Wiedziałem, że prędzej czy później spotka mnie jakaś krzywda, a skoro tak, pragnąłem, by skrzywdziła mnie właśnie ona.
Łucja wierzy, że przed wspomnieniami uratuje ją balet. Nastka obserwuje świat przez okno z taką uwagą, że zdarza jej się przenosić w innych ludzi. Ich ojciec coraz częściej ucieka do jedynego miejsca, w którym czuje, że żyje naprawdę. Każde z nich po swojemu obłaskawia przeszłość.
Urodzinowe widokówki, które trzeba palić po kryjomu. Wzrok sięgający tak daleko, że czasem lepiej jest nie patrzeć. Taniec, który ocala albo niszczy.
Święto ognia to kameralna opowieść o przekraczaniu granic i cenie, jaką trzeba za to zapłacić. O zachłanności życia i konfrontacji z niemożliwym.
Pisarz, autor książek: Błędy (2008), Przemytnik cudu (2008), Zaksięgowani (2009), Dżozef (2011), W odbiciu (2011), Odwrotniak (2013) i Dygot (2015).
Napisał rownież kilkanaście opowiadań ogłoszonych w prasie i w antologiach. Przełożył z języka angielskiego wiele pozycji, między innymi Brudne wojny Jeremy’ego Scahilla, Paryż wyzwolony Antony’ego Beevora, Moją prawdę Mike’a Tysona i zbiór korespondencji pod tytułem Listy niezapomniane. Publikował w „Newsweeku”, „Polityce”, Angorze”, „Znaku”, „Nowej Fantastyce” i „Tygodniku Powszechnym”.
Laureat nagrody Śląkfa w kategorii „Twórca roku”, dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Za przekład książki Listy niezapomniane na język polski zdobył Nagrodę Literacką Miesięcznika KSIĄŻKI. Za powieść Dygot nominowany był do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus i Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Mieszka w Warszawie, z żoną Martą i zwierzętami.
Potworny kicz. Dawno już nie czytałem tak banalnej powieści.
Może dlatego, że rzadko sięgam do półki z literaturą bardzo popularną, acz nie do końca wiadomo z jakich powodów. Może też dlatego mój zawód jest tym razem tak duży, bo od Jakuba Małeckiego oczekiwałem czegoś choć odrobinę ciekawszego i mniej przewidywanego.
Już "Saturnin" był oczywisty i skrywana przez rodzinę głównego bohatera tajemnica wcale nie była szczególnie tajemnicza, a w "Horyzoncie" konstrukcja opowieści nie wymagała od czytelnika żadnego wysiłku, za to przynajmniej opowiadana przez Małeckiego historia była interesująca.
Tym razem nie ma tu niczego. Ani ciekawej historii, ani zaskoczenia, a rodzinna tajemnica, która musi się w każdej powieści autora "Dygotu" pojawić jest wysilona.
Idzie to tak - Nastka ma porażenie mózgowe, przez co z trudnościami komunikuje się ze światem, ale poza ograniczeniami fizycznymi niewiele różni się od innych małych dziewczynek. No, może trochę. Łucja, jej starsza siostra, decyduje się na karierę baletową. Do tego dochodzi ojciec, pozbawiony przez Małeckiego właściwości bohater, o którym można powiedzieć tylko tyle, że się stara zapewnić wszystkim dobry byt. Mamy nie ma, mama zniknęła w przeszłości. To jak mama zniknęła jest tu opowiedziane i jest to jedna z najbardziej kiczowatych scen. Niestety byłby to też niepotrzebny spoiler, więc w tej kwestii się zamknę.
