Vyrostl v Lomnici nad Popelkou. Navštěvoval gymnázium v Turnově, po něm vystudoval Pedagogickou fakultu Technické univerzity v Liberci (obor němčina – dějepis). Dále studoval v Praze a Curychu. V letech 2001 až 2002 pobýval v Berlíně, kde obdržel novinářské stipendium na Svobodné univerzitě. Pracoval jako učitel, DJ, manažer punkové skupiny, hotelový portýr a naposledy jako novinář v deníku Právo. Nyní je spisovatelem na volné noze. Příležitostně vystupuje se skupinami U-Bahn a The Bombers, píše také písňové texty (mj. pro skupiny Umakart a Lety mimo). S básníkem a prozaikem Igorem Malijevským pořádá v pražském Divadle Archa každý měsíc literární kabaret EKG. Prvotina Nebe pod Berlínem (2002) ho proslavila. Kniha získala Cenu Jiřího Ortena a byla také oceněna jako Nejkrásnější kniha roku. Román byl přeložen do pěti jazyků. Vydal také trilogii komiksů Alois Nebel (spolu s kreslířem Jaromírem 99, tj. Jaromírem Švejdíkem, Bílý Potok, Hlavní nádraží a Zlaté Hory, 2003–2005) o česko-německém výpravčím vlaků, sloužícím na malé stanici v Sudetech.
Cosa succede quando una forza inarrestabile incontra un oggetto inamovibile? Questa è la domanda che ci si fa, quando eventi drammatici travolgono la vita di ciascuno di noi. A questo paradosso prova a dare una risposta Fleischman, il protagonista di questo romanzo, rimasto orfano dei genitori quando era ragazzo. E dalle ceneri della sua giovane vita, prova a guardare in alto, per emergere, come se lui stesso fosse nei rami di un albero radicato nella sua città, che non riesce ad andare altrove, ma che è sempre teso verso l'alto.
"Quel che so, è che il centro del sistema solare è il Sole. Il centro di un uragano è il suo occhio. Il centro di un temporale è il cumulonembo. Quel che so, è che il centro dell’alta pressione si trova solitamente sopra le Azzorre. E il centro della bassa pressione più a nord, da qualche parte tra l’Islanda e la Scandinavia. La maggior parte delle volte."
Fleischman comincia il suo percorso di cura, con una dottoressa che gli consiglia di scrivere tutto su un quaderno: desideri, sogni e bisogni. Il potere taumaturgico della scrittura.
"Dovete avere la forza di prendere in mano carta e penna e riversare sul foglio tutti i vostri problemi, come sto facendo io con voi, anche se non ho intenzione di suicidarmi. Voglio solo volare via. Dovete avere la forza di dare una leccata alla busta, di chiudere la lettera e di imbucarla, dovete avere la forza di riuscire a immaginare l’espressione di chi la leggerà dopo un paio di giorni. Dovete avere la forza di trasmettergli ciò che vi pesa, una parte del vostro infinito. Innanzitutto, però, dovreste avere qualcuno a cui spedirla una lettera così."
Fleischman si sente costretto a stare nella sua terra, che è la sede anche del Grand Hotel di famiglia: "Pensai che anche attorno alla nostra città c’era una specie di cortina di ferro. La mia cortina di ferro, che non mi vuol lasciar andare via, ma che io supererò."
La dottoressa lo incoraggia a trovare la sua strada e che ci vuole tempo se le ferite sono profonde, ci vuole tempo per guarire, ci vuole tempo per risolvere il proprio passato. Ci vuole tempo, cura e anche il coraggio di lasciar andare quei dolori famigliari che hanno segnato l'infanzia e l'adolescenza. E bisogna imparare a guardare il cielo e a trarre dal cielo gli insegnamenti necessari per crescere. Fleishman lo fa e ci lascia questo in dono: "Durante il viaggio di ritorno mi disse che ogni cosa ha bisogno del suo tempo, che ci saremmo riusciti, che un giorno tutti i muri di ghiaccio si sarebbero sciolti. Non so se nel mio caso si tratta di ghiaccio.
[.]
