Skrzypiące pod nogami deski. Wiatr wyjący na zewnątrz. Gałęzie poruszające się za oknami. Nieprzenikniony mrok, w którym coś się czai...
Zuza nigdy nie miała zbyt wielkiego szczęścia, ale zawsze jakoś dawała sobie radę. Gdy zostaje oszukana przez byłego partnera, musi spojrzeć prawdzie w oczy. Ma trzydzieści cztery lata i dwumilionowy dług, a za niecałe pół roku urodzi bliźniaczki.
I wtedy w jej życiu pojawia się Marek, mężczyzna idealny: przystojny, troskliwy i dojrzały. Po kilku miesiącach związku proponuje dziewczynie przeprowadzkę do rodzinnych Toporzyc. Wątpliwości Zuzy związane z wyjazdem rozwiewają dopiero podejrzani ludzie, którzy pojawiają się pod jej oknami.
Już na wsi Marek dowiaduje się, że musi jechać do Niemiec z powodu pilnego zlecenia. Gdy zaczyna się jesień, a noce robią się coraz dłuższe, Zuza zostaje sama w starym domu w środku lasu. Wiejska sielanka z każdym dniem coraz bardziej przypomina koszmarny sen...
Były dziennikarz sportowy, a potem śledczy w „Gazecie Lubuskiej”. Absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego, studiujący również w Hiszpanii i USA. Kocha podróże i nowe wyzwania. Pasjonat sportu, podróży, geografii i historii. Wychowany na Stephenie Kingu, Grahamie Mastertonie, Connie Igguldenie i Bernardzie Cornwellu. Zadebiutował entuzjastycznie przyjętym thrillerem Kod Himmlera, następnie wykreował mroczny świat w ciężkiej gatunkowo Drodze do piekła. Najnowsza powieść – Radykalni. Terror, pierwsza część cyklu Radykalni – to thriller political fiction, podejmujący niezwykle trudny i kontrowersyjny temat radykalnego islamu. To książka o miłości, stracie, bólu i cierpieniu. I nienawiści, która często kwitnie powoli i niepostrzeżenie, ale zawsze prowadzi nas w otchłań zła.
Thriller psychologiczno-obyczajowy z przerażającym twistem od autora trylogii z Igorem Brudnym i „Krew z krwi”.
Przemysław Piotrowski od pierwszych chwil buduje poczucie osaczenia, zagrożenia, ale przede wszystkim – obcości. To uczucie naznacza także samego czytelnika i pogłębia się, im dalej brniemy w intrygę, odkrywając kolejne warstwy, spoglądając pod powierzchnię. A pod powierzchnią to, co najbardziej w „Matni” szokuje, co wywołuje niedowierzanie, a co nie jest niestety tylko wymysłem wyobraźni Przemysława Piotrowskiego.
W „Matni” można przepaść na kilka mrożących krew w żyłach wieczorów. Od „Matni” można również rozpocząć przygodę z twórczością Przemka Piotrowskiego. To nieco odmienne oblicze autora od tego, do którego zdążył nas przyzwyczaić – łagodniejsze, delikatniejsze, wrażliwsze – ale to wciąż ten sam Piotrowski, którego pióra nic nie powstrzyma.
Przemysław Piotrowski zdobył moje czytelnicze serce trylogią z komisarzem Igorem Brudnym, którą uwielbiam i polecam ją każdemu, kto ma ochotę na rasowy, znakomity kryminał. Kiedy dowiedziałem się o możliwości zrecenzowania nowej pozycji tego autora, nie wahałem się zbyt długo, gdyż uznałem, że z wielką chęcią przekonam się, jak Piotrowski poradził sobie z thrillerem z gatunku „domestic noir”.
Nie jest tajemnicą, że uwielbiam osadzenie fabuły w małym miasteczku, pośród lokalnej, zamkniętej społeczności, gdzie z biegiem wydarzeniem na światło dzienne wychodzą mroczne i nieoczywiste z pozoru sekrety większości mieszkańców. „W Matni” mamy fikcyjną wieś Toporzyce i bohaterów, których scala wspólna ziemia, wspólna historia oraz wspólne tajemnice... Umiejscowienie akcji w takim właśnie miejscu, a także nakreślenie i ukazanie tamtejszej społeczności to moim zdaniem najsilniejsze walory tego utworu. Bardzo podobały mi się również dość barwne i szczegółowe opisy natury, poprzez które (mimo iż za oknem nadal mamy lato) odczułem atmosferę późnej jesieni oraz mroźnej zimy.
Co zatem zawiodło? Przede wszystkim zabrakło mi typowego dla tego gatunku dreszczyku emocji podczas lektury. Dość powiedzieć, że przez większą jej część losy bohaterów były mi praktycznie obojętne, jedynie w końcowej części poczułem jakąkolwiek więź z wykreowanymi przez autora postaciami. Sama tajemnica lokalnej społeczności została przeze mnie odkryta już w pierwszej połowie książki, stąd też zakończenie historii nie wywarło na mnie większego wrażenia. Nie darzyłem sympatią również Zuzy – głównej postaci „Matni”. Irytowała mnie jej nieporadność, niezdecydowanie oraz zbytnia ufność i wiara w drugiego człowieka. Tym niemniej wielkie brawa dla autora, za podjęcie wyzwania i przedstawienie całej fabuły oczami kobiety, co jak wiadomo, do najłatwiejszych rzeczy w pisarskim rzemiośle nie należy.
Reasumując, „Matnia” to moim zdaniem dobra, sprawnie napisana powieść obyczajowa z elementami thrillera. Jestem przekonany, że znajdzie ona wielbicieli i uznanie u osób, które z reguły sięgają po inne gatunki literackie. Natomiast osobiście odczuwam lekki zawód i mam nadzieję (a są ku temu powody przede wszystkim w posłowiu), że autor niedługo powróci do korzeni i sprawi wielbicielom Igora Brudnego wielką niespodziankę!
Zabrakło emocji, zabrakło thrillera. Schematyczna fabuła. Bohaterki się nie czepiam, bo to autora wymysł, ale wg mnie zabrakło tego, co powinien mieć thriller, a za dużo było obyczajowego romansu.
Moi mili nie jest tajemnicą, że twórczość autora bardzo cenię, tym ciężej piszę mi się tę recenzję, ale na tym profilu jest szczerze, a nie miło. Miły to jestem tylko ja, jak mi się chcę.
Mówiąc wprost „Matnia” mnie nie urzekła. Doceniam fakt, że autor nie boi się eksperymentować i dba o to żeby nie zostać zaszufladkowanym, ale najnowsza powieść to w moich oczach eksperyment średni.
Pierwsze kilkadziesiąt stron to wręcz sielankowa obyczajówka, jednak da się wyczuć, że „coś” wisi w powietrzu. To napięcie jest budowane bardzo staranie i dość miarowo, mimo wszystko jednak zbyt delikatnie, zwyczajnie liczyłem na większe emocje. Piotrowskiemu nie można jednak odmówić tego, że zbudował naprawdę bardzo dobry klimat, w tej powieści namacalne jest jakieś zło.