Narratorami są bohaterowie powieści, co się Małeckiemu zupełnie nie udaje na poziomie języka. Dziewczynka z porażeniem mózgowym co prawda emocjonalnie rozwija się wolniej niż jej ciało i umysł, ale autorowi nie udaje się tego pokazać w języku, który jest jednostajny, jak z bajki dla dzieci. Bardzo gładko przechodzi Małecki nad negatywnymi emocjami swojej bohaterki, nad jej cielesnością, irytacjami. Mimo wszystko to bardzo ugładzona wizja świata osoby mającej nienormatywny kontakt z rzeczywistością. W ogóle pisanie z perspektywy dziecięcej jest trudne, a co dopiero pisanie o takiej bohaterce. Małecki idzie w prosty kicz, zamiast zrobić z tym coś zwłaszcza na poziomie języka.
Najgorzej jest jednak z Łucją. No bo Łucja jest w balecie. I wiecie jak to jest w tych wszystkich opowieściach o tancerkach? Bardzo się starają, życie pasji oddają, a potem tańczą jako jeden z dwudziestu podobnych łabądków. Ale nagle dostają szansę. Wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju. Wystarczy, że zaharują się jeszcze bardziej, a dostaną rolę życie. I gdy ją dostają, następuje katastrofa. Ale one są waleczne, dzielne i nie patrzą na to, że ich ciało odmawia posłuszeństwa. Tak jest też u Łucji. I te metafory! Taniec i pasja niszczące życie bohaterki, a jednocześnie starszy mężczyzna przywracający jej wiarę w przyszłość. "Samotność w sieci" przy tym to małe miki. Przewidywalna i banalna historia, w której nie ma niczego ciekawego.
"Święto ognia" to książka banalna, pełna klisz, które zestawione w jednej książce sprawiają, że mamy do czynienia z wyjątkowo kiczowatą powieścią. Małecki od dawna pisze dla seriali i filmu i najwyraźniej zapomniał, że to co sprawdza się w kinie - schemat, linearna narracja opowiadana z kilku perspektyw, do tego flashbacki i trochę ładnej scenografii, nie tworzy dobrej powieści.
Tak się kończy pisanie książek rok po roku, prawie identycznych pod względem konstrukcji, coraz bardziej banalnych w opowiadanej historii i pozbawionych języka.
Małecki bardzo udanym "Dygotem" wszedł do parku rozrywki, w którym długi czas nie mógł się zdecydować jaka atrakcja go interesuje najbardziej - ścianka wspinaczkowa czy zjeżdżalnia. Patrząc jednak na niezwykle konsekwentny spadek literackiej formy - odpowiedź jest oczywista.
"Święto ognia" to świetny przykład na to jak rynkowy wymóg obecności pisarza, tempo i fakt, że wydawca wyda wszystko, byle miało sygnaturę Małeckiego, powodują, że kiedyś świetnie zapowiadający się pisarz z ambicjami literackimi dołączył do szerokiego grona twórców i twórczyń, którym przewodniczy Remigiusz Mróz. To też jest literatura i - jak wiemy - całkiem dobry sposób na życie, ale jeśli nie chcemy czytać prozatorskich produkcyjniaków, warto unikać.
Zdecydowanie jestem fanką Małeckiego, który pisze o przeszłości, o wojnie i o małej polskiej wsi. To nie jest zła książka, bo umówmy się - ten autor złych książek nie pisze - ale nie jest to ta literatura, którą w jego wykonaniu kocham.
Pełna rodzinnej czułości, niezwykle kameralna powieść jednego z ulubionych polskich współczesnych twórców.
Kto zna prozę Małeckiego nie od dziś, ten zauważy z pewnością, że to pisarz, który uczy się podglądać świat z perspektywy Innego, osoby naznaczonej krzywdą czy chorobą. Był chłopiec o karnacji albinosa w „Dygocie”, był młody mężczyzna z syndromem stresu pourazowego w „Horyzoncie”, był mężczyzna o umyśle dziecka w „Nikt nie idzie”. W „Święcie ognia” Małecki pozwala natomiast podejrzeć codzienną rzeczywistość młodej kobiety z porażeniem mózgowym, którą być może ogranicza jej własna cielesna powłoka, niemniej bystra wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Jej unikatowy punkt widzenia wprowadza nas w tę niezwykle kameralną opowieść o wspierającej się rodzinie, o wzajemnej miłości i oddaniu, których nic nie jest w stanie pokonać, ani podważyć.
