Po książkę Marty Justyny Nowickiej Słowacki. Wychodzenie z szafy sięgnęłam głównie z ciekawości, choć przyznaję, zrobiłam to z pewnym dystansem. Od wykładowczyni na UMK, specjalizującej się w romantyzmie, usłyszałam opinię, że Nowicka „pisze pod tezę”. To oczywiście zawsze budzi czujność, w końcu nie chodzi o to, by przy pomocy literaturoznawczych narzędzi potwierdzać to, co się założyło, lecz zadawać nowe pytania, rzucać je w eter dyskusji.
Okładka książki może sugerować coś w rodzaju queerowej sensacji, marketingu zaplanowanego na queerbaiting. Widzimy dużo fioletów, różowości, rozchełstaną (kocham to słowo) koszulę Juliusza, bardzo krzykliwy tytuł. Skojarzenie z coming outem nasuwa się samo: „wychodzenie z szafy” to przecież pojęcie powiązane z informowaniem o tożsamości płciowej czy orientacji psychoseksualnej. A jednak, i tu pojawia się moja główna niezgoda z zarzutem o „pisanie pod tezę”, Nowicka nie stawia prostych diagnoz. Nie oświadcza, że Słowacki był gejem, osobą niebinarną, aseksualną czy „queerową” w dzisiejszym sensie. Wręcz przeciwnie: podkreśla niejednoznaczność, ambiwalencję i nieprzejrzystość jego biografii, listów oraz tekstów.
To książka, która nie mówi ani o Słowackim-wieszczu wyniesionym na pomniki, ani o Słowackim-ukrytym-geju, który przez lata tuszował prawdę o sobie przed światem, zakładając różne maski. To raczej próba pokazania człowieka, który nie wpisywał się w sztywne ramy swojej epoki, być może nie umiał, a być może po prostu nie chciał. Jego inność, uznawana za odmienność wśród odmieńców, bo przecież mówimy o towarzystwie ekstrawaganckich romantyków, była i jest dostrzegana przez badaczy, zarówno mu współczesnych, jak i tych późniejszych. Z pewnością nie sposób jej przemilczeć, jednak równie trudno wskazać jej przyczynę czy nadać jedną, zamykającą definicję.
To, co uważam za zaletę książki Nowickiej, to odwaga stawiania pytań bez potrzeby ich ostatecznego rozstrzygania. Nie znajdziemy tu jednoznacznych etykiet, a i sama struktura książki miejscami wydaje się chaotyczna, ale moim zdaniem to efekt uboczny pisania o człowieku, który sam był nieprzewidywalny, pełen sprzeczności, wewnętrznie niespójny. To zresztą sprawiało, że do dziś tak fascynuje. Chaos prowadzonej narracji można uznać za formę wierności podjętemu tematowi.
Kolejną wartością tej publikacji jest jej bogaty aparat naukowy: przypisy, odwołania do tekstów i korespondencji Słowackiego, a także interpretacji i analiz różnorodnych badaczy. Ale książka nie jest hermetyczna, wręcz przeciwnie, potrafi być czuła i wzruszająca. Niektóre fragmenty zostają w pamięci na długo jak, chociażby Słowacki podpisujący listy jako „Zofia”, przebierający się za kobietę czy piszący płomienne listy do Zygmunta Krasińskiego. Te obrazy nie są omawiane po to, by szokować, one budują nowy, przejmująco ludzki portret poety. Umożliwiają dostrzeżenie w nim nie tylko twórcy, ale przede wszystkim człowieka ze swoimi lękami, potrzebą bliskości, kreacjami i próbami odnalezienia siebie.
Nie wiem, kim naprawdę był Juliusz Słowacki. I może on sam również tego nie wiedział, a przynajmniej nie w sposób, jaki dziś uznajemy za „tożsamościowy”. Wiem za to, że dzięki tej książce zobaczyłam nie Juliusza Słowackiego, a Julka i poczułam do niego całe morze sympatii.