Ma la dottoressa disse che quello era solo un esempio. Una metafora. Che sapeva che ce l’avrei fatta. Che avrei trovato la mia strada. E che lei mi avrebbe aiutato. E se non fosse stata lei, l’avrebbe fatto qualcun altro. Io questa la chiamo certezza."
Duc in altum, semper!
"Ce l’ho fatta. La vita vi offre solo due direzioni. Una porta in alto. E anche l’altra porta in alto. Ma con una deviazione verso il basso. Attraverso il vostro personale infinito. Il problema è che non sapete mai in quale direzione vi state dirigendo."
Další Rudišovo kniha, co mě naprosto dostala. Je fakt, že se člověk do příběhu musí ponořit a na začátku se ve čtení trochu přemáhat, ale pak, pak vás to do děje naplno vtáhne a vy se najednou přistihnete, že máte pocit, jako byste byli na Ještědu společně s hlavním hrdinou, Fleischmannem. Jako byste společně s ním cítili onen chlad a samotu, která tam převládá, která vás naprosto obklopuje a prostupuje vším. Fleischmann, tak trochu blázen, který je toho názoru, že za všechno může počasí. A o ničem jiném než o počasí vlastně ani nemluví, nic jiného ho nezajímá. Fleischmann, který je tak trochu chudák, který se vymyká měřítkům "normálnosti". Během četby jsem si ho ale (a možná právě proto) zamilovala a nejradši bych ho objala, jak mi ho bylo líto. Někdy naše životy nejsou jednoduché a tento příběh je toho jen ukázkou. A závěr knihy, bože... běhal mi mráz po zádech.
Poslechla jsem na Vltavě, ale nějak nevím, o čem to vlastně je. Už (teprve) druhá kniha od autora, kterou jsem zkusila, a ani jedna se mi nelíbila (a to má Winterbergova cesta dobré hodnocení, ale tu jsem nedočetla). Asi je to víc mnou, ale J. R. nebude "mým" autorem. Nerozumím, co chce sdělit.
It's not a bad book in itself: The story of an outsider with psychic problems (probably a very light form of autism) is narrating some complications of this world in a simple-minded way. It's all related to weather conditions. The symbolism is not too thick, yet therefore also not too deep. Again, it could be a good book. If there had not been so many similar books already. It's for instance interchangeable with Die Weiteren Aussichten: Roman and it's not as powerful as Zuzana Brabcová's outcast-sailing-through-heavy-weather novel Daleko od stromu. It also shares the current wave in younger Czech writers' of thinking about the expelling of the German-speaking people after WW II, for example with Patriarchátu dávno zašlá sláva. So in the end I can also wish I had read Rudiš's book before all the other ones mentioned. I probably would have enjoyed it more.
2 stars, because I did not enjoy it, however objectively it's not a bad book. We follow a character who doesn't behave like most of us, and has a very unusual hobby-atmospheric phenomena, especially clouds. The book is from his perspective as he goes back to the beginning of his life and tells us about it. The writing style is quite unique, it was not a fit for me, but I can appreciate it. In this book there is described living in Czech republic several dozen years ago. Knowing all this, and appreciating what the author did here, I was kinda bored while reading it. This was not a thing for me, but I would recommend it to some
Somehow this didn't really catch me. An interesting read, yes - nice thoughts and parallels between humans and clouds, yes - a good story even also yes - but I never fully connected and somehow I felt left aside. I guess it's the first person narrator - you either like or dislike his style and in my case it was the latter. But I learned some things about Czech and the Jested and its grand hotel and could even imagine to go and see that place one day. So overall I'm happy I've read it but it's nothing I would enthusiastically recommend....
Ósma książka w tym roku. Wpierw kilka lat temu widziałem film, teraz przeczytałem książkę. To opowieść o przekraczaniu barier, szczególnie tych własnych. Historia młodego mężczyzny, który będąc outsiderem żyjącym w chmurach, zafascynowany jest zjawiskami pogodowymi, w które ucieka przed rzeczywistością. Historia o realizacji marzeń. Świetne są tu mnie lub bardziej rozbudowane poboczne wątki jak ten, którego bohaterem jest Franz. Tworzą one koloryt powieści — mimo że Rudiš kreśli, a nawet szkicuje je zazwyczaj w krótkich kilkustronicowych rozdziałach — pogłębiają jej tło o dzieciństwo, historię, nostalgię, aspekty społeczne i obyczajowe. Niezbyt obszerna powieść (233 strony) staje się dzięki temu gęsta i złożona. Dla miłośników subtelnego czeskiego humoru przefiltrowanego przez goryczkę codzienności „Grandhotel” będzie zapewne tak samo jak dla mnie udaną lekturą.
