Szymon Kowalski, wykładowca akademicki prowadzący zajęcia z etyki dla przyszłych lekarzy, na polecenie przełożonej przygotowuje fakultet poświęcony medycynie III Rzeszy. Z początkiem roku akademickiego przeprowadza się do rodzinnego miasta, Tarnowa, by zająć się ojcem chorującym na alzheimera. Henryk jeszcze żyje, ale już go nie ma, a w każdym razie jest go z dnia na dzień coraz mniej - blaknie niczym liczby z obrazów Romana Opałki. Pochwyceni przez Barbarę Woźniak w intertekstualną sieć, czytamy wraz z głównym bohaterem jej powieści Foucaulta i Sontag, Dagermana i Lavant, a jednocześnie towarzyszymy mu w nieoczywistej pracy żałoby, słuchając Cohena i Świetlickiego. Jakkolwiek byśmy się starali, pytań dręczących Szymona nie da się zlekceważyć: Co mają ze sobą wspólnego nowoczesna ideologia biopolityczna i pozycja pacjenta we współczesności? I czy wszyscy - mimowolnie, rządzeni przez dyskurs - jesteśmy Baumanowskimi ogrodnikami plewiącymi chwasty w trosce o zdrowie publiczne?
Bardzo subiektywnie 2,5 Główny bohater Szymon, wykładowca akademicki próbuje pogodzić opiekę nad chorym ojcem, pracę i relacje z córką i kobietami (średnio udane). Narracja powodowała, że czułam jakbym czytała każdą myśl jaka powstaje w głowie Szymona. Momentami było to fascynujące, szczere, pozwalało na zrozumienie bohatera. Niestety ta narracja to też moim zdaniem największa wada tej książki. Często myśli były zbyt rozwleczone, szczegółowie i dla mnie nudne :c
Bardzo doceniam za wątek opieki nad chorym ojcem, traktowania osób starszych przez pracowników ochrony zdrowia i perspektywę rozmów ze studentami w trakcie zajęć z etyki.
Gdybym była mądrzejsza i bardziej lubiła etykę i filozofię pewnie dałabym więcej.
Dzięki wiedzy i erudycji Barbarze Woźniak udało się w swoim prozatorskim debiucie ciekawie opowiedzieć o starzeniu, chorobie i etyce. To powieść jednak ciekawa wyłącznie ze względu na zawarte w niej informacje, a nie intymną historię i pełnokrwistych bohaterów, których autorce nie udało się wykreować.
Narracyjnie to bardzo prosta historia - Szymon, wykładowca etyki dla studentów medycyny wraca do rodzinnego Tarnowa, by opiekować się chorym na chorobę Alzheimera ojcem. Do tego dochodzi córka głównego bohatera i problemy komunikacyjne pomiędzy bohaterami oraz przeciętnie udane życie emocjonalne Szymona. Narracyjny szkielet tej książki nie jest przesadnie rozbudowany, a jednak autorka napisała powieść ponad czterystu stronicową. Czymś ją trzeba było wypełnić. I to “coś” bywa ciekawe i interesujące, ale też niestety męczące i nadmierne. A tym czymś jest esej o chorobie, starzeniu się, języku, etyce i filozofii.
Woźniak bardzo precyzyjnie przedstawia rozwój choroby, wyzwania jakie stoją przed opiekunami, trudności relacji z lekarzami, opresywne wobec starszych i chorych osób społeczeństwo. I choć robi wrażenie oczytanie i wiedza autorki, to jednak w całym tym obrazie brakuje skaz, odejścia od modelowego opisu sytuacji. Za dużo tu podręcznika (obficie też cytowanego), za mało fikcji. Jeśli autorka postanowiła, że jej bohater będzie - mimo zajmowania się ojcem - dalej wykładał studentom etykę, to przedstawia studentów w sposób stereotypowy i powierzchowny. I choć wydaje się to zrozumiałe, bo wykończony codziennością Szymon nie ma serca do wykładów i ma prawo tak widzieć grupę wgapionych w ekrany komputerów młodych ludzi, to jednak czyta się to z rosnącym znużeniem. Wszystkie postaci mają bardzo klarownie wymyślone charakterystyki, które przez to wydają się bardziej papierowe, niż byśmy chcieli. Co nie znaczy, że źle się to czyta - wciągnęły mnie poboczne refleksje autorki, bo dla kogoś kto na co dzień nie obcuje z podręcznikami filozofii, etyki czy podstawowymi problemami gerontologii są to tematy intrygujące.