Sama fabuła okazała się niestety przewidywalna i od około 160 strony już wiedziałem co się święci. Dla mnie ta historia jest nieco zbyt zachowawcza, domyślam się, że tutaj chodziło autorowi o emocje typy niepokój czy niepewność jednak ja tego nie doświadczyłem, u mnie zagościła jedynie ciekawość.
I teraz dla mnie postać kluczowa - Zuza już na wstępie mogę powiedzieć, że nie polubiłem tej kreacji. Oficjalnie gdybym miał, taką żonę czy partnerkę to gwarantuje, że byłaby trzymana w karcerze na karnym jeżyku co wieczór i jako karę musiałaby trzeć chrzan. Dla mnie jej zachowanie jest irracjonalne i niezrozumiałe (dobra to klasyczna babska ciekawość, ale i tak nie rozumiem) zwłaszcza, że ona jest w ciąży. Ja do teraz nie wiem co ona chciała osiągnąć? To trochę jak pies, który goni samochód… nawet jak już go dogoni to i tak nie pojeździ.
Sam finał książki mimo, że przewidywalny to dość satysfakcjonujący i określiłbym go jako „filmowy”.
Ta powieść jest dobrze napisana i w tej materii nie mogę jej nic zarzucić, ona dla mnie jest po prostu zwyczajnie za lekka i nieco zbyt przewidywalna, a ja oczekuje nieco mocniejszych wrażeń, jednak za eksperymenty autora szacuneczek.
Thriller w wersji soft. Jeśli lubicie takie, które mają bardzo rozbudowaną stronę obyczajową, napięcie budowane jest bardzo długo - to jest coś dla Was. Niestety, fabuła jak dla mnie rozkręcała się bardzo długo, a główna bohaterka, nieporadna i naiwna trochę irytowała. Nie czułam tego dreszczyku niepokoju praktycznie przez 3/4 książki. Za to zakończenie było zdecydowanie w stylu autora - brawurowe, mocne i ciekawe. Cała fabuła miała też ogromny potencjał, ponieważ temat był ciekawy i chciałam wiedzieć jak to wszystko się skończy. Nie jest to jednak nic, co potrząsnęłoby mną i sprawiło, że nie mogłabym od książki się oderwać. Drobne nieścisłości, które pewnie pominęłabym, gdyby książka mnie urzekła - tym razem zostały dostrzeżone i trochę wkurzały.
2,5* "Skrzypiące pod nogami deski. Wiatr wyjący na zewnątrz. Gałęzie poruszające się za oknami. Nieprzenikniony mrok, w którym coś się czai..."
Na wstępie zaznaczę, iż nie planowałam czytać tej książki, jednak nie mogłam przejść obojętnie obok wszechobecnych zachwytów. Skusił mnie mrok, obiecany powiew grozy, dreszczyku, ta osamotniona kobieta w domku na odludziu, jej koszmary, złowieszcze postaci, samotne nocne cmentarne eskapady.
Zuza, niesamowicie denerwująca trzydziestoparolatka, już od pierwszych stron zaskarbiła sobie moją nieprzychylność. Kobieta w poszukiwaniu miłości, której nie było jej dane doświadczyć w dzieciństwie, stawia wszystko na jedną kartę. Jest nieziemsko naiwna, każdy mężczyzna okazujący jej odrobinę zainteresowania zdaje się być jej wybawicielem. Oddaje się im całkowicie, w następstwie czego skończyła jako ciężarna i samotna bankrutka. "Na szczęście" w parku poznaje kolejnego dobrego Samarytanina, nie zważającego na jej "niewielkie mankamenty". Nie interesuje go jej przeszłość, nie pyta kto jest ojcem bliźniaków, które mają się niebawem urodzić, zaprasza ją do swojego rodzinnego zakątka - tajemniczych Toporzyc nad jeziorem Wiedźmie. Sielsko i anielsko.
Może powiecie, że się czepiam i nic mi się nie podoba, ale... Ta historia już od pierwszych stron przywodzi na myśl pewne domysły. Nie zawarłam tutaj żadnych spoilerów, streściłam poniekąd to co jest w blurbie na okładce. Około setnej strony wpadłam na zakończenie i w ekspresowym tempie dobrnęłam do ostatniej strony z nadzieją, że "nie, to nie może być tak, to by było za proste". Trzysta stron nadziei, że będzie inaczej... że autor wyskoczy z jakimś niesamowitym plot twistem. Fiasko.
Na pochwałę zasługuje przecudowny opis zaściankowej, wiejskiej społeczności, klimatyczne opisy głuszy, lasów, przedstawienie intrygującej postaci niepełnosprawnego Janka. Zamysł i tematyka innowacyjna, gdyby tylko autor nie wyłożył na tacy zbyt wielu wskazówek, zaskoczył suspensem. A tu niestety suspensu niet.
TUTAJ UWAGA MEGA SPOILERY: - kobieta przeczuwa, że coś "śmierdzi", ale powtarzam - w zaawansowanej bliźniaczej ciąży rozkopuje z kumpelą groby, łazi po lasach i nie unika stresujących sytuacji? - świeżutko po porodzie siłami natury, powtarzam - bliźniaków, odstawia akcje w stylu terminatora i udaje jej się uciec szajce po zmrożonym jeziorze? No mało to wiarygodne.
This entire review has been hidden because of spoilers.
"Przeszłość zostawiam za sobą, od teraz liczy się tylko teraźniejszość i przyszłość."
Łatwo powiedzieć, jednak gdy życie daje nam solidnego kopa stajemy się ostrożniejsi, bardziej sceptyczni. Szczególnie, gdy dla odmiany przydarza nam się coś tak wspaniałego, że wydaje się wręcz niewiarygodne. To naturalne.
Nie ma się co dziwić, że Zuza, która po związku z oszustem zostaje z gigantycznym długiem i ciążą bliźniaczą nie dowierza, gdy na jej drodze staje mężczyzna idealny. Szaleńczo w niej zakochany, wyczekujący jej córek, jak własnych, odpowiedzialny, zaradny, a do tego z pięknym domem na brzegu jeziora. Czy to możliwe, że pierwszy raz w życiu los się do niej uśmiechnął? A może jeśli coś jest zbyt piękne, by było prawdziwe, to takie nie jest?
Autor od początku buduje atmosferę podszytą niepokojem i budzącą podejrzliwość, choć w pewnym momencie próbuje uśpić naszą czujność miłosną sielanką. Podobnie jak bohaterka mamy wątpliwości, ale i nadzieję. Mimo obaw przenosimy się jednak do domu nad jeziorem, w którym groza narasta od chwili, gdy Zuza zostaje w nim praktycznie sama. Czy to przewrażliwienie miejskiej damy, burza hormonów, czy może rzeczywiście kobieta ma podstawy do niepokoju? W każdym razie każde kolejne nieprzyjemne zdarzenie rodzi w niej paniczny strach. Jej sielankowa przyszłość przeradza się w koszmar. Z pewnością nie pomaga też dziwne i nieprzyjazne zachowanie sąsiadów.
