać?
Podobnie jak było w Przez, tak i w Kąkolu fabuła jest bardzo prosta. Pewna miejska rodzina zgodnie z co roczną tradycją, wyjeżdża na czas wakacji na wieś do domu dziadków. Już w drodze wyczuwa się między nimi pewne napięcie. Dla Niego ważniejszy od pociech jest nowy Opel. Po przyjeździe atmosfera tylko się zagęszcza, chociaż niby wszystko jest normalnie. Dzieci bawią się na łące, główna bohaterka ma przyjaciółkę z którą lubi spędzać czas i ukrywają się przed młodszym rodzeństwem. Dorośli zajmują się swoimi sprawami, a ze strony Dziadka nie brakuje złośliwości kierowanych w stronę wnucząt. Nie akceptuje synowej, która stara się zaskarbić sympatię teściów. Szybko okazuje się, że członkowie rodziny nie lubią się i z trudem muszą się tolerować, a wzajemne animozje potęgują się z każdym dniem.
Zośka Papużanka jednocześnie otula nas wiejskim klimatem - łąki pełne ziół leczniczych i kwiatów, gorące letnie słońce, rzeka i ekscentryczni mieszkańcy, jak przystało na porządną prowincję i ta wieś ma swoje zwyczaje i prawa, ale też wywołuje niepokój, gdyż nie wszystko jest takie przyjazne, jak się wydaje. Wyczuwa się, że dom dziadków stanowi odzwierciedlenie relacji panujących w wiosce. Każdy mimo, że ma rodzinę i wszyscy się doskonale znają, to żyje samotnie pozbawiony bliskości i ciepła drugiej osoby. Wyłamanie się z tej reguły stanowi przyjaźń narratorki z Bejatką, co też budzi złość rodziców tej drugiej. Zamiast zająć się obowiązkami domowymi i gospodarskimi, włóczy się z miastową. Tylko spędzając czas wspólnie, dziewczynki czują się naprawdę wolne i szczęśliwe. Zawsze musi niestety nastąpić powrót do rzeczywistości i należy zapłacić cenę za te momenty radości.
Zośka Papużanka ponownie bawi się przy tym słowem, formą i dźwiękiem. Tworzy własną wymowę na przykład przez wymawianie podwójnego r, seplenienie czy dodawanie przed każdą sylabą fa. Zabieg ten dodaje postaciom cechy charakterystycznej, bardziej ich uwiarygadnia, albo stanowi dla nich swoisty język komunikacji. Nie unika wiejskiej gwary przez co, podobnie jak w Przez i tu czujemy się tak, jak byśmy tam byli. Z jednej strony jest to dojrzały literacko język, w którym jest mnóstwo odwołań do mitologii greckiej i Biblii, z drugiej strony wzrusza dziecięcym postrzeganiem rzeczywistości. Zachwyca umiejętnością wyłapywania detali i mówienia o nich, codziennością niby nudną, a tak bardzo u niej fascynującą. Kąkol łączy w sobie różne gatunki i rodzaje literatury, mamy prozę, pojawia się dramat, bajka w której pokazani są mieszkańcy. Wiele mamy metafor, symboli i porównań. Głos mają ludzie, przedmioty mówiące o swych użytkownikach, a nawet części ciała.
Kąkol to chwast zakradający się w krzakach owoców i warzyw, czy w pszenicy i niszczy to, co dobre. Jest złem, które niszczy wszystko i trzeba go, jak najszybciej wyplenić. Im bardziej przyglądamy się rodzinie narratorki i ludziom ich otaczającym, coraz bardziej dostrzega, że są zżerani przez zło, które zakiełkowało się w ich sercu i duszy. Trawi ich bunt, wzajemna niechęć, złośliwości, poczucie niesprawiedliwości i żal odczuwany z tego powodu. Czasem nie okazują tego, co myślą i czują, gdy zaczynają mówić dochodzi do kłótni. To dom do którego wszyscy przyjeżdżają z niewiadomych przyczyn ale chcą, jak najszybciej stamtąd uciec. Złem jest dziadek Antoni, despota gardzący rodziną i ustawiający wszystkich i wszystko. Nieustannie wyczuwa się potrzebę dokonania żniw, by wyplenić chwasty, którymi obrośli.
Zośka Papużanka snuje słodko - gorzką historię, idealną dla miłośników realizmu magicznego. Kąkol burzy sielski obraz wsi, im dłużej w niej przebywamy, tym bardziej chce się z niej wyjechać. To opowieść o pragnieniu miłości, rodzinnego ciepła, samotności i braku akceptacji. To proza trudna i wymagająca, boli i śmieszy jednocześnie, skłania do refleksji, ale wciąga przez co, trudno się oderwać od lektury.
