Nie tak dawno temu, w niezbyt odległej galaktyce...
Pod recenzją książkowej adaptacji sezonu pierwszego...
Serialu nie oglądałem. Tyle na wstępie. W rozwinięciu natomiast napiszę, że tytuł ten jest próbą wepchnięcia słonia do karafki. Dziewięć odcinków (jeżeli nie okłamuje mnie znany portal o filmach i serialach) upchnięto tu na mocno naciąganych 200 stronach rozmiarowo przeciętnego czytadła.
Ogólnie lektury nie polecam, jeżeli nie widziało się wcześniej serialu lub nie jest się fanatykiem całego uniwersum (w każdej innej sytuacji też nie polecam). Bez wynikającej z tego wiedzy równie dobrze można sobie poczytać skład środków chemicznych trzymanych pod zlewem - zrozumie się tyle samo (oczywiście jeżeli nie studiowało się chemii). Wszystkiemu winny jest ogromny niedobór opisów wszelakich (postaci, przedmiotów, miejsc) oraz niesamowity wręcz minimalizm tych kilku istniejących. W zasadzie całość składa się z naprzemiennych przedstawień akcji (krótkich, jakby autorowi brakowało słów do przedstawienia czegokolwiek) i niedługich beznamiętnych dialogów.
Można uznać, że się czepiam. Przecież to tylko książka dla młodzieży, a te muszą mieć odpowiednio dynamiczną historię, aby młody umysł się nie znudził. No dobrze, ale młodzież to nie ameby (choć różne media i niektóre systemy nauczania właśnie to próbują z nich zrobić). Ponadto dla której grupy wiekowej dokładnie ta książka jest kierowana? Nie wiem tego ja i chyba nikt inny. Dosyć prosty, momentami łopatologiczny język wskazuje na niemalże dzieci, jako grupę docelową. Ale przecież historia opowiada o najemnych zabójcach oraz pozostałościach złego imperium, które już nie jest tak symboliczne jak w filmach Lucasa. A i trup ścieli się gęsto. To już nie jest coś, co poleciłbym osobom bardzo młodym.
Jeszcze kilka słów o polskim wydaniu od strony typograficznej. JEST DO CZTERECH LITER!! KTO POZWOLIŁ TO WYDAĆ?! AAAA!!!!! Ale po kolei:
- główny krój pisma to font szeryfowy o dosyć wyraźnych szeryfach i korzeniach sięgających czcionek ze starych maszyn do pisania; jest przy tym dosyć kanciasty, delikatnie pogrubiony względem ogólnie przyjętych norm i męczy oczy przy dłuższym posiedzeniu;
- zastosowano bardzo dużą interlinię (na oko chyba regulaminowe 150% z prac dyplomowych), co w połączeniu z tekstem sprawia, że zamiast estetycznego bloku tekstu dostajemy więziennego pasiaka czy inną zebrę ( wystarczyło dać inny, czytelniejszy krój pisma, delikatnie go zwiększyć i zmniejszyć interlinię);
- każdy rozdział zaczyna się od czegoś, czego nawet nie umiem nazwać; nie jest to standardowy inicjał; jest to abominacja - kolejne fragmenty przygody rozpoczynają się od kilku wyrazów (2-5) zapisanych fontem bezszeryfowym, dwa razy większym i w ogóle nie pasującym do głównego kroju; czasem zajmuje pół linii tekstu, czasem 5/6; oczy od tego krwawią.
W porównaniu do pierwszej książki zmieniło się niewiele. Zamiast 9 odcinków, jak w tomie pierwszym, w drugim tomie upchnięto ich 8. Reszta narzekania jest jak najbardziej aktualna.