Wydaje się, że Woźniak szczególnie zainspirowało “Znikanie” Izabeli Morskiej, książka w której autobiograficzna opowieść przemienia się w wielowątkowy esej o naszym społeczeństwie i sytuacji osób chorych. Autorka “Niejedno”próbuje podobnych zabiegów - przeczytacie tu zarówno o Wittgensteinie, jak i o języku, który staje się narzędziem przemocy wobec ludzi starszych i chorych. Tylko w przeciwieństwie do Morskiej, gdzie wszystkie te elementy płynnie łączyły się z doświadczeniami głównej bohaterki, tutaj czuć jakiś rodzaj sztuczności, sztukowania. Przykładowo wiele wątków eseistycznych pojawia się po prostu gdy Szymon je wykłada, to jednak pomysł banalny. Nie ma nic prostszego niż wziąć sobie jako bohatera wykładowcę akademickiego, kazać mu stanąć za pulpitem i prawić mądrości. Dużo trudniej wpleść takie refleksje w środek akcji, bez jej zatrzymywania.
Sporą wadą “Niejedno” też jest gubienie ciekawych wątków. Już na samym początku dowiadujemy się, że Szymon ma przygotować syllabus na fakultet poświęcony nazistowskiej biopolityce. I oczywiście to robi, ale opowieść o przemocowej stronie medycyny mogłaby tu pójść dalej, wątek biopolityki wydaje się niewykorzystany, a wielokrotne powoływanie się na “Higienistów” Macieja Zaremby nie wystarczy. Opowieść o pamięci i medycynie, czyli zagadnieniach niezwykle istotnych zarówno w refleksji nad Zagładą, ale też w historii osób cierpiących na choroby demencyjne ma niesamowity potencjał. Woźniak jest tego świadoma, ale nie potrafi wyjść poza akademicką skorupę, brakuje w tym wszystkim zwykłego, nie modelowego życia. Za dużo tu koturnowego patosu i wielkich słów, za mało emocji.
Niestety jeśli z “Niejednego” wyciąć by elementy eseistyczne, podręcznikowe i naukowe to niewiele tu zostanie. Mimo to warto zajrzeć, bo to na co porwała się Woźniak to jedna z najtrudniejszych form literackich i choć wiele się tu nie udało, to wciąż “Niejedno” może być lekturą ważną poznawczo.
"Niejedno" Barbary Woźniak to powieść, po której w ogóle nie czuć, że jest debiutem. Bardzo trudna tematyka opisana została z wyczuciem, ale i w sposób poruszający. Zmagania z postępującym zanikaniem bliskiej osoby przetkane są prowokacyjnymi zestawieniami oraz bogatym zbiorem nawiązań. A to i tak tylko część z możliwych odczytań. Druga książka wydawnictwa Drzazgi potwierdza świetne wyczucie prowadzącego duetu.
Cóż za nadspodziewanie dobra proza! Z miejsca, od pierwszej strony, poczułam się komfortowo w tym świecie, choć trudno nazwać komfortowymi okoliczności życiowe głównego bohatera. A jednak, ten nienachalny, oszczędny styl, powściągliwość, klarowność - takie pisanie lubię chyba najbardziej. Szymon Kowalski, filozof i wykładowca etyki, opiekuje się chorym na alzheimera ojcem. Jest to główny wątek tej książki, dominujący, przejmujący. Towarzyszenie ojcu w jego znikaniu nie jest w literaturze niczym wyjątkowym. Przyznam, że całkiem niedawno czytałam dość podobnie skonstruowaną powieść, "Der vergessliche Riese" Davida Wagnera. I tam główny bohater towarzyszył ojcu w jego mentalnej degradacji, jednak cała narracja miała w sobie coś tak patriarchalno-irytującego, że nie dałam rady tego skończyć. Tu jest inaczej, tu jest subtelna, kobieca miękkość, czułość wręcz - w znaczeniu tokaruczukowym, bez łzawości. Wspaniale ona to opowiada. Drugim wątkiem jest praca Szymona, jego zajęcia ze studentami, poruszane tematy, przygotowywany fakultet o medycynie III Rzeszy. Fascynująca tematyka, niełatwa, wymagająca od czytelnika pewnego oczytania i przygotowania filozoficznego. A i tak te wszystkie rzucane tu hasła, równoważniki zdań, sygnały pozostaną zapewne dla większości jedynie hasłami i sygnałami. Książka-konspekt dla własnych poszukiwań, zapraszająca do zgłębienia tematu. I w ogóle wiele tu cytatów, nawiązań, inspiracji, literackich tropów, objaśnionych przez autorkę w posłowiu. Odkrywanie tych śladów stanowi dodatkową, ukrytą radość.