Ještěd, góra na której stoji tytułowy „Grandhotel” to musi być magiczne, miejsce. Oficjalny rekord wejść dla jednej osoby na ta górę w ciągu jednego dnia wynosi 7 wejść i zejść. Nieoficjalny rekord wynosi podobno jednak 20 wejść i zejść w ciągu jednej doby. (!!!! – trudno w to uwierzyć, ale są wyczynowcy biegający po górach i jak ktoś ma kondycję, teoretycznie mógłby to osiągnąć, będać praktycznie w biegu non-stop, robiąc przerwy nie dłuższe niż kilka, kilanaście minut, przy każdym wejściu i zejściu) Roczna ilość wejść i zejść w ciągu jednego roku kalendarzowego dla mężczyzny wynosi ponoć prawie 800 razy, dla kobiety wynosi ponad 730 razy. Ta statystyka pokazuje, że góra Ještěd pod Libercem musi być niesamowitym miejscem, skoro spora grupa ludzi tak obsesyjnie zdobywa ten szczyt. Ciągle pojawiają się nowi zapaleńcy próbujący poknać rekordy swoich poprzedników. I dodam --- chodzi tu o wejście na Ještěd na własnych nogach, bo przecież na tą górę można też wjechać kolejką linową.
Niedawno byłem w Libercu, w tym roku kalendarzowym w sumie już dwa razy. Ještěd zdobyłem raz – i przyznaję się bez bicia, nie pieszo, lecz wjechałem kolejką linową. Odkryłem również magię tego miejsca, ale nie w tym roku, już kilka lat temu, w 2009 roku, kiedy obejrzałem film „Grandhotel”. Zresztą wszystkie filmy Davida Ondrícka są niesamowite, „Samotari”, „Septej”, „Jedna ruka nietleska”. Niesamowity klimat, humor przeplatany melancholią. Odkąd obejrzałem „Grandhotel” regularnie powracam do tego filmu, to mój zdecydowany faworyt. Nawet na jednym z moich smartphonów mam nagrany ten film. Wyrywkowo go oglądam, jak tylko przyjdzie mi ochota. Kupiłem też ścieżkę dzwiekową „Grandhotel” Jana P. Muchova. Jest świetna. Pasuje do każdego nastroju.
Książkę „Grandhotel” kupiłem w formie ebooka w jezyku niemieckim. Po książkę jednak sięgałem znacznie rzadziej niż do filmu. Postanowiłem to zmienić, i mimo, że książkę już kiedyś przeczytałem, postanowiłem przy okazji ostniej wizyty w Libercu na nowo przeczytać. Pewnie gdyby „Grandhotel” istniał jako audiobook to o wiele częściej bym powracał też do książki, ze względu na to, iż jakoś łatwiej mój mózg przyswaja audiobooki niż pismo pisane.
Inni recenzenci i czytelnicy porównują bohatera „Grandhotel” do Foresta Gumpa, Don Kichota. Ja nie czuję potrzeby aby dokonywać takiego porównania. W innych opiniach i recenzjach spotkałem się też z komentarzem, że książka „Grandhotel” praktycznie nie posiada akcji i przynudza. To już kwestia chyba samego gustu czytelniczego.
Głównym boaheterem jest Fleischman. W zasadzie nie wiemy jak się naprawdę nazywa, bo Fleischman to jego przezwisko. Ale wiemy ile ma lat. Ma około 30 lat. Dziecko lat siedemdziesiątych.
Początek ksiązki to jakby jej koniec. Narracja książki jest zbudowana tak, że Fleischman w pierwszej osobie opowiada nam o swoich przeżyciach, przemyśleniach, refleksjach. Otwarcie książki to miłe wprowadzenie w którym Fleschman nam komunikuje, że wszystko się dobrze skończyło, że przeżył, że z sukcesem zakończył pewną podróż odkrywczą, podróż w prawdziwego tego słowa znaczeniu i podroż w przenośni.
