Sięgnąłem po Poego głównie z ciekawości - bo szczerze mówiąc, to opowieści grozy/horror to nie do końca moje klimaty. Jednak zaczarowany przez jeden z jego wierszy, a w dodatku pchany fascynacją romantyzmem i przeświadczeniem, że jest to absolutny klasyk, a utwory Poego reprezentują dopiero raczkujący kryminał i horror... Moja ciekawość sięgała zenitu i tak też skończyłem czytając "Opowieści niesamowite". Powiem szczerze: nie jestem zawiedziony.
Nie ukrywam, że niektóre z opowiadań przypasowały mi dużo bardziej niż inne. "Walczyłem" z tą książką troszkę dłużej, niż się spodziewałem też przez to, że - jak wspomniałem - horror to naprawdę nie mój klimat. Myślę jednak, że makabra w opowiadaniach Poego (przynajmniej tych, które czytałem) nie dochodzi do "granic możliwości" - każde z opowiadań doczytałem do końca (chociaż przyznam - z "Czarnym kotem" było bardzo ciężko). Więc jeżeli ktoś, jak ja, nie lubi horrorów, ale z ciekawości chce poczytać Poego i zastanawia się, że przebrnie, to myślę, że bez problemu. Trzeba się nastawić na trochę śmierci, trochę krwi i dużo obłąkania (i trochę grzebania żywcem - to podobno była obsesja Poego, i szczerze mówiąc, jak o tym dowiedziałem to jakoś nie czułem się zdziwiony), ale jest jak najbardziej do przejścia i "straumatyzowany" po lekturze się nie czuję.
Ale dość ogólników i przejdźmy do konkretów. Moja ocena wyszła tak, jak wyszła, z uśrednionej oceny wszystkich opowiadań, które czytałem (przyznam, że chyba wpadła mi w ręce trochę inna, okrojona wersja "Opowieści...", bo jak zerknąłem w opis na goodreads to mówił on o opowiadaniach - jeżeli się nie mylę - 21, ja zaś miałem ich 13. Mam jednak szczerą nadzieję, że czytających tą recenzję zbytnio to nie zaboli). Przejdźmy zatem do samych ocen, wraz z krótkimi komentarzami.
"William Wilson": 4.5. Byłem absolutnie zachwycony tym opowiadaniem. Dawało mi trochę vibes "Doktor Jekyll i Pan Hyde"? Podobieństwa nie były może bardzo rażące, ale nie mogłem się oprzeć temu wrażeniu. Choć pewnie można zobaczyć w nim grozę, mnie nie do końca przerażało; dopatrywałem się w nim bardziej swojego rodzaju przemyślenia odnośnie psychiki ludzkiej i wyrzutów sumienia, ambicji, etc. niż faktycznego horroru. Ale, cóż, skoro już stwierdziliśmy, że nie ciągnie mnie do grozy, zapewne nie będzie zaskoczeniem, że dla mnie to nie był minus, a wręcz przeciwnie.
"Serce oskarżycielem" i "Bies przewrotności": 5. Oba te opowiadania pozwoliłem sobie wrzucić do "jednego wora" ze względu na to, że oba są bardzo krótkie, a równocześnie miałem na ich temat bardzo podobne przemyślenia. Główną moją myślą, którą miałem przy ich czytaniu, było spostrzeganie jakiś zbieżności z tematyką "Zbrodni i kary". Możliwe, że doszukuję się połączeń aż zbyt głęboko; ale to zagłębianie się w najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki, tym bardziej rozważanie myśli zbrodniarza? Mi to wielce podpasowało. "Bies przewrotności" przy tym chyba zaintrygował mnie bardziej, z rozważaniem problematyki przewrotności prawie w formie eseju, aby zakończyć dynamicznym wejściem w wydarzenia z życia narratora. Co prawda mogę nie zgadzać się z wszystkimi przemyśleniami odnośnie tej "siły przewrotności" (Poe mocno eksploruje ludzkie dążenie do zguby, za czym ja nie za bardzo się opowiadam), ale były wyłożone w sposób bardzo intrygujący i czytało się je przyjemnie.