„Święto ognia” to Małecki, jakiego czytelnicy znają i kochają, wrażliwy, operujący charakterystycznymi dla swojej twórczości motywami. Niczym jednak nie zaskakuje, nie podnosi w tym wypadku poprzeczki, ale… nie musi, bo przecież daje od siebie po prostu to, czego oczekują jego wierni czytelnicy i co wierni czytelnicy z pewnością docenią.
Jestem naprawdę zdziwiona, zawiedziona i mi przykro. Bo nie podobało mi się wcale. Historia jest kiczowata i banalna, zakończenie to szczyt melodramatu, zagadka rodzinna właściwie żadna, a do tego ta narracja, która nie miała prawa się udać i się nie udała. Widać po prostu, że książka była pisana pod film i w żadnym innym celu.
„bo przecież najważniejsze jest dobrze patrzeć, to przecież każdy wie”. To historia pełna samotności, która zachwyca prostotą, porusza serce i urzeka wrażliwością patrzenia na świat.
Nie ma drugiego pisarza, do którego czułabym tak dużą sympatię jak do Jakuba Małeckiego. Ale też sentyment, bo jego książki kilka lat temu nakierowały mnie na „moje” czytelnicze tory, na których jestem do dzisiaj. Tym bardziej przykro mi pisać, że „Święto ognia” mi się nie podobało, a im więcej czasu mija, tym bardziej to uczucie się pogłębia.
„Święto ognia” to historia małej, poranionej rodziny — Anastazja ma dwadzieścia lat i porażenie mózgowe, jej siostra, Łucja, odreagowuje problemy podczas morderczych treningów baletu, a ich ojciec robi wszystko, żeby ukryć przed nimi tajemnice z przeszłości. Narratorką w tej powieści jest przede wszystkim Nastka i wydaje mi się, że Małecki nie do końca poradził sobie z tak trudną perspektywą, jaką zdecydował się tutaj obrać.
Rozczarowały mnie banalne i mające grać na emocjach wątki, które pojawiają się w tej książce. Wątki godne powieści Kristin Hannah, ale na pewno nie Jakuba Małeckiego, który przyzwyczaił mnie do zupełnie innej jakości. Tymczasem „Święto ognia” to najzwyklejsza powieść obyczajowa — nie można nawet stawiać jej obok znanego i uwielbianego przez wszystkich „Dygotu”. W kategoriach literatury obyczajowej najnowsza książka Małeckiego wypada całkiem dobrze, niemniej gdybym chciała przeczytać „fajną obyczajówkę”, skierowałabym się ku zupełnie innym pisarzom. To nie jest tak, że „Święto ognia” to całkowicie zła literatura — można odnaleźć w niej tę znaną z poprzednich powieści autora czułość do prostoty i zwykłego życia (która niezmiennie mnie urzeka), ale jest to z pewnością książka grubo poniżej jego możliwości i umiejętności. Życzę Małeckiemu, żeby się nie bał tworzyć trudniejszych, bardziej wymagających książek, bo właśnie takie wychodzą mu najlepiej.
To jedna z TYCH książek. Autor(ka) w mniej lub bardziej dosadny sposób opisuje pewne aspekty życia, które faktycznie mogą się przydarzyć - mi, Tobie. I chociaż wiesz "z czym się je" problemy współczesnego świata, może nawet jesteś jako tako zahartowany, to prawdopodobnie bez łez się nie obędzie. Ujęcie życiowego bagna (które niewiele ma wspólnego z sielsko-anielskim gniazdkiem Shreka, choć i tam nie brakuje chwil ze słońcem) z trzech diametralnie różnych perspektyw - na duży plus! Ten sam świat, oglądany oczami osoby chorej, zaburzonej - wreszcie zwyczajnie wypalonej - można namalować przy użyciu całej palety barw, która nie musi ograniczać się wyłącznie do brudnych odcieni szarości i czerni. Odrobinę słodka (choć nie przesłodzona), zdecydowanie gorzka historia do pochłonięcia "na raz", która wcale tak prędko Was nie opuści.