Klimat głębokiej wsi, niewolnej od patologii, ale i piękna natury, zgrzyty w relacjach damsko-męskich, niewyjaśnione sprawy zaginięć, stanowią tło dla przemyśleń bohaterki i jej często dość nieracjonalnych zachowań. Czy można je zrzucić na karb burzy hormonów, a może na silną potrzebę bycia kochaną, stworzenia rodziny? Bez względu na przyczynę, bohaterka momentami irytuje, czasem wręcz przeraża swoją bezmyślnością, ale i budzi współczucie i podziw.
To jedna z tych powieści, w których od początku coś wisi w powietrzu, odczuwamy dyskomfort i niepokój oczekując wyjaśnienia nawarstwiających się tajemnic. I mimo, że możemy się domyślić, w jakim kierunku potoczy się akcja, to napięcie nie pozwala na odłożenie książki aż do szokującego końca.
To moje pierwsze spotkanie z autorem, ale po tak świetnie rozpoczętej znajomości, na półce już czekają kolejne tytuły jego autorstwa.
"Matnia" była moim pierwszym spotkaniem z Przemysławem Piotrowskim i przykro mi to mówić, ale już od początku nie zaiskrzyło. Trzymam się zasady, że nie porzucam rozpoczętych książek, więc nie porzuciłam "Matni". Dobrze, że tak nie zrobiłam, bo nie dowiedziałabym się, jak cała historia Zuzy się zakończyła. Przyznam szczerze, że totalnie czegoś takiego się nie spodziewałam, ale mam wrażenie, jakby ostatnie 50 stron było oderwane od reszty książki. Przy końcu wszystko działo się szybko, była dynamika, napięcie (którego przez większość lektury mi brakowało), mroczniejszy, zagadkowy wręcz, klimat. Gdyby cała książka była taka, jak zakończenie - byłby to naprawdę dobry thriller.
Nie nazwałabym "Matni" thrillerem - bardziej obyczajówką z zaskakującym zakończeniem. Nastawiłam się na dreszczowiec, piękna okładka też zwiastowała chłodną lekturę, od której dostanę ciarek. Niestety. Zamiast tego otrzymałam masę opisów, które nie wnosiły zbyt wiele do fabuły. Owszem, pojawiły się opisy emocji, odczuć bohaterów, ale było ich o wiele mniej, niż opisów otoczenia. Tego, co za oknem. Tego, co w domu. Tego, co w pokoju. Dziennej rutyny. Wystarczy mi, że raz przeczytam o czyimś poranku, a nie że w którymś już rozdziale czytam o herbacie. Znużyły mnie te opisy i głównie dzięki nim popadłam w zastój czytelniczy.
Momentami było nawet tak, że 'skakałam' po początkach akapitów i muszę Wam powiedzieć, że zbyt wiele z fabuły nie traciłam. Szkoda. Ale pomimo słabej "Matni", i tak sięgnę po serię z Brudnym ;) Uznaję to jako wypadek przy pracy.
Przemysława Piotrowskiego myślę, że nie trzeba nikomu przedstawiać. To były dziennikarz sportowy, a potem śledczy w „Gazecie Lubuskiej”, autor wielu bestsellerowych thrillerów. Debiutował w 2015 roku thrillerem historycznym „Kod Himmlera”. „Matnia” to jego najnowsza powieść.
Zuzanna nigdy nie miała w życiu lekko. Jest wychowanką domu dziecka, bez rodziny, bez perspektyw na dalsze życie. Jej jedyną przyjaciółką jest Agata, z którą poznały się w bidulu i od tego czasu są nierozłączne. Zuza jest zbyt ufna, dlatego pewnego dnia, po ostatnim związku z mężczyzną zostaje sama, z ogromnym długiem i w bliźniaczej ciąży. Los jej jednak sprzyja, bo niebawem poznaje uroczego, opiekuńczego i przede wszystkim odpowiedzialnego mężczyznę. Po kilku miesiącach związku Marek proponuje kobiecie przeprowadzkę do rodzinnych Toporzyc. Zuza zgadza się, uznając, że to spokojne miejsce nad jeziorem będzie idealne do wychowywania dzieci ze względu na ciszę, spokój i świeże powietrze. To sielankowe miejsce dość szybko okazuje się być czymś innym niż Zuzanna sobie wymarzyła. Nie dość, że lokalna społeczność nie przyjmuje jej najlepiej, to kobieta często zostaje w domu sama, ponieważ Marek ma służbowe wyjazdy. Samotny pobyt w tym miejscu nie działa na Zuzannę dobrze i zaczyna dość szybko przypominać koszmarny sen. Jaki sekret skrywa to miejsce? Czy to tylko wyobraźnia Zuzy, czy w tej wsi dzieje się coś złego?
Ta książka jest inna od poprzednich thrillerów autora. Jest spokojna, nieco melancholijna. Akcja rozwija się powoli, nabiera tempa dopiero pod sam koniec. Mimo to od początku panuje w powieści gęsta, niepokojąca atmosfera i ten niepokój udziela się czytelnikowi. Ta niespieszna akcja dobrze koresponduje z klimatem powieści. Mrocznym, klaustrofobicznym, tajemniczym. Jest jesień, noce stają się coraz dłuższe, kobieta jest w domu sama, sąsiedzi zamknięci w swoim kręgu, niedostępni, deski pod nogami skrzypią, na zewnątrz wyje wiatr. Wyobraźnia bohaterki zaczyna działać na pełnych obrotach. Atmosfera gęstnieje ze strony na stronę coraz bardziej, napięcie rośnie.
Trzeba jednak przyznać, że nie jest to to, do czego autor zdążył nas już przyzwyczaić. Napięcie rośnie, owszem, ale nie w takim tempie, jakie znamy. Fabuła rozkręca się dość powoli, by w kulminacyjnym momencie zdecydowanie przyspieszyć. Finał za to jest dokładnie w stylu autora. Mocny, niespodziewany i szokujący. I chociaż ten thriller jest inny, spokojniejszy, z rozbudowaną warstwą obyczajową i nieco bardziej przewidywalną intrygą niż zazwyczaj, nadal jest interesujący. Książka ma to coś, co trzyma przy niej czytelnika, co sprawia, że chcemy dowiedzieć się, jak to się wszystko skończy. I nawet jeśli gdzieś po drodze główna bohaterka nas irytuje, a niektóre wątki powodują wywracanie oczami, czytamy dalej, bo coś nie pozwala nam książki odłożyć. Nie potrafię powiedzieć, czym jest to coś, natomiast muszę oddać autorowi, że z całą pewnością potrafi pisać tak, aby zaintrygować czytelnika. Tematycznie książka jest naprawdę ciekawa, pomysł na historię świetny. Na grozę wypływającą prawie z każdej strony też nie mogę narzekać. Jedynie Zuzanna nie za bardzo przypadła mi do gustu. Autor świetnie oddał kłębiące się w niej emocje, jej przerażenie, niepewność, a w końcu bezsilność. Z jednej strony działały na nią jej własne lęki, z drugiej groza i sekrety miejsca, w którym się znalazła. Kiedy moja wyobraźnia zaczęła działać, doskonale potrafiłam się odnaleźć w jej położeniu. Jednak Zuza, chociaż dojrzała, zachowywała się często nieadekwatnie do swojego wieku i zaistniałej sytuacji. Była naiwna i czasem kompletnie bezmyślna. Sama nie wiem, co o niej myśleć. Tym bardziej, jeśli wiem, że jej dzieciństwo nie było łatwe, a później również nie miała lekko. Wydaje mi się, że takie przeżycia czegoś powinny ją nauczyć, a Zuza zachowywała się tak, jakby nie dostała od życia żadnej lekcji.
