Po pierwsze to jest książka o niczym. Ani nie śmieszna, a nie nie nawet obyczajowa, bo tu nie ma żadnej historii. Trzy nudne bohaterki, a to kupują pangę, a to obierają ziemniaki, a to nudzą się w pracy, której nie lubią. Autorka, która jest aktualnie 28 letnią dziewczyną, pisze o 40 letnich jak o stetryczałych idiotkach, które nie ogarniają rzeczywistości. On są szare, mdłe i nieporadne życiowo-wszystkie. Inne kobiety w powieści są jeszcze głupsze albo wredne. A dialogi między nimi są tak drewniane, że ja nie wiem jak autorka definiuje przyjaźń. Do tego cały koncept tej historii jest taki, że na szkołę, w której pracują bohaterki, ktoś składa donos. I Autorka nie zdecydowała się na rozwiązanie tej sprawy w finale, ani też nie zamknęła żadnego z rozpoczętych wątków. Napisane to jest prostym, potocznym językiem, wielką czcionką, żeby książka miała jakąś objętość. Jej przeczytanie nie wymaga uruchomienia choćby jednej szarej komórki.