Po negatywnych opiniach na Instagramie spodziewałam się książki jeszcze słabszej niż „Saturnin”, a dostałam bardzo ciekawą historię na trzy głosy. Jestem mile zaskoczona, choć nie powinnam, bo to w końcu Małecki.
4,75⭐️ genialne rozpoczęcie roku pod względem czytelniczym! no i co ja mogę rzec, KOCHAM TWÓRCZOŚĆ JAKUBA MAŁECKIEGO kocham tą prostotę, kocham realizm, kocham ten ból i poruszenie, kocham język, kocham opisy i kocham wszelkie emocje towarzyszące bohaterom jak i mi samej<3
Po przeczytaniu tej książki jest mi niezwykle smutno, naprawdę do mnie dotarła i nie wiem jak mam ją opisać. Z całą pewnością nie jest dla wszystkich, nie dla ogółu. Raczej nie do wszystkich dotrze i nawet tego nie oczekuję. Jest nieco inna od poprzednich książek autora, ale nic jej nie brakuje.
Ach, ile w internecie szumu, że już film z tego robią, że już bestseller, że kolejne arcydzieło... No i jak to z takim szumem bywa, nie ma on pokrycia z wartością samej książki, której dotyczy. Święto ognia jest płaściutkie. Wydaje mi się, że stworzone na siłę i z tym szkodliwym poczuciem, że cokolwiek Małecki napisze, ludzie kupią to w ciemno. No, niestety - to prawda. Wiele przeczytałam pozytywnych opinii o tej książce i mam nieodparte wrażenie, że to fani Małeckiego, którzy sami siebie próbują przekonać do tego, że ta książka jest w jakimś stopniu ponadprzeciętna. Ja tam zakochana nie jestem, więc nie muszę sobie wciskać kitu, a Jakuba Małeckiego stać na coś o wiele wiele lepszego. Pokazał to w Horyzoncie, któremu Święto ognia do pięt nie dorasta. A ci niby filmowcy to się będą musieli nieźle napocić, żeby zrobić z tego coś dobrego. Tak myślę ja i mój mąż, Piotrek, który również jest bardzo mocno rozczarowany.
Małecki od jakiegoś czasu pisze ciągle tą samą powieść. Mimo zmiany realiów i bohaterów, konstrukcyjnie i warsztatowo to jest ciągłe powtarzanie tego samego. Pierwsze jego książki jakie czytałem mnie zachwycały, kolejne bardzo mi się podobały. Teraz już je tylko doceniam (to nadal dobrze napisane historie, pokazujące bogactwo uczuć i emocji), ale powoli zaczynają mnie też nużyć przewidywalnością.
Pomysł na przedstawienie świata z perspektywy osoby poważnie niepełnosprawnej - niesamowity.
Realizacja i fabuła - fatalna.
Mam wrażenie, że ta książka będąc przedstawiona jedynie z perspektywy dziewczynki byłaby znacznie bardziej ciekawa. Dostaliśmy perspektywę jej siostry - zupełnie nudną i nic nie wnoszącą, oraz perspektywę ojca - tak samo.
Wielki plus za uczynienie narratorką powieści osobę z niepełnosprawnością (bo mam wrażenie, że w literaturze wciąż borykamy się z ogromnym brakiem reprezentacji), ale czy Małecki udźwignął to wyzwanie? No czuję, że niekoniecznie.