Im dalej się w książkę zagłebiamy, tym lepiej poznajemy Fleischmana, jego problemy, jego sytuację życiową. Na początku książki pada bardzo ważne wyznanie Fleischmana, wtedy jeszcze nie wiemy jak za przeproszeniem popieprzone miał dzieciństwo i życie. Ale Fleischman na wstępie mówi: grunt to poznać swoją przeszłość, zmierzyć się z nią, odkryć i zrozumieć jej znaczenie dla nas samych. (świetę słowa)
W trakcie czytania poznajemy perypetie z przeszłości Fleischmana, to jak został bez rodziców, jak go przygarnął szowinistyczny, samolubny, samczy kuzyn Jegr, który oprócz seksu niczego nie ma w głowie. Zresztą Jegr na siłę chce przekonać wielokrotnie swojego wychowanka, że „pieprzenie” w życiu jest najważniejsze. Jegr oprócz upodobania do seksu i zaliczania kolejnych to kobiet, jest czystym prostakiem, nacjonalistą czeskim, zaprzeczającym nawet temu, że miasto Liberec silnie związane jest z niemiecką kulturą i w szkołach powinno się dzieci uczyć, że to czysto czeskie miasto. Jegr jest zagorzałym fanem klubu piłarskiego Slovan Liberec. Jego marzenie to pomóc swoijemu ulubionemu klubowi piłkarskiemu. Najchętniej zostałby sędzią liniowym po to aby sędziować na meczach Slovanu Liberec, i w przypadku spalonego, celowo nie podnośić chorągiewki, po to aby Slavia mogła jak najwięcej strzelać goli, nawet ze spalonego.
Jegr, nasz czeski nacjonalista ma też jasną opinie o „Polaczkach” -- w przeciwieństwie do Czechow maja lepszą smykałkę do interesów, są bardziej widoczni na świecie bo maja nawet własną przetwórnię rybną wraz z osiedlem baraków w Islandii (!!! Ma Polska rzeczywiście coś takiego w Islandii??).
Opróczy bycia szowinistą, seksoholikiem i nacjonalistą, Jegr za czasów komunizmu był prawdziwym komunistom, bezgranicznie oddanym szstemowi. Aktywnie działał jako tajny współpracownik „Ještěd”. Po upadku komunizmu miał następnie powiązania z mafią, lub przynajmniej regularne kontakty.
Uśmiałem się, jak Fleischman wspomniał Jegrowi, że Liberec jest związany z kulturą niemiecką. Jako zagorzały kibic piłkarski, na to mu Jegr odparł, żeby Fleschman przestał takie bzdury mówić, bo Slavia Liberec nazywa się nie bez powodu Slovan, bo jest słowiańskim klubem w słowiańskim mieście, i przecież nie nazywa się żadną Germanią Liberec, no i pewnie Fleischan to by wolał, żeby Slovan nazywał się Germranią, i lepiej, żeby Fleischam przestał tak mówić o słowiańskim Libercu.
Fleischman regularnie, w czwartek o 16:00 ma sesje u psychoterapeutki, i dużo dowiadujemy się o jego sesjach psychoterapeutycznych. Fleischman nie ukrywa, że ma problemy. Nigdy nie był poza Libercem i nie może się zdobyć na opuszczenie tego miasta. Jednak z natury jest wielkim odkrywcą. Odkąd tylko może, śledzi regularnie pogodę w Libercu i nie tylko. Jest meteorologiem, amatorem, ale takim fachowcem, że ogądając prognozę pogody w telewizji jest w stanie wyśledzić błędy rzeczowe popełniane przez pogodynkę. Fleischman codziennie wielokrotnie dokonuje pomiarów temperatury, stopnia wilgotności, ciśnienia. Zna się na chmura i potrafi sam przepowiadać pogodę. Jest moim zdaniem geniuszem meteorologiem. Wszystko skrupulatnie dokumentuje, rysuje wykresy. Jego dokumentacja meteorologiczna jest tak dokładna, że z dokładnością do dnia jest w stanie określić jaka była pogoda, ile spadło opadów, jakie było ciśnienie. Niesamowite.
Fleischman w życiu koncentruje się głównie na pogodzie, na studiowaniu pogody, zawodowo pracuje w Grandhotelu, gdzie również mieszka. Wychowujący go kuzyn, Jegr wydaje się mieć ważną funkcję w Grandhotelu, jaką dokładnie, trudno powiedzieć, albo jest właścicielem, albo managerem. W każdym bądz razie, ma jakąś funkcję kierowniczą.
Pomimo trzydziestki i tego, że Fleischman wychowywany był przez seksoholika kuzyna który ciągle mu radzi jak zdobywać kobiety, Fleischman jest prawiczkiem, nie miał jeszcze swojej miłości, nie był z rzadną kobietą. Ale mimo tego, i chociaż że Jegr martwi się o swego wychowanka, Fleischman, nie robi z tego tragedii. Dalej idzie pewnie przez życie probójąc jak najbardziej jak to tylko możliwe realizować się w życiu. Ma swoje zdanie, swoje wartości, mówi to co myśli i nie jeden raz stanowczo dyskutuje ze swoim wychowacą, kuzynem Jegrem. Jak Jegr przegina, Fleischman asertywnie odpowiada i reaguje na bzdurne pouczenia i rady życiowe Jegra. Dialogi między Jegrem a Fleischmanem są naprawdę świetne.
**************** Tak a propos – odwiedzając w rzeczywistości Grandhotel na górze Jested, pozwoliłem sobie zażartować i na recepcji zapytałem, czy Fleischman i Jegr jeszcze tutaj pracują. Niestety mój żart nie został zrozumiany. Jak powiedziałem, że chodzi mi o bohaterów filmu Grandhotel, dopiero wtedy dziewczyna pracująca na recepcji trochę zakumała o kogo mi chodzi. Żart na recepcji nie za bardzo mi się udał. Jednak inaczej zareagowała kelnerka. Ta się strasznie uśmiała na ten żart. Dostałem nawet drugie espresso za darmo. ****************
Fleischman cierpi na niemożność opuszczenia Liberca. Wisi to nad nim jak jakieś fatum. Fleischman nie czuje się ani źle ani wyjątkowo dobrze w Libercu, lecz jakoś w sam raz. Liberec to taka strefa komfortu dla niego, „comfort zone”, jednak nie może się wyrwać mimo wielokrotnych prób z tej swojej strefy komfortu. Nie może opuśić swój „comfort zone”.
A kto z nas lubi opuszczać strefę komfortu? W sumie mało ludzi robi to dla przyjemności. Lubimy iść przez życie czując się pewnie, bezpiecznie. Ale czy to nam służy? Czy w takim przypadku realizujemy swoje marzenia, rozwijamy się jako ludzie?
Na samym wstępie książki jednak Fleischman nam komunikuje, że jemu się to udało. To dla mnie niesamowite przesłanie tej książki, bo według mnie ta książka ani nie jest o czeskim Forrescie Gumpie, lub czeskim Don Kichocie, lecz jest po prostu o tym, co to dla młodego człowieka oznacza wyrwać się ze swojego własnego, cieplutkiego, dobrze znanego „comfort zone’u” no i przy okazji poznać i zrozumieć własną przeszłość i przy tym wszystkim podjąc odpowiednie decyzje i potrafić je zrealizować, tak aby być w zgodzie ze sobą i z innymi.
Książka i w zasadzie również film (i tu uwaga – różnią się przebiegiem i rozwojem akcji. Trailer filmu: https://www.youtube.com/watch?v=ZroXI... ) jakoś skojarzyły mi się z książką Ceceli Ahern, „Sto imion”, w której główna bohaterka, też osoba trzydziestokilkuletnia przechodziła drogę poznaczną związaną z odkryciem siebie samego.
Fleischman i Kitty to inne charaktery. Ich sytuacja życiowa jest inna. Ale to co ich łączy to wiek, przełomowy etap życiowy, no i trudna droga, trudna podróż odkrywania samego siebie.Trudna, ale cenna, dająca ