Warszawa, lata 70. Weronika Piontkowska niedawno się rozwiodła, uczy francuskiego w liceum i wychowuje dwóch rezolutnych chłopców. Jednak w żadnej z ról, jakie przyniosło jej życie, nie odnajduje się zbyt dobrze – poza jedną. W sielskim, ustronnym Jaktorowie, wśród pachnących łąk i lasów z ich żywicznym powietrzem wciąż może być beztroską córką swoich rodziców. Ale wkrótce okaże się, że raj na ziemi nie istnieje, a sielankowa posiadłość, którą Weronika tak kocha, skrywa wiele dramatycznych historii… Jaką cenę w czasach stalinizmu zapłacił za Jaktorowo jej ojciec? Dlaczego po latach wciąż nie chce rozmawiać o własnej siostrze? Gdzie mają swoje źródło wszystkie rodzinne tajemnice?
Aż po horyzont to kolejna znakomita powieść Agnieszki Janiszewskiej – mistrzyni wikłania osobistych losów bohaterów w tryby wielkiej historii.
Nie miałam dużych wymagań względem tej książki. Starałam się podejść do niej na spokojnie, jednakże – niestety – pojawiło się trochę komplikacji. Zacznę od nieco chaotycznej narracji, gdzie zdarzało mi się pogubić z czyim punktem widzenia mam do czynienia. Zagłębiałam się w przemyśleniach, śledziłam tok wydarzeń, gdy nagle pstryk – zamiana miejsc. To nieco dekoncentrowało, wybijało z rytmu i nadchodziło drobne zagubienie. Nie mniej problemów miałam z główną bohaterką, nieco stłamszoną, żyjącą w bezpiecznej, stworzonej przez nią samą skorupie. W moich oczach jawiła się jako bezbarwna, dająca sobą manipulować kobieta, gdzie choć pragnęła poznać rodzinne tajemnice, to nieumiejętnie stawiała kroki na tej drodze. Nieraz miałam ochotę wziąć ją za ramiona i mocno nią potrząsnąć, dla opamiętania! Dobrze, że ukazywały się skrawki przeszłości, powiązane z tematem tabu w tejże rodzinie, które wyzwalały mnie z odrętwienia. Zaintrygowana pochłaniałam je, mocno się ich trzymając. Choć owe tajemnice nadal były niejasne, wyznaczały powolne tempo powieści, to właśnie one utrzymywały przy lekturze, nie pozwalając się oderwać. Wszak ich wydźwięk dobitnie wskazywał, że czasami jeden błąd może zaważyć na losach innych, sponiewierać i otworzyć drogę do rozwidlenia ścieżek życiowych. Aczkolwiek i tutaj pojawił się lekki niedosyt i drobna irytacja, jednak i tak przeszłość była bliższa memu sercu...
Autorka posługuje się prostym językiem, jednak – jak już wcześniej wspominałam – chaotyczna narracja sprawia, iż nieraz można pogubić się w słynnym „co, gdzie, jak?”. Nie mogę jednak odmówić jej umiejętności rozpalania w czytelniku ciekawości, którą podsyca, aby nieco ją przygaszać, pozostawiając wiele pytań bez odpowiedzi. Cóż, na pewno sięgnę po kolejną część, aby odkryć, czy tam właśnie je uzyskam. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie.
Chciałabym napisać o sielskiej beztrosce. O bzyczących owadach, wyczuwalnym przez kartki książki niepowtarzalnym zapachu lasu...
Czułam stęchliznę, zaściankowość.
Chciałam przytulić Weronikę, kiedy poznawałam kolejne wątki jej przeszłości. Poklepać po ramieniu, pogładzić po włosach i powiedzieć, że nie musi być taka. Nie musi być posłuszna, potulna. Widziałam, że była stłamszona i nie rozumiałam... Miała obok siebie brata, Oskara, który pragnął równie mocno jak ja, aby Weronika w końcu przejrzała na oczy, żeby nauczyła się dostrzegać swoje własne zdanie, myśli, żeby jedno spojrzenie czy słowo Jana (ojca) nie sprawiało, że zapomina o byciu sobą, o posiadaniu własnych myśli, poglądów, zdania...
Aż po horyzont to lekka powieść obyczajowa z wątkiem historycznym. Mamy dwie osie czasu, przeszłość to historia Wandy natomiast teraźniejszość widzimy oczami Weroniki, która próbuję dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojej ciotki - przyrodniej siostry Jana - o której ojciec niewiele mówił, unikał tematu. Wyraźnie dało się wyczuć, że z osobą Wandy związana jest rodzinna tajemnica.
Czytało mi się ją przyjemnie i szybko. Co prawda miałam cichą nadzieję, że będzie bardziej emocjonalna, bardziej dramatyczna. Zabrakło mi w niej tego trochę. Mimo wszystko oceniam ją jako książkę wartą przeczytania. Świetne umilenie jednego wieczoru 😊