Utwory Jakuba Małeckiego wywołują we mnie niezliczoną ilość emocji, a także poruszają tak głęboko ukryte struny, których istnienia bym siebie nie podejrzewał... I mimo, iż "Święto ognia" różni się od poprzednich książek autora, przede wszystkim swoją kameralnością, brakiem tak charakterystycznego dla Małeckiego realizmu magicznego (chociaż odrobinę jego w tekście się doszukałem), to po raz kolejny po lekturze czuję się emocjonalnie rozbity na najdrobniejsze kawałki. Kiedyś napisałem przy recenzji "Historii podniebnych" Kuby, że podczas lektury jego książek mam możliwość przeniesienia fabuły na swoje własne wspomnienia, troski oraz marzenia. I tak samo było i tym razem. Jeżeli chodzi o samą fabułę, to twierdzę, że "Święto ognia" warto przeczytać bez znajomości wcześniejszych recenzji oraz opisów. Jest to przede wszystkim historia o wielkich ambicjach, a także postrzeganiu rzeczywistości z różnorodnych perspektyw, gdzie czasami zwykłe spoglądanie przez okno na pobliskie podwórko może okazać się bardziej fascynujące, niż nam się tylko wydaje... Myślę sobie również, że każdy z nas spotkał lub spotka w odpowiednim czasie autora, którego twórczość będzie mu nader bliska i znajoma. Po lekturze już większości książek Małeckiego, wiem, iż takim autorem jest dla mnie właśnie Jakub.
Małecki trzyma poziom swoich poprzednich książek. Może nie ma takich zachwytów jak przy pierwszych spotkaniach z autorem, ale nadal jest dobrze. Styl autora, umiejętność prostego, ale zgrabnego opisywania emocji, jest moim ulubionym elementem jego książek. Znów czytało mi się bardzo szybko, bez wysiłku i z dużym zainteresowaniem. Ta pozycja to coś podobnego do "Horyzontu"i "Nikt nie idzie". Jest bardzo prosta fabularnie, nie ma w niej za wiele kombinacji i zaskoczeń, co znacznie bardziej można odczuć przy "Rdzy" i "Dygocie". Mimo to Małecki przemyca trochę niedopowiedzeń, które wciągają czytelnika w historię. W mojej ocenie ta pozycja jest bardzo ważna z jednego powodu. Główną bohaterką, której obecność wiąże losy wszystkich pozostałych, jest osoba niepełnosprawna ruchowo, niezdolna do normalnej komunikacji ze światem. Autor bardzo umiejętnie, z wyczuciem i szacunkiem, przedstawia świat człowieka z ogromnymi ograniczeniami, a jednocześnie całkowicie sprawnego umysłowo. W tym kontekście podobała mi się również postać ojca, dużo mniej postać siostry. Dodając do tego emocje, które Małecki potrafi przemycić w najprostszych zdaniach, mamy mieszankę wybuchową. Jest bardzo smutno, po prostu. Z czasem dochodzi jeszcze podziw dla ludzi dotkniętych niepełnosprawnością i ich opiekunów. Ten, główny wątek książki, zasługuje na pełną uwagę i sprawia, że mało odkrywcza fabuła przestaje mieć większe znaczenie. Bardzo doceniam odwagę autora do podjęcia takiego tematu - wejścia w głowę osoby z ograniczeniami, z pewnością nie było to łatwe, a w moim odczuciu wyszło bardzo dobrze i to wystarczy by uznać tę książkę za bardzo udaną.
Przez ostatnie kilka miesięcy miałam z czytaniem wzloty i upadki, w zasadzie upadki częściej. Nadal nie skończyłam książki, którą zaczęłam w lipcu, a jest koniec września… Jednak „Święto ognia” wciągnęło mnie bez reszty od pierwszych zdań i przeczytałam w cztery dni, co aktualnie jest dla mnie sporym osiągnięciem. Kolejny raz zostałam oczarowana prostotą i pięknem w jednym. Poruszone zostały najciemniejsze zakamarki mojej duszy. To ile ta powieść przyniosła mi przemyśleń jest niesamowite. Ta prosta i krótka historia porusza ogromną ilość wątków, traktując każdy z nich z największą czułością. Po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu jak dobrym pisarzem jest pan Małecki. Z pewnością pozostanie we mnie na długo.
