„Ojczyźniano-religijne gadżety / Na hamburgery i chevrolety” chciał zamieniać Piotr Klatt, wokalista Róż Europy, w piosence „Historii damy w mordę” (1991).
Wiadomo, chevrolet to lekka przesada (choć Klatta po przeboju „Jedwab” pewnie było na niego stać), ale hamburger był wreszcie spełnionym marzeniem tych, którzy mogli się napawać wkraczaniem kapitalizmu do Polski po 1989 r.
No i fragment o otwieraniu knajp McDonald’s to bodaj najbardziej fascynująca część „Sexu, disco i kaset video”, bardzo dobrej książki Wojciecha Przylipiaka, ładnie wydanej przez Muzę. Sam pamiętam zdjęcie z lokalnej „Wyborczej”, na którym ksiądz błogosławił „Maka”.
Opisy giełd i targowisk w wielkich i małych miastach, na których można było kupić wszystko, to kolejny, należący do najmocniejszych, punkt książki. Autor potrafi oddać klimat tamtych lat, tego wszechobecnego syfu rodzącego się kapitalizmu. Autor, ale również ci, którzy w tamtych czasach zajmowali się biznesem, prowadząc budy z żarciem czy wypożyczalnie wideo. Nietrudno sobie wyobrazić, że mniejsi i więksi biznesmeni tamtych szalonych czasów muszą mieć wiele ciekawego do opowiedzenia.
W Przylipiaku należy docenić to, że pisze, jak było. Tam, gdzie sentymentalnie wzdycha, jest to uzasadnione. W miejscach, w których np. ostrzega, żeby ci z wrażliwymi żołądkami uważali, też nie przesadza. Choć ja nie pamiętam, czy jadłem paje. Ale być może załapałem się kiedyś na keczup doprawiony śliną oblecha serwującego hotdogi w jakimś dojadaku.
Im dalej, tym książka robi się mniej ciekawa, z fascynującej zaledwie dobra. Może ma na to wpływ styl autora – czasem za bardzo „szkolny” (by być sprawiedliwym – lepsze to niż pseudosocjologiczny bełkot), z drugiej strony – lepsze to niż nadmierne popisywanie się erudycją i bycie zabawnym na siłę. A może po prostu w początkowych rozdziałach „Sexu” chłop podjął tematy, które akurat mnie interesują bardziej niż te z późniejszych. Teraz jednak, gdy jeszcze raz przeglądam spis treści, widzę, że przedostatni rozdział dotyczy starych komputerów i gier, czyli czegoś, co do dziś wspominam z sentymentem, czasem nawet na YouTubie włączając film z jakąś gierką, żeby powspominać czasy, gdy coś, co dziś wygląda prymitywnie, dawało radość, której nie da mi nowa FIFA.
Może po prostu sam Przylipiak zaczął książkę od tematów, o których pisało się mu najlepiej.
Dodatkowy punkt za zdjęcia, na których możemy podziwiać zgrzebną rzeczywistość lat 90. w ogóle i szczególe. Bo oprócz widoków ulic miast sprzed trzech dekad, możemy zobaczyć takie cuda, jak chociażby okładka kasety ze ścieżką dźwiękową do serialu „Twin Peaks”, na której znajduje się wzięta nie wiadomo skąd blondynka, pasująca bardziej do jakiegoś „Summer Hits 92”.
Jako dzieciak tęsknym okiem patrzyłem na kolorowe opakowania słodyczy z Zachodu (najlepszy był batonik Bounty) czy też na screeny z gier albo marzyły mi się płyty ulubionych kapel. Po chwili wszystko to się pojawiło – już nie od święta, ale też nie zawsze z legalnych źródeł, czym się zresztą prawie nikt wtedy nie przejmował. Dodajmy do tego radio, którego chciało się słuchać, i telewizję, w której było co oglądać. Pięknie było, choć – co ukrywać – brzydko jak cholera. Wystarczy porównać sobie chociażby dzisiejsze centrum Katowic z tym sprzed 30 lat.
Wielu rzeczy z tamtych lat mi brakuje, ale za cholerę nie chciałbym przenieść się 30 lat wstecz. Chyba że na parę dni. Podejrzewam, że sam Przylipiak ma tak samo.