„Matnia” to bardzo dobrze opowiedziana, mroczna, tajemnicza i wciągająca historia ze spektakularnym zakończeniem. Jeśli lubicie niejasne, pełne tajemnic, budzące grozę thrillery, ta książka na pewno Wam się spodoba. Ja spędziłam z nią rewelacyjnie czas i zdecydowanie mogę Wam ten tytuł polecić.
Mała wioska Toporzyce, niewielki domek pośrodku lasu, nad brzegiem jeziora. Jednym słowem sielski klimat, idealny na odpoczynek, kontemplację z przyrodą, odkrywanie siebie i iście spokojne egzystencję. Tam też przeprowadza się Zuza, nasza główna bohaterka, która po traumatycznych przeżyciach zaczyna nowy etap w życiu. Sama do końca nie może uwierzyć, że los się do niej uśmiechnął i dał jej drugą szansę. Na jej drodze staje szarmancki mężczyzna, miły, troskliwy, który akceptuje sytuację w jakiej znalazła się Zuza. Co więcej podejmuje się wyzwania, deklarując pomoc i wsparcie. Najważniejsze jednak dla Zuzy jest to, by bliźniaki których oczekuje, miały taką matkę i taki dom, o jakim ona mogła tylko pomarzyć. Dom pełen ciepła, miłości i bezpieczeństwa. Jednak sielanka nie trwa długo, partner Zuzy musi opuścić kobietę na kilka tygodni, pozostawiając ją samą, bezbronną, zdana tylko na siebie. Wówczas dochodzi do niekojacych zdarzeń, a nowi sąsiedzi tylko potęgują strach i niepewność u kobiety. Czy chata w Toporzycach to rzeczywiście Czy Zuzię i jej nienarodzonym dzieciom, może grozić jakieś niebezpieczeństwo?
Przemysław Piotrowski to jeden z autorów, którzy nie boją się literackich eksperymentów. W"Matni" poznamy nieco odmienne oblicze autora od tego, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Delikatniejsze, łagodniejsze, wrażliwsze. Do jakiego gatunku należy więc "Matnia" ? O tym za chwilę. Książka mimo dominującego tła obyczajowego i znikomej dawki grozy, jest bardzo ciekawa, momentami przytlaczajaca, serwująca czytelnikowi chwilę grozy , niepewności, to powieśc z mocnym i przejmującym przesłaniem i takie książki lubię najbardziej. To nie jest ani thiller, ani kryminał. To coś pomiędzy tymi gatunkami. *** Narracja powieści prowadzona jest przez Zuzę w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, przez co wydarzenia poznajemy tylko i wyłącznie z jej punktu widzenia. Będziemy świadkami jej przemyśleń, odczuć, emocji. Co według mnie jest na duży plus. Zuzanna Krupa nie należy do tych postaci, z którą będą się identyfikować czytelniczki. Co więcej, podejrzewam, że znajdą się i takie osoby, które nie obdarzą jej ani zaufaniem ani sympatią. Naiwna, infantylna kobieta, która nie wyciąga wniosków z popełnonych błędów.
Klimat powieści momentami gęsty, enigmatyczny, przytłaczający. Akcja toczy się niespiesznie, mimo braku spektakularnych zwrotów, możemy liczyć na momenty niepokoju i towarzyszące napięcie podczas lektury, od której de facto ciężko się oderwać. A to za sprawą niepowtarzalnego stylu autora, który w każdej kolejnej książce pokazuje swój potencjał i możliwości swojego warsztatu literackiego. Ogólnie to była dobra, klimatyczna lektura, a zakończenie jest najmocniejszym akcentem powieści. Mimo, że przewidywalne to jednak dobrze poprowadzone, zakończone osobistym epilogiem autora. Matnia to idealna książka na te coraz chłodniejsze i dłuższe wieczory. Jestem przekonana, że dzięki temu poczujecie dogłębniej jej klimat.
Zachęcona wieloma dobrymi opiniami, wręcz napaliłam się na „Matnię” Przemysława Piotrowskiego. Czy byłam równie usatysfakcjonowana jak inni? No nie do końca. Mam mieszane uczucia co do tej pozycji. I choć wiedziałam, że nie ma tu krwi, morderstw i innych mrożących krew w żyłach rzeczy, tak spodziewałam się, że na moich plecach poczuje choć mały dreszczyk grozy, o którym mówiła jedna z polecajek na okładce! Ale niestety… Sama historia była naprawdę ciekawa. Bo mamy tu Zuzę, która jest w ciąży i spodziewa się bliźniaczek. Przeprowadza się na totalna wiochę, a jej nowy partner dostaje grubą fuchę w pracy i musi wyjechać – oczywiście co jakiś czas przyjeżdża na weekend. Jednak większość czasu Zuza jest sama, a mieszkańcy wioski… no cóż. Nie wyglądają na normalnych…. To zdecydowanie nie jest „Rancho”, czy „M jak miłość”, a ludziom daleko jest do okazywania jakiejkolwiek sympatii… Czy ta książka ma klimat? Ma, jednakże najlepiej czytać ją w ciszy i najlepiej w nocy, bo wtedy czytelnik jest w stanie odczuć jakiekolwiek emocje. Jeśli o mnie chodzi, ja tego nie odczułam. Jak już zaczynałam się wkręcać, to przydługie opisy zdecydowanie, ostudzały mój entuzjazm. Owszem, zdarzały się momenty, które miały potencjał :P No ale co ja pocznę, że mnie ciężko zadowolić, jeśli chodzi o takie rzeczy – ja jestem kinoman i gracz komputerowy, więc niektóre horrory mi nie straszne (Outlast 2 zdecydowanie podniósł poprzeczkę, jeśli chodzi o lasy i nawiedzonych mieszkańców wioski). I może też przez to w połowie książki domyśliłam się zakończenia Nawet napisałam do @czytelnia_magdaleny, że mam nadzieje, że to się tak nie skończy – i tak właśnie się skończyło :P Książka wciąga. I nawet pomimo tych przydługich opisów wioski, czy tego co główna bohaterka robiła przez cały dzień, historia jest ciekawa. Autor świetnie wykreował mieszkańców Toporzyc, do których nie dało się poczuć żadnej sympatii. Same ich dialogi, idealnie obrazowały z jakimi ludźmi Zuza ma do czynienia… Niektóre poczynania głównej bohaterki, wydały mi się wielce nieprawdopodobne, tym bardziej, że kobieta zostaje sama w bliźniaczej ciąży na odludziu. I choć rozumiem, że sytuacja życiowa zmusza ją do zamieszkania w innym miejscu, tak jest to dla mnie nie do pojęcia, żeby w takim stanie być samemu w lesie.. A „pierwsza akcja”, która jej się tam przytrafiła, mnie osobiście, szybko by stamtąd wykurzyła, a nie wzbudzała jeszcze większe zainteresowanie otaczającymi mnie ludźmi :P W Sherlocka mogłabym się bawić, ale gdybym pod sercem nie nosiła dwóch żyć. Ogromny plus za kreacje i za fabułę, bo pomysł genialny! Ja chyba potrzebuję mocniejszych wrażeń :P Pomimo wszystko uważam, że książka jest warta przeczytania. I z pewnością wielu czytelnikom przypadnie do gustu.