Czytaliśmy wiele książek będących zapisem historii choroby, migotania, odchodzenia i związanych z nimi emocjami. "Znikanie" Morskiej, "Rzeczy..." Wichy, "Bezmatek" Marcinów, by wymienić te ostatnie i najgłośniejsze tytuły. Niby to wszystko znamy, a jednak Barbara Woźniak pokazuje zmilczane oblicze zmagania się ze starością i nieodległą stratą. Co cenniejsze, problem zarysowuje zarówno z indywidualnej, jak i szerszej, społecznej perspektywy. Warto ten debiut przeczytać chociażby z uwagi na autorski sposób podjęcia tematu.
NIEJEDNO jest powieścią poniekąd kampusową. Narrator, Szymon / Paweł, jak mówi do niego cierpiący na Alzheimera ojciec (zanim zapomni również to wymyślone imię syna), jest filozofem, zajmującym się etyką troski. Ciekawa to perspektywa, bo Szymon dysponuje aparatem pojęciowym do opowiedzenia sytuacji opieki nad ciężko chorym Henrykiem. Jego pozycja, zaplecze myślowe i finansowe pozwalają przypuszczać, że ludziom ich pozbawionych niewspółmiernie trudniej wspierać bliskich w znikaniu. A jednak wysiłku Szymona, trudu godzenia w jednym życiu tylu obowiązków, nie boję się nazwać nadludzkim. Myślę sobie, że czasem (samo)świadomość może być przekleństwem, że czasem łatwiej jest nie wiedzieć, nie rozumieć.
Jednym z wiodących tematów jest kwestia powinności, moralnego, ale i prawnego, obyczajowego obowiązku opieki nad bliskimi. Szymon nosi w sobie ideały: ma wyobrażenie idealnego wykładowcy przyszłych lekarzy, wyobrażenie idealnego syna. Wydają się one tym silniejsze, że jako rozwodnik na lata stracił kontakt z córką. Na zajęciach zajmuje się etosami lekarza i pacjenta, bierze pod lupę relację między nimi, zyskując szerszą grupę badawczą dzięki licznym wizytom u specjalistów. Woźniak konfrontuje wyidealizowane figury z rzeczywistością: studenci nie zamierzają tracić czasu na górnolotne wynurzenia, a zachowania chorego coraz trudniej odszyfrować. Studenci dzielą specjalizacje na lepsze I gorsze, czystsze i brudniejsze; nietrudno ustalić, w której znajduje się geriatria.
Innym bohaterem tej powieści jest język. Szymon kilkukrotnie przywołuje Wittgenstaina, zdaniem którego, o czym nie da się mówić, o tym trzeba milczeć. Ład i precyzja pojęciowa, z których tak nas na filozofii trenowali, na nic Szymonowi się zdają. Słowa posypały się Henrykowi: zapomina, przeinacza, tworzy niezrozumiałe ciągi, które syn stara się objąć umysłem. Wraz z postępem choroby, ich komunikacja staje się coraz bardziej niewerbalna. Jakby w obawie o własną pamięć, Szymon wciąż coś w myślach wylicza, sporządza kolejne listy, wydobywa z pamięci. To jedna walka. Drugą wykładowca toczy ze studentami, którzy nic sobie nie robią z uprzedmiatawiania osób starszych. Wszystko jest w języku, także stygmatyzacja i ageizm.
Wreszcie gry słowne podejmowane przez autorkę. Lektura NIEJEDNEGO jest jak wspólne przemierzanie labiryntu. Znajdujemy się w ogromnej bibliotece, z regałami wypchanymi filozofią, w tym etyką, literaturą najnowszą, nie tylko tą o śmierci. Jest dział poświęcony eugenice i Trzeciej Rzeszy. Woźniak cytuje i parafrazuje Świetlickiego i Cohena, w zdaniach zaszywa tytuły, które stworzyły jej bohaterów. Szymon cały zrobiony jest z książek, literatura jest tym, co zakotwicza go w świecie i uspokaja. Jeśli po NIEJEDNYM będziemy chcieli podrążyć niektóre wątki, autorka skrupulatnie linkuje nam lektury.
Barbara Woźniak napisała siedzącą w głowie powieść o tym, że ktoś jest, ale go nie ma. O starości, o relacjach, o powinnościach. O języku, który kształtuje rzeczywistość i o tym, co rozgrywa się poza nim.
czytałam, że to dobry debiut, ale zostawia wiele zastrzeżeń. mnie to nie interesuje w tym wypadku, bo zanurzyłam się z łatwością po uszy. jakoś czułam że nie ma tam autorki, a wszystko spisane mówi samo za siebie i to znikanie nieustanne. dużo mi rzeczy znika teraz, może dlatego tak się wkręciłam. poznaje siebie w lustrze i poznałam dużo znajomych twarzy tutaj. nie wszystkich lubiłam, nie wszystkie rozwiązania mi się podobały, ale to podnosiło wiarygodność i takie na wyciągnięcie ręki było. dotykałam, obracałam w palcach i zgniatałam jak kulkę papieru wystrzeliwaną w mały kosmos. głodna jestem po skończeniu, bo nie ma odpowiedzi, ale to chyba nic nowego pcha się czas na przód a on dalej stoi w miejscu.