"Portret Owalny": 3.5. Tu już wchodzimy w bardziej "pełnoprawną" grozę, chociaż jeszcze dość, nazwijmy to, "delikatną". "Portret Owalny" nie oferuje wielkiej makabry, ale dreszcze trochę przechodzą w trakcie czytania. Nazwijmy to: sympatyczny, choć może mnie nie porwał.
"Ligeja": 4. Tu mamy sprawę ciekawą, ponieważ faktycznie, tu już wchodzimy coraz pewniejszym krokiem w horror - a mimo tego muszę przyznać, że "Ligeja" jakoś mnie urzekła. Nie wiem, czy to przez początkową część opowiadania, która sama w sobie tak straszna jeszcze nie była, ale była przy tym bardzo dla mnie intrygująca. Ale całość wspominam bardzo dobrze: od samej postaci Ligei, poprzez przytoczony w środku wiersz ("Robak zdobywca" od oczywiście E. A. Poe, jakby ktoś szukał go osobno), z kolei część końcową przepełniały zarówno wspaniałe opisy, które mocno zapadły mi w pamięć, jak i całe budowanie napięcia przeprowadzone było wspaniale. Nie ukrywam, że zaskoczyłem się pozytywnie!
"Berenice": 3. Tutaj przyznam, nastąpił moment, w którym moje tempo pochłaniania "Opowieści..." znacząco przystopowało. Nie było tu do końca elementu, który by mnie urzekł szczególnie - mam wrażenie, że koniec był wręcz mocno przewidywalny, bo od tej jednej sceny z Berenice (ci co czytali dokładnie będą wiedzieć, o czym mówię) nie miałem wątpliwości, jak cała rzecz się skończy. Jakbym miał patrzeć obiektywnie - a tak się staram - przyznam, że zakończenie było jednak dobrze wykonane, i ta groza była, mimo przewidywalności, odczuwalna. Tu już pojawia się trochę więcej makabry, więc jej zwolennikom "Berenice" raczej przypadnie do gustu.
"Zagłada Domu Usherów": 4. Do tego utworu nie mam zbyt długiego komentarza, poza tym, że był po prostu... Intrygujący i klimatyczny. Miałem wrażenie, że mniej makabryczny od przed chwilą przywoływanej "Berenice", a równocześnie prawie bardziej przerażający? Bardzo wpasował mi się w taki kojarzący się z Poe gotycki klimat. Co prawda można to powiedzieć o każdym jego opowiadaniu, ale to wybitnie mi się z tym kojarzy.
"Co zaszło w wypadku M. Valdemara?": 4.5. To może być zaskakująca ocena z mojej strony, patrząc na to, że mam wrażenie, że było to "obiektywnie" najbardziej przerażające opowiadanie ze wszystkich, które były tu zebrane. Ale było w nim coś magnetyzującego (pun intended), przez co nie mogłem się oderwać i brnąłem dalej, i dalej, z zapartym tchem i niesamowitą fascynacją. Nie jestem w stanie powiedzieć, co dokładnie przyciągało mnie do tego opowiadania, ale czerpałem z niego wielką radość mimo tego, że kończąc je czytać byłem bardzo poruszony (nie w stricte bardzo emocjonalny sposób; raczej taki typowy dla utworów grozy. Co prawda strach to też emocja, ale mam nadzieję, że choć trochę moje słowa są jasne). Taka radość się u mnie zazwyczaj, przy opowiadaniach tego typu, nie zdarza. Panu M. Valdemarowi zawdzięczam nawet pobudkę o 3:20 rano w noc po przeczytaniu "Co zaszło w wypadku...", ale to też ani trochę nie zmienia mojej oceny. To swoisty fenomen, jak bardzo to przypadło mi do gustu. W każdym razie polecam, tym bardziej, jeżeli ktoś literaturę grozy lubi.