Pan Przemysław zaskarbił sobie rzeszę fanów książkami o Igorze Brudnym i jak wiecie należę do tego teamu. Niedawno sięgnęłam po tzw. skok w bok Autora. "Matnia" kurczę, ale mam słabe wieści.
W "Matni" poznajemy Zuzę. Kobietę, która spodziewa się bliźniaczek. Do tego kobietę, która w życiu bardzo wiele przeszła. Wychowywała się w bidulu, wielokrotnie była raniona przez mężczyzn, a jej uroda wcale jej nie pomagała, a wręcz przeciwnie. Jedyną osobą, na którą może liczyć jest jej przyjaciółka, z którą wychowała się w domu dziecka. Oraz Marek - mężczyzna jej życia, który spadł na nią z nieba. Z nim pragnie stworzyć rodzinę dla swoich córek. Po paru miesiącach wspólnego życia przeprowadzają się wspólnie do małej wioski - Toporzyce. Tam nad jeziorem, Marek ma swój stary dom. Wioska jest mała i dziwna. Mieszkają w niej trudni, patologiczni ludzie. Zuza nie ma z kim rozmawiać, czuje się tam obco. Sama wyczuwa, że w tej wiosce dzieje się coś złego. Coś złego, bo nie ma w niej dzieci. Do tego trafia na policjanta, który bada sprawę zaginięcia Ukrainki. Zuza zaczyna patrzeć każdemu mieszkańcowi na ręce, przez co zaczyna popadać w obłęd.
Ta książka mocno podzieliła fanów. Nie ma się co oszukiwać, ale jest to najsłabsza książka Autora, którą było dane mi przeczytać. Tematycznie powieść ma się genialnie. Ale wykonanie leży i kwiczy. Głównie przez Zuzę. Jest to bardzo ciężka w odbiorze pierwszoplanowa postać kobieca. Miałam ochotę ją udusić! Wzbudzała we mnie skraje emocje. Teoretycznie jej zachowania możemy sobie wytłumaczyć i zrzucić na karb życia w bidulu, braku wzorców do naśladowania etc. Jednak jej naiwność i brak instynktu samozachowawczego mocno mnie uwierało. Bo niby mieliśmy kobietę, która wie czego w życiu chce, a tak naprawdę mieliśmy wyrośniętą dziewczynkę w dodatku próżną. Naiwnie dała się podejść złym ludziom. Do tego prócz samej Zuzy mamy niezłe kwiatki w treści, chociażby jak seksy bohaterki z Markiem, robienie loda, czy jeżdżenie rowerem w zaawansowanej bliźniaczej ciąży na wioskowych wertepach. No kurde, nie! Nic to nie wnosiło do fabuły, a irytowało. I wiece boli mnie to, że miał to być thriller, a była to obyczajówka. Nie czułam się osaczona, nie było dusznego klimatu. Gdy już myślałam, że może coś z tego będzie, to jednak nie było nic. Do tego bardzo szybko domyśliłam się o co chodzi i nie zaskoczyłam się finałowymi rozdziałami. Czuć było też czym/kim Autor się inspirował. W trakcie czytania doszukiwałam się w myślach gdzie ja już o czymś takim czytałam w internetach. Powieść ta mimo wielu wad, ma też dwie ogromne zalety: tematykę jak i zamkniętą społeczność, która robi jeden wielki proceder łamiąc wszelkie zasady bycia człowiekiem. Są to bestie, dla których liczy się zysk.
Gdyby był to debiut Autora to byłby on niestety bardzo słaby. Sama nie wiedziałabym czy sięgać wtedy po dalsze książki. I tutaj nowi Czytelnicy sięgający akurat po tą książkę mogą się naciąć. Wydaje mi się też, że Autor z pewnością wie, że nie każdemu akurat ta książka mogła podpasować. Jako, że lubię Brudnego, to po krwawe kryminały Pana Piotrowskiego będę sięgać z zamkniętymi oczami. Natomiast po thrillery, to no niestety nie wiem.
Zuzanna Krupa jest kobietą po przejściach, która została sama z długami i w bliźniaczej ciąży. Nieoczekiwanie w jej życiu pojawia się cudowny mężczyzna, Marek Cholewa. Zuza zakochuje się w Marku i szybko postanawiają ze sobą zamieszkać. Marek posiada rodzinny domek w malutkiej wiosce nad pięknym jeziorem, który postanawia wyremontować i zamieszkać tam wspólnie z ukochaną. Wprowadzają się z końcem wakacji. Dziewczyna u boku Marka jest bardzo szczęśliwa. Niestety mężczyzna musi często wyjeżdżać do pracy w Niemczech, więc Zuza zostaje sama w małym domku pod lasem. Gdy lato ustępuje jesieni, to i sielankowy czar pryska.
Co też tam się będzie działo!🔥
Toporzyce jest małą i zamkniętą społecznością. Autor moim zdaniem świetnie odzwierciedlił duszną atmosferę tego miejsca oraz jego mieszkańców. To lubię.
Akcja w książce toczy się leniwie. Przyznam, że z początku się nudziłam. Czekałam, aż ruszy z kopyta i nabierze tempa. Nic z tego, to nie tutaj. Jest nieśpiesznie i dopiero pod sam koniec książki, gdy zaczyna się dziać, ani się obejrzałam, a już był epilog.
Autor pokusił się tutaj o narrację jednoosobową z perspektywy kobiety. Nielada wyzwanie 🤭
Zuza może wydawać się naiwną osobą, ale sami przyznajcie, zakochani mają klapki na oczach. Jest dojrzałą kobietą, która kieruje się tym, co będzie teraz najlepsze dla niej i jej dzieci. Podobały mi się wykreowane przez autora postaci Agaty, Marka i mieszkańców Toporzyc. Każdy był charakterystyczny i tak bardzo różny od siebie, a jednak tych ostatnich coś mocno łączyło.