Bezczelnie wkleiłam to, co wyskrobałam na ig, ale tutaj na bieżąco komentowałam i chyba wiadomo, że mocne tak.
jak pani profesor powiedziała o „najadzie”, że ma wszystkie zalety i wady debiutu, to „niejedno” woźniak ma, moim zdaniem, dosyć sporo takich debiutanckich wad właśnie.
bohater nudny. jak ten z „hańby”, na którego się często powołuje i z którym się utożsamia jakoś tam. nudny w taki nieinteresujący i frustrujący sposób; taki, że mi się nawet nie chciało wkurzać na niego, walczyć z, godzić czy kłócić. w ogóle zero reakcji.
rozmach rozmachem, horyzonty filozoficzne doceniam, choć moim zdaniem niektóre rozwleczone i poszatkowane za bardzo. nie wiem, może to wynika z toku myśli bohatera, z toku w jakim myśli – takim nijakim w zupełnie nieoddziałujący sposób
Barbara Woźniak obsadziła w roli głównego bohatera Szymona, profesora filozofii wykładającego etykę medyczną. Razem ze studentami medycyny poznajemy zagadnienia z tego zakresu – od eutanazji po dystrybucję usług zdrowotnych. Razem próbujemy rozwiązać dylematy moralne i szukamy argumentów za i przeciw. Jak to na studiach - mamy listę lektur do przeczytania i prace domowe.
Jednocześnie bohater opiekuje się ojcem chorym na Alzheimera. Widzimy znikanie ojca, jak choroba po trochu wymazuje jego tożsamość.
To wszystko przeplata się z dobrą muzyką i literaturą i z czułością wobec ludzi.
Powieść o nietuzinkowym pomyśle: zmaganiu się z alzheimerem w pierwszej warstwie, etyka języka wobec osób chorych.
Konstrukcja czasami nieco nieuporządkowana, trochę za dużo przeskoków, nie wszystko się łączy (to moja osobista preferencja, żeby się łączyło), ale niewątpliwie pozycja ważna i gdzieś na końcu to wszystko działa, robiąc wrażenie i skłaniać do przemyśleń.
mogłaby być trochę krótsza, bo w pewnym momencie seria filozoficznych rozważań na temat etyki lekarskiej robiła się nie do zniesienia, ale ogólnie to książka bogata w tematy społeczne. komentuje wiele spraw niechętnie poruszanych, rzuca wyzwania i nie ocenia przy tym własnych bohaterów.
jest to ciekawe, bo głównym bohaterem jest nieobecny, trochę toksyczny ojciec, który wciąż próbuje po latach utrzymywać kontakty z córką, więc dosyć nietypowa perspektywa nie do końca wiarygodnego narratora.
Doceniam rozmach powieści, ale mnie zmęczyła. Miałam nadzieję, że na końcu coś zaiskrzy, jakoś te wątki wejdą ze sobą w interakcje, a nie będą tylko obok siebie. Opisy zajęć ze studentami, takie, że chciałam omijać, ale z obowiązki czytelniczego brnęłam.
Rzadko sięgam po debiuty. Tu mi się po prostu ręka omsknęła przy zamawianiu Manguela ("Pożegnanie z biblioteką") ze strony wydawcy. Co mogę powiedzieć... Jakoś tak czuję podskórnie sympatię do autorki, ale książka po prostu poprawna. Czekam na drugą, chętnie zajrzę.
Nie dałem rady. Z dwóch powodów: 1. Za dużo w tym roku książek o chorobie i śmierci najbliższych i rozliczaniu się z nimi zarazem. 2. Głównybohater jest nieinteresującym niedojdą i nie byłem w stanie wykrzesać sobie krztyny zainteresowania jego osobą.
Zaczęło się naprawdę dobrze, natomiast im dalej tym wątek akademicki stawał się z jednej strony szerszy niż wątek opieki nad ojcem, a z drugiej strony bardziej nużący. Mimo wszystko warto.
Dobra ksiazka. Autorka podjęła bardzo ważne kwestie dotyczące choroby Alzheimera. Za co zasługuje na wielkie brawa! Napewno sięgnę po kolejne jej książki. Wystrzałowy debiut.