Tragikomedia zlepiona z chaotycznie poszarpanych wspomnień naznaczonych nienawiścią wiejskich rodzinnych wakacji. Zbyt mało zmysłowa jak na sielską podróż, zbyt mało psychologiczna jak na studium relacji, zbyt fragmentaryczna na zdobycie czytelniczego serca. Kąkol to zaproszenie do świata, w którym realizm splata się z baśniową magią, gdzie naiwnie dziecięca percepcja wybrzmiewa spomiędzy kąśliwych uwag dorosłej Autorki i w którym jest jeden król, apodyktyczny dziadek Antoni, pobłogosławiony między malinami, i błogosławiony owoc żywota jego – wybudowany własnymi i syna rękami dom. Jest to proza, która miejscami zachwyca swoją pomysłowością i dowcipem, miejscami irytuje i nuży przekombinowanym stylem czy powtórzeniami. Miesza się w niej jak w skarpetowo-majtkowej zupie humor i cierpienie, marzycielskość z cynizmem, poważne refleksje z dyrdymałami o niczym oraz potrzeba wolności i brak akceptacji świata przez protagonistkę ze zgorzkniałą inercją emocjonalną wszystkich dookoła. Chociaż uwodzi teatralną, gombrowiczowską wręcz ironią i niewygodnie przygnębiającą swą autentycznością aurą, w tej specyficznej krytyce obyczajów małopolskiej prowincji, spomiędzy tłuszczyku Dziubaska i jego rączek jak wyciągnięte z wody parówki, uwyraźnia się niestety brak uczuciowej głębi, spajającej historie fabuły i wielowymiarowych postaci. Szkoda.
Uwodzi poprzez nazywanie codzienność prostymi słowami. Opisuje, skłania do refleksji, przywołuje melancholie. Zośka Papużanka maluje słowem, obraz, na swój sposób, przeszły i skazany na zapomnienie.
„Kąkol” to melancholijna podróż w czasie i przestrzeni. W czasie, bo przenosi nas do epoki sprzed telefonu, za to z mnóstwem zabawy, a w przestrzeni, bo na zapomnianą wieść, gdzie nie wszystko jest sielskie i anielskie. W opowieści tej cała rodzina i kilkuletnie dziecko, będące narratorem tej historii, ruszają na wakacje, do rodzinnego domku letniskowego. Tu wśród upałów i zdartych kolan, rozgrywa się świat na styku dzieciństwa i dorosłości. Z jednej strony czujny, mały narrator, z drugiej rodzicie, dziadkowi i wujostwo, uwikłani w schematy, stereotypy i własne ograniczenia. Czasem nie trzeba rozumieć, by widzieć, nie trzeba tłumaczyć, by spostrzegać.
Ale to już było i nie wróci więcej…
Melancholia – to pierwsze i chyba najintensywniejsze uczucie, które zdominowało mój odbiór tej powieści. Cała fabuła rozgrywa się w czasach, które w takiej formie już nie wrócą. Nie ma jeszcze telefonów, a dzieci muszą zajmować się same sobą. Nie są ani lepsze, ani gorsze. Są inne. Książka najbardziej przemówi do osób, które mają podobne doświadczenia, które wyjeżdżały na wakacje na wieś, spotykały się z całą rodziną i bez kontroli biegały po polach i lasach. Mimo tego każdy znajdzie w niej coś „swojego”, jakiś element wspomnień. W moim przypadku było ich kilka. Oczywiście „samochód, w którym się nie je” (czy w warrancie mojego tatusia: samochód, po wejściu, do którego dzieci od razu chciały jeść), czy „moja mamusia jest najpiękniejsza”. Nie było tego jednak dużo, więc chociaż zarżały się melancholijne momenty, nie odczułam tego jakoś bardzo mocno.
Dzieci i ryby
Są to też czasy zupełnie innego podejścia do dzieci, do ról społecznych, czy rozwiązywania konfliktów społecznych. Poznajemy je z perspektywy co najmniej niecodziennej, bo widzimy oczami małego dziecka. Tego, które się wiecznie pałęta pod nogami, któremu się nic nie tłumaczy, a które rozumie zaskakujące dużo. Jest to fascynujący punkt widzenia, bo niezwykle szczery i wolny od większości uprzedzeń. Pozwala nam ocenić pewne zdarzenia bardziej obiektywnie, niż gdyby relacjonowały je osoby zaangażowane bezpośrednio. I w pewien sposób zastanowić się nad światem dorosłych, który nawet w relacjach rodzinnych buduje mury i uprzedzenia.
Tą książkę trzeba przeczytać latem. Powrót do dziecięcych wakacji u babci, do biegania po łące i zrywania kwiatków, do grania w berka i chowanego. Język autorki niesamowicie barwny, kolorowy, pachnący letnim wiatrem. Narracja małej dziewczynki, która przedstawia świat widziany oczami dziecka, w charyzmatyczny sposób opisuje bohaterów i wiejskie perypetie. Zabawa językiem, piękno i prostota, bezpośredniość. Mnie ta książka wyjątkowo urzekła. Jednak nie można od niej oczekiwać zbyt wiele. Tak naprawdę nie ma tam akcji, jest to tylko zlepek różnych wydarzeń, pozornie nie ma tam nic głębokiego. Nie ma żadnych zwrotów akcji, zaskoczeń. Trochę bez składu i ładu. Uważam jednak, że to jest idealny zabieg, ponieważ skoro narratorką jest dziecko to jak można od niej wymagać trzymającej w napięciu akcji?
Dlatego tą książkę trzeba przeczytać z luźnym nastawieniem, bez wymagań. Usiąść na trawie i powrócić do dziecięcych wspomnień. Po prostu oddać się pięknej prozie :))