"Czarny kot": 3. To było chyba dla mnie opowiadanie najtrudniejsze do przebrnięcia. Jeżeli ktoś ma wielką wrażliwość na krzywdę zwierząt, to bez wielkich spojlerów - przestrzegam, że "Czarny kot" może wstrząsać. Ja już na początku zastanawiałem się, czy by tego jednego opowiadania nie pominąć - i jest to jedyna z opowieści, której fragment przeskoczyłem, bo nie byłem w stanie go przejść: okazał się dla mnie po prostu zbyt mocny. Ogółem jednak uważam, że opowiadanie nie jest złe; choć narrator/główny bohater zbulwersował mnie tu jak żaden inny, nie powinien to być powód do obniżenia oceny, a z kolei zakończenie było na plus. Nie oceniam więc źle; ale przyznaję, że mocno nie wpasowało się w moje gusta.
"Rękopis znaleziony w butelce": 3. Intrygujące, lżejsze od paru poprzednich, ale nic wielkiego mnie w nim nie urzekło. Ciekawe, ale tak naprawdę nic więcej.
"Studnia i wahadło": 4. Zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło. Całość utrzymana w nastroju grozy i wielkiego niepokoju, ale mnie to jakoś zaintrygowało; jak na osobę nie lubiącą horrorów naprawdę wciągnąłem się w to obserwowanie, jak narrator desperacko stara się uniknąć nieuniknionej śmierci. Nad jakąś wielką makabrą przeważa tu bardziej trzymanie czytelnika w napięciu, niepokoju o to, co nastąpi za chwilę, co mi odpowiadało bardziej. Wciągało, choć momentami mroziło krew w żyłach.
"Zabójstwo przy rue Morgue": 5. To chyba nie jest zaskoczeniem, bo kryminał to zdecydowanie bardziej moje klimaty niż horror, i byłem bardzo ucieszony, jak we wstępie pojawiły się przemyślenia dotyczące analitycznego myślenia, które już wskazywały na to, że będziemy rozwiązywać jakąś zagadkę. Krótkie - jak każde z opowiadań - więc nie trzyma w wielkim napięciu zbyt długo; jednak bardzo się, przyznam, wciągnąłem. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to prawie mam po tym opowiadaniu niedosyt, i z chęcią poszperam w poszukiwaniu innych opowiadań Poego właśnie w tym klimacie.
"Król Mór": 3. Tu pojawiła się nie tyle groza, co trochę groteski. Wielce porywające nie było, i jeszcze przede mną dostrzeżenie w tym opowiadaniu jakiegoś głębszego przesłania. Najbardziej zaintrygowały mnie imiona rodziny królewskiej tytułowego króla, i jakoś mimowolnie skojarzyłem to z jedną postacią serii gier The Sims (gry słów w imionach postaci w jakiś sposób związane ze śmiercią nie mogą nie przypominać mi o zmarłych mężach Olive Specter z TS2) - ale to, że mi się wszystko z simsami kojarzy, oraz miłość do gier słownych, to już moje osobiste spaczenia. Ale nie było też złe, a czytało się dość lekko, więc myślę 3 gwiazdki zasłużone.
Podsumowując już wszystkie te myśli - bo rozpisało mi się niesamowicie i podziwiam każdą osobę, która do tego punktu faktycznie doczytała - zapytany, czy warto przeczytać "Opowieści niesamowite", odpowiedziałbym, że tak. Chociaż zdarzało mi się mieć wątpliwości w czasie czytania, to jak teraz zbierałem na ten temat myśli, to uważam, że była to bardzo intrygująca lektura - do której zapewne będę wracać, chociaż raczej bardziej do fragmentów niż do całości. A skoro było to w stanie przekonać do siebie takiego sceptyka, jeżeli chodzi o horror... Cóż, chyba te opowieści faktycznie mogą być niesamowite.