Niestety, natrafiłam na spojlery czytając opinie innych osób, więc zakończenie historii Zuzy nie było dla mnie zaskoczeniem. Oj, Oj! Nieładnie! 🤐
Chociaż ostatnie zdania epilogu tak mnie zaciekawiły, że bardzo jestem ciekawa, co nam teraz zgotuje Pan Przemysław 🤫
Ja wiem! Większość miłośników książek autora porównuje tę historię do niezaprzeczalnie jednej z lepszych serii kryminalnych z Igorem Brudnym. Dlatego, przed czytaniem polecam nastawić się na coś zupełnie innego. Nie znaczy, że gorszego
"Matnia" to książka, którą ciężko mi przypisać do konkretnego gatunku. Określona jako mroczny thriller psychologiczny, ma jednak dużo z obyczajówki. Warto jednak sięgnąć po tę pozycję i dać się porwać nastrojowi, jaki stworzył Przemysław Piotrowski.
Pierwszoplanową bohaterką nie była dla mnie Zuza, ale wieś Toporzyce. Autor zaskoczył mnie plastycznością w opisywaniu tamtejszej przyrody. Są wyjątkowo obrazowe, można wręcz namacalnie poczuć to, co czuła bohaterka. Usłyszeć dźwięki, poczuć chłód czy promienie słońca. Ale Toporzyce to także mieszkańcy i ich historia, która jest pilnie skrywana przed Zuzą. Bohaterka stale czuje na sobie czyjś wzrok, nie potrafi zinterpretować zachowań mieszkańców i ma poczucie zagrożenia. Klimatu dopełnia kot bez oka, podrzucona zepsuta lalka, cmentarz, na którym jest wiele grobów małych dzieci.
Odpowiadało mi to, jak Autor skonstruował Zuzę. Dziewczyna nigdy nie poznała swojej rodziny, całe dzieciństwo spędziła w domu dziecka. Nie miała zatem żadnych wzorców funkcjonowania w rodzinie, a jej rozwój psychiczny został zaburzony. Być może z tego powodu często była naiwna, pełna ufności, a zachowania nieodpowiedzialne. Chciała stworzyć rodzinę, nie mając żadnej wiedzy o tym, jak ona funkcjonuje. Do tego sytuacja, w jakiej się znalazła postawiła ją pod ścianą.
Często jednak miałam wrażenie, że Zuza patrzy na siebie oczami mężczyzny. Bezkrytyczne podejście do własnego wyglądu i częste jego opisy zaburzały mi profil tej postaci. Ponadto opisy scen erotycznych były dla mnie całkowicie zbędne w tej powieści.
Thriller "Matnia" czyta się bardzo dobrze. Akcja toczy się powoli, ale książka jest napisana w takim stylu, że ciężko się oderwać. Nacisk został położony bardziej na stworzenie dusznego klimatu i poczucia zagrożenia niż na zaskakujące zwroty. W tym kontekście wszystko dobrze się uzupełnia: opisy natury, Toporzyc, naiwna i zdesperowana bohaterka, mieszkańcy wsi.
Zakończenie było przewidywalne, jednak wzbudziło we mnie sporo emocji. Pozostawiło także otwarte drzwi do kontynuowania historii.
Zuza dużo przeżyła w życiu, wychowała się w domu dziecka, szczęścia w miłości nie miała. Do tego ostatni partner oszukał ją i zostawił z dwumilionowym długiem, po czasie okazało się, że jest z nim w ciąży... bliźniaczej. W tym dołku życiowym pojawia się Marek, wydaję się mężczyzną marzeń. Czuły, opiekuńczy, troskliwy. Para postanawia zamieszkać w rodzinnej miejscowości Marka, Toporzycach. Gdy mężczyzna musi wyjechać na pilne zlecenie do Niemiec, Zuza zaczyna się czuć coraz bardziej niebezpiecznie w domu w środku lasu.
Najpierw zacznę od tego, że moim zdaniem książka jest troszkę źle reklamowana. Wszędzie pojawia się opis przerażająca, mroczna. Niestety ja jej tak nie odebrałam. Dla mnie to trochę obyczajówka z elementami grozy, tajemniczości. Ale to nie znaczy, że mi się nie podobała, bo podobała. Tyle, że dużo osób może być rozczarowanych.
Fabuła rozwija się bardzo wolno i leniwie. Tak naprawdę nabiera tempa pod sam koniec. Jednak to pozwala na budowanie napięcia. Pojawiło się parę scen, które przeraziły mnie, ale było ich niewiele.
Miałam dwie hipotezy jak skończy się książka i jedna z nich się sprawdziła. I to ta, która pojawiła się pierwsza w mojej głowie. Ale kompletnie nie przeszkadzało mi to w czytaniu.
Co do samej bohaterki to polubiłam Zuzę, chociaż okazała się być bardzo naiwna. A wydaje się, że po przeżyciach z ostatnim partnerem powinna być bardziej uważna. Za to Marek od samego początku nie przypadł mi do gustu.
Książkę Wam polecam. Ale chyba będzie tak z wszystkimi książkami autora. Po serii o Igorze Brudnym pojawiła się miłość i to chyba taka do końca życia. Dobrze, że nie czyta tego mój mąż, zwłaszcza dzisiaj w naszą rocznicę ślubu 🙈😂
Jednak, jeżeli liczycie na mroczny, krwawy thriller, to tego tutaj nie dostaniecie. A ja przyznam, że czekam na książkę w stylu serii o Brudnym 🤭
Jeśli spodziewacie się książki podobnej klimatem do serii z Igorem Brudnym, to się możecie rozczarować, bo "Matnia" to nie jest thriller z wartką akcją i licznymi zwrotami, jest kompletnie inna niż wcześniejsze książki autora, ale to wcale nie znaczy, że gorsza. Książkę określiłabym mianem obyczajówki z dreszczykiem, thrillerem psychologiczno-obyczajowym, ale na pewno nie thrillerem jako takim.
Autor stworzył genialny klimat, dzięki któremu w trakcie czytania mimo braku akcji odczuwałam ciągły niepokój i zagrożenie. Dodatkowo mała osobliwa wieś z hermetyczną społecznością dodawała całej historii dusznej i klaustrofobicznej atmosfery, a ja odnosiłam wrażenie jakby Toporzyce na okrągło spowijała gęsta mgła. Na pewno nie jest to książka przy której będziecie zbierać szczękę z podłogi, a akcja będzie przytłaczać, tu całą robotę robi powolne budowanie napięcia i stwarzanie atmosfery osaczenia. Jedno w książkach Piotrowskiego jest niezmienne, porusza trudne tematu, bardzo często tematy o których albo nie mówi się wcale i zamiata pod dywan albo z których nawet nie zdajemy sobie sprawy i tak też było w przypadku "Matni".
Podsumowując, sięgając po tę książkę nie myślcie o niej w kategoriach thrillera pełnego zwrotów akcji, bo wtedy możecie być zawiedzeni, jeśli nie lubicie thrillerów psychologicznych raczej też możecie czuć się rozczarowani, po książkę polecam sięgnąć z pustą głową, bez oczekiwań i po prostu chłonąć tą historię i dać się porwać atmosferze stworzonej przez autora, a zapewniam, że będzie to jedna z tych pozycji, które po skończeniu czytania będą jeszcze przez jakiś czas siedzieć wam w głowie.
Poza tym wyczuwam tu początek nowej serii w roli głównej z kimś, kogo bardzo dobrze znamy z wcześniejszych książek.
Mrok, drewniany domek w samym jego centrum, widok na ciemną taflę jeziora. To wszystko, to nic innego, jak nowa codzienność Zuzanny, kobiety, która nie miała w życiu lekko. Po spotkaniu oszusta, musiała wziąć się w garść, tym sposobem dotarła to Toporzyc, wsi, do której zabrał ją, jej nowy partner, Marek. Nie miała jednak pojęcia, że gdy partner wyjedzie w delegację, jej życie na wsi, zamieni się w senny koszmar.
"Matnia" to najnowsza powieść Pana Piotrowskiego . Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy w stosunku do książek wychodzących spod pióra tego autora. Jednak się myliłam. Historia od samego początku wprawia nas, czytelników, w niepokój. Mrok towarzyszy nam przez całą powieść, jest bardzo namacalny, większość opisów sprawiało, że odwracałam się, za każdym razem w stronę okna, by sprawdzić czy nie ujrzę zanim ciemnej, pustej przestrzeni. Autor wprowadził naprawdę świetny klimat, bardzo dobrze wczuł się w rolę ciężarnej kobiety. Jest to jego pierwsza żeńska postać, w roli głównej, jego powieści. I tu przyznam szczerze, że wyszło naprawdę dobrze. Autor przedstawił nam książkę w narracji pierwszoosobowej i widzimy ją wyłącznie z perspektywy głównej bohaterki. Fabuła książki jest bardzo dynamiczna, pełna plot twistów, inaczej mówiąc, zwrotów akcji. Jest to poprostu kolejne zaskoczenie i znów coś kompletnie odmiennego! Cieszę się iż Pan Piotrowski nie zatrzymuje się na swoich utartych schematach, lecz pędzi do przodu i rozwija siebie, swoją wyobraźnię i coraz bardziej zaskakuje czytelników! Czekam niecierpliwie na kolejną powieść autora! Liczę na to, że to będzie coś wielkiego, ponieważ epilog "Matni" i wiadomość "od autora" na to wskazuje!. Ocena książki nie będzie dla nikogo zaskoczeniem - 10/10⭐.
Bardzo dobry mroczny thriller. Tym razem autor Przemysław Piotrowski spróbował wcielić się w kobietę i napisał książkę z jej perspektywy. Całkiem ciekawie to wyszło, ba nawet miałam dreszcze strachu. Zuza to nasza główna bohaterka. Od życia dostała mocnego kopniaka. Jej były partner wkopał ją na wielką minę. Wisi nad nią ogromny dług. Do tego jest w bliźniaczej ciąży. Gorzej już chyba być nie może. I właśnie wtedy pojawiło się światełko w tunelu. Poznaje tajemniczego Marka. On jest cudem z nieba. Zakochują się w sobie. On akceptuje jej nienarodzone córeczki. Do tego chce być ich ojcem. Ona jest szczęśliwa. Po jakimś czasie przeprowadzają się w jego rodzinne strony do Toporzyc. I tu zaczynają się schody. Mieszkańcy tej wioski są strasznie dziwni. Początkowo nie chcą z nią rozmawiać. Jej partner co chwile zostawia ją samą na długi czas i wyjeżdża w interesach. Czy ciężarna Zuza nadal jest szczęśliwa? Czy w starym domu straszy? Czy mieszkańcy wioski ją zaakceptują? Jakie tajemnice skrywają mieszkańcy tej wioski? Co się stanie, gdy nasza bohaterka pozna ich sekrety? Uwaga pozory mogą mylić. Tutaj nic nie jest takie na jakie wygląda. Bardzo wciągająca historia, która zostanie ze mną na długo. Tutaj królują emocje i adrenalina. Niesamowity klimat stworzył Przemysław Piotrowski. Mroczna wieś i jej sekrety, które powalają na kolana. Poznając ich sekrety byłam bardzo przerażona. Bardzo martwiłam się o Zuzę i jej nienarodzone córeczki. Czy wyjdą z tego bagna żywe? Zachęcam do przeczytania. Przemysław Piotrowski potrafi stworzyć niesamowite dzieło. Bardzo dobra fabuła, wartka akcja i bohaterka, która mimo wszystko nie poddaje się. Lubicie książki z dreszczykiem? Jeżeli tak to z czystym sumieniem polecam wam „Matnie”. Poznajcie Zuzę i mieszkańców Toporzyc.
Piotrowski bardzo dobrze buduje klimat zagrożenia, który udziela się czytelnikowi niemalże od pierwszych stron. Razem z bohaterką możemy obserwować otoczenie, badać nowy dom i jego okolicę, podpatrywać mieszkańców, którzy raczej nie wzbudzają sympatii i zachowują się dosyć dziwnie, gdy tylko dowiadują się, że Zuza jest nową partnerką Marka, mimo że przed nim samym czują wyraźny respekt. Sam pomysł na fabułę również jest udany – mocny i kontrowersyjny, może w niektórych punktach trochę naciągany, ale posłowie autora wiele tłumaczy i może rozwiać część wątpliwości odnośnie wiarygodności wykorzystanych przez niego wątków.
Problematyczną kwestię stanowi dla mnie główna bohaterka. Zuza jest kobietą skrajnie naiwną, irytującą, często zachowującą się zupełnie nieadekwatnie do wieku i własnej sytuacji. Narracja jest prowadzona z jej punktu widzenia, więc postrzegamy wszystko jej oczami i już od pierwszych rozdziałów właściwie trudno obdarzyć ją sympatią. Czy to źle? Niekoniecznie. Zwłaszcza że mimo wszystkich swoich niedoskonałości i drażniących cech została wykreowana wiarygodnie, więc zakładam, że właśnie taka postać była autorowi potrzebna, by w taki, a nie inny sposób poprowadzić fabułę powieści.
Punkt 1. W mojej opinii przez trzy czwarte książki to nie jest thriller. To bardzo dobrze skonstruowana powieść obyczajowa z elementem thrillera, jakim jest strach głównej bohaterki.
Punkt 2. Gdy “Matnia” przeobrazi się w pełnowymiarowy thriller, czytelnik nie jest w stanie oderwać się od książki. Oczy przeskakują po literach, nie chcąc odpuścić.
Punkt 3. To, że książka zaczyna się powoli, spokojnie, daje czas czytelnikowi na zapoznanie się zarówno z bohaterami, jak i tajemniczą wioską, w której Zuza spędzić ma kilka miesięcy swojej ciąży, wbrew pozorom dało jej bardzo dużo. Wprowadzenie bohaterki z problemami finansowymi i ciążą bliźniaczą do małego miasteczka, w którym w sumie dzieci nie ma to ciekawy zabieg.
Punkt 4. Szacun za imię inspirowane Grecją.
Punkt 5. Marek śmierdzi mi od początku. W trakcie lektury myślałam, że wyjeżdża, aby zdradzać Zuzę, potem kminiłam, czy aby nie jest w jakiejś zmowie z byłym Zuzy. No cóż, rzeczywistość przerosła moje oczekiwania.
Punkt 6. Niezmiennie szanuję za trudne społecznie tematy. Procedery jak ten opisany w książce jest niestety dobrym biznesem dla przestępców.
Punkt 7. Bardzo miłe spotkanie czytelnicze na ostatnich stronach mnie spotkało. A w połączeniu z informacjami, dzięki którym @przemyslawpiotrowski skutecznie podnosi ciśnienie, daje to mieszankę istnie wybuchową. www.instagram.com/zaczytana_olcia/
Ogromne rozczarowanie. To moja pierwsza książka tego autora, nastawiłam się na naprawdę dobry, trzymający w napięciu thriller, a dostałam co najwyżej jakiś rodzaj obyczajówki z lekką historią kryminalną w tle, a dokładnie w ostatnich kilkudziesięciu stronach.
Całkiem fajny pomysł na historię, ale zakończenie do przewidzenia praktycznie na samym początku. Bardzo irytująca, naiwna i infantylna główna bohaterka, która na każdym kroku dostrzegała, że dzieje się coś złego, że może jednak nie powinna ufać w 100% i powierzać całego swojego życia komuś, kogo zna ledwo kilka tygodni, a jednak postawiła, że woli udawać, że wszystko jest ok, bo tak było wygodniej. Niesamowicie irytujące dialogi pomiędzy bohaterką i jej przyjaciółką, nie chcę brzmieć stereotypowo, ale czuć, że dialogi kobiece nie są pisane przez kobietę, bo są karykaturalne.
3/4 książki to nuda, zbędne opisy i przemyślenia głównej bohaterki, które nie są przesadnie błyskotliwe, karykaturalnie przedstawionego otoczenia, odrobina taniego romansu i para, która kocha się na śmierć i życie po tygodniu znajomości, od której nie czuć ani grama łączącej ich chemii. Końcówka to troszeczkę akcji, ale akcji nieco nudnej i niekoniecznie logicznej. Do tego, ani grama grozy, ani grama napięcia, brak większych emocji, zakończenie wiadome od samego początku.
Zabranie się za "Matnie" było jak wejście do jeziora Wiedźm - chłodne. Czułam jak ten chłod mnie otacza, wywołuje gęsia skórkę. Nie chciałam tam być, ten wszechogarniający niepokój był zbyt zatrważający. Jednak z drugiej strony pragnęłam czytać dalej, zobaczyć co jest źródłem niepokoju, jak główna bohaterkaprzeżyje poród i co będzie potem.
Mogłabym zarzucić, że Zuza (nasza główna bohaterka) jest dość naiwna oraz co najważniejsze nierozmyślna. Ja na jej miejscu nigdy nie dałabym się wywieźć obcemu mężczyźnie (nawet takiemu, którego kocham) na wieś, gdzie miałabym spędzać czas do rozwiązania. Może tak myślę, bo jestem miatowa. Nie wyobrażam sobie życia bez miejskiego zgiełku i możliwości jak najszybszego dojazdu do lekarza.
Bardzo chciałam pochwalić autora za tak świetnie wykreowanie oraz poprowadzenie naracji kobiecej. Wyobrażam sobie, że mogło to być ogromne wyjście ze swojej strefy komfortu, dlatego tym bardziej jestem pod wrażeniem.
Jest to powieśc dla wszytskich fanów Pana Piotrowskiego oraz dla nawet najbardziej oczytanych w kryminałach. Już od pierwszych stron poczujecie prawdziwy niepokój.
„Matnia” to pierwsza książka Przemysława Piotrowskiego, którą miałam okazję przeczytać, ale jestem pewna, że nie ostatnia. Historia Zuzy wciągnęła mnie w głąb mrocznego lasu, zmroziła mi serce okropnościami, które spotykały główną bohaterkę i zaparła mi dech w piersiach nie raz i nie dwa.
Jestem pod wrażeniem atmosfery, którą udało się stworzyć autorowi. Mała, odcięta od świata wieś, która kryje mroczną tajemnicę. Samotna kobieta w bliźniaczej ciąży. Ukochany mężczyzna, którego nigdy nie ma w domu. Plotki dotyczące zaginionych ciężarnych kobiet. Macie już ciarki? Ja tak!
Nie jest to thriller idealny – kilka rzeczy było zbyt oczywistych i schematycznych. Jednak zakończenie bardzo mi się spodobało, a epilog to wyśmienita wisienka na torcie. Ponadto tematy, które poruszył autor, nie są często spotykane w literaturze. A uwierzcie, że to jedne z tych, które długo nie dają o sobie zapomnieć i poruszają w człowieku najwrażliwsze struny!
Matnia to według słownika „sytuacja bez wyjścia” – jest to idealne podsumowanie sytuacji, w której znalazła się Zuza. Wy też nie macie wyjścia - jeśli lubicie mroczne thrillery, "Matnia" to książka, którą musicie przeczytać!
Zuza nie ma szczęścia w życiu. Oszukana przez partnera, zadłużona na potężną kwotę, a na dodatek w ciąży bliźniaczej nie widzi dla siebie przyszłości. Wtedy w jej życiu pojawia się Marek i życie Zuzy nabiera barw. Nie powiem jednak jakich…
Oj trudno mi to było czytać nocą. Niby nic tu się nie działo, niby nic strasznego, a jednak Piotrowski tak zbudował nastrój, że włosy mi dęba stawały ze strachu. Nie dość, że się wciągnęłam w fabułę od pierwszych stron, to jeszcze potem śnił mi się ponury dom na skraju lasu. Koszmar! Ta książka jest lepka, gęsta i mroczna. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest męcząca, ale w pozytywny sposób. Autor oddał emocje Zuzy w stu procentach i właściwie nie dało się nie przeżywać razem z nią tej historii.
Zakończenie mnie zaskoczyło. Nawet w pierwszym momencie miałam taką myśl, że teraz to Piotrowski przesadził i trochę to jest naciągane i kompletnie nierealne. Potem jednak przeczytałam posłowie i mi kopara opadła.
Wiem, że ta książka łapie skrajne opinie. Moja jest na plus. Mnie to się podobało i bardzo, ale to bardzo wkręciłam się w klimat Toporzyc. Ja polecam