Zdecydowanie nie polubię się z Małeckim. Kicz, klisza za kliszą, przewidywalny wątek Łucji, infantylizacja głównej bohaterki, postaci napisane dwoma zdaniami.
Podczas słuchania tej książki przychodziła mi na myśl "Wyspa mojej siostry", którą szczerze uwielbiam. Te książki mają niesamowicie podobny do siebie klimat. Momentami aż miałam wrażenie, że Małecki pisząc swoją czerpał inspirację z książki Katarzyny Ryrych. Ale to żaden minus. Jest to niezwykle poruszająca książka, jak dotąd najlepsza z książek tego autora, z którymi miałam okazję się zapoznać. Jest smutna, przemyślana, poruszająca. Cieszę się, że się z nią zapoznałam
Lubię twórczość Małeckiego, ale na tle wszystkich do tej pory przeczytanych książek wybiła się tylko "Rdza" - reszta zdobywa u mnie nieustannie ocenę 3/5, czyli jest dobrze, ale bez zachwytów i skradzionego serca. Byłam bardzo ciekawa "Święta ognia", który chyba jak żadna inna książka Małeckiego, zdobywa bardzo zróżnicowane opinie.
W przypadku książek często mam odmienne zdanie niż większość i tutaj znowu to nastąpiło. Być może to zasługa wspaniałego audiobooka, który bardzo do mnie przemówił, a może również braku przodującego wątku realizmu magicznego, z jakiego słynie twórczość Małeckiego, a za czym ja osobiście nie przepadam.
Być może nie jest to obiektywnie najlepsza książka. Być może jest schematyczna oraz nieco sztampowa. Być może jest mało autentyczna. Jednak jednocześnie ma w sobie coś, co mnie do niej przekonało i przyciągnęło, stając zaraz za dotąd najlepszą "Rdzą".
To bardzo miła rzecz. O patrzeniu: na życie, siebie z boku, innych wewnątrz nas samych, blok za oknem. Ale na tej kliszy sens tej książki zaczyna wręcz zabiegać o koniec. Trójdzielna narracja rozgrywa się tak naprawdę tylko w obrębie własnego tematu, bez polifonii, bez planów równorzędnych. A swój pojedynczy charakter buduje doświadczeniem, stylizacją przeszłość-skutek, nie wprowadzając w prawdziwą i głęboką konfrontację z postacią - ani nawet głosem postaci. Dysproporcja między perspektywami (gdzie przoduje Nastka, a gubi się jej ojciec) nie byłaby żadnym poważnym zarzutem, gdyby nie odwrotne rozchwianie ich jakości. Nie mam wystarczającej wiedzy, żeby oceniać kreację Anastazji w zdaniach twierdzących, jednak podczas słuchania niejednokrotnie dawałam świdrować sobie w głowie pytaniom: czy to naprawdę tak? Tak się czują i piszą osoby z niepełnosprawnością? I czy Pan, Panie Jakubie, zna odpowiedzi na te pytania? Podświadomość stawia werdykt następujący: trzy razy na "nie". To postać Łucji wydaje mi się stworzona najskrupulatniej. Przy czym jej wątek fabularny wzbudza poczucie tak silnej niekonsekwencji, że aż ciężko mu uwierzyć na słowo. Słowo, które jest tu w całości ładne, półuśmiechnięte, lekko naiwne, niby nasze, o nas. I bardzo sprawnie operuje tymi symptomami rzeczywistości, tym byciem nami w tym, w czym się zapominamy. Ale czy to rzeczywistość zwierciadlana, powieszona nieco krzywo? Obawiam się - czuję - że tak.