Rzeczywistość pokracznieje i staje się coraz dziwniejsza. Po traumatycznych przeżyciach dwoje rodzeństwa postanawia wrócić do rodzinnego miasteczka, by zmierzyć się z przeszłością. Podczas podróży ożywają wspomnienia. To właśnie tutaj, w Tszczycach, pewien szarlatan, opętany pragnieniem nadludzkiej potęgi, zawiązał niegdyś pakt z diabłem i zabił swoją ukochaną. Nikt nie domyśla się, w jak wielkim niebezpieczeństwie znaleźli się mieszkańcy małej miejscowości.
Książka, przesiąknięta makabrycznym erotyzmem, nawiązuje do powieści gotyckiej, czarnej groteski i filmów noir. Ukazuje losy ludzi zagubionych w szaleństwie, we własnych wygórowanych ambicjach oraz fałszywych przeświadczeniach o sobie samych. Atmosfera grozy tego konwulsyjnego i zdegenerowanego świata stanowi tło dla poczynań bohaterów oraz ich najskrytszych pragnień.
Po przeczytaniu „Ganimedesa” tego autora na „Szarlatana i Hermafrodytę” czekałam z zapartym tchem. Wiedząc jakimi zdolnościami pan Bartosz się posługuje jeśli chodzi o tworzenie języka pisanego nie mogłam przejść obok nowej pozycji obojętnie. A do tego po blurbie widać że tematyka książki ma oscylować wokół szaleństwa i zgubnych żądz to już w ogóle byłam ukontentowana, spodziewając się mrocznej i intelektualnie satysfakcjonującej powieści. Czy autor udźwignął tak wielki ciężar? Zdecydowanie tak! Elokwentne (tak że sama musiałam zaglądać do słownika od czasu do czasu bo mnie tej elokwencji brakowało) snucie opowieści o trzech całkiem różnych bohaterach i ich powolnym upadku mrozi krew w żyłach, a fakt że żadnego nie da się do końca lubić wynika tylko z ogromnej wiarygodności. Mimo to, wciąż im jakoś kibicujemy, może z litości, i pragniemy by w końcu udało im się osiągnąć ich cel, albo chociaż odnaleźli spokój. Całość jest napisana z udziałem niesamowitej wrażliwości i plastyczności, gdzie empatyczna osoba może bez problemu odczuwać emocje razem z bohaterami. A nie są to łatwe emocje, a przelane na papier tak jakby sam autor czuł to samo podczas tworzenia. To nie jest łatwa powieść, jest ciężka emocjonalnie i trzeba przygotować się na pewne dziwnostki, które niektórym mogą przeszkadzać.
Tszczyce. Miasto, jakby istniejące poza czasem. Po latach wracają do niego bohaterowie, dwoje rodzeństwa, którego ród wywodzi się od czarnoksiężnika, o którym szeptano, że zawarł pakt z diabłem.
Dawne wydarzenia ponownie wychodzą na powierzchnię. Pojawiają się motywy obsesji, ambicji i magii. Miasto stopniowo zaczyna odsłaniać swoje mroczne tajemnice, a podczas lektury ma się wrażenie, że śledzi się raczej zapis snu niż realistycznie zbudowaną opowieść. Tszczyce sprawiają wrażenie zamkniętej przestrzeni o własnej pamięci, w której przeszłość nie ustaje, a relacji między ludźmi nie da się oddzielić od starych przewin.
Autor operuje mroczną, bardzo gęstą atmosferą. Tekst zbliża się do gotyki i okultystycznej symboliki, miejscami przechyla się w stronę surrealizmu i psychologicznego napięcia.
Fabuła nie jest całkiem linearna; nacisk położony jest na obrazy, nastrój i wewnętrzne stany postaci.
Pamiętacie, jak mówiłem, że współczesnej literatury prawie nie czytam? Mówi się, że wyjątek potwierdza regułę i to jest właśnie jeden z takich wyjątków.