„Mrówki się nie boją.
Chciałam być mrówką”.
Dwutorowa narracja. Pierwsza to początek XX wieku i historia Margherity, niespełna 16-letniej dziewczyny, zhańbionej panny z dzieckiem, która wykluczona ze społeczności i potępiona przez rodzinę porzuca synka i wyrusza z Włoch do Ameryki. Druga narracja zaczyna się pod koniec lat 60-tych i przedstawia historię prawnuczki Margherity, Emmy, która wraz z matką i siostrą żyje w ciągłym lęku pod terrorem ojca. Ojca, który bije, niszczy psychicznie i gwałci.
Pierwsze co mi się nasuwa myśląc o tej książce to chęć przytulenia głównych bohaterek, mocne ściśnięcie ich dłoni i odciągnięcie od zła, które na nie czyha. Zaraz potem czuję złość nad tym, że nie ważne ile lat mija, przemoc wobec kobiet, odbieranie im wolności i godności to nadal norma. Normą jest też to, że kobieta zostaje w takiej sytuacji sama, często to w niej szuka się winy, albo odwraca się od tej krzywdy oczy dla własnego komfortu.
Przemoc w „Mrówki nie mają skrzydeł” jest dziedziczona, tak samo jak trauma bo nawet jeśli uwolnisz się od swojego kata to ten kat w tobie zostaje i niszczy cię nadal od środka. A dzięki temu, że autorka pokazuje nam historie dwóch kobiet widzimy dwie różne perspektywy radzenia sobie, reakcji, a nawet dostosowywania się do doswiadczenia przemocy. Obrazy pokazane w książce na pewno zostaną ze mną na długo, ale zostanie też we mnie poczucie nadziei, że siła i odwaga kobiet jest niewyobrażalna. Szczególnie, że historia opowiedziana przez Silvę Gentilini jest autobiograficzna. Bardzo polecam szczególnie miłośniczkom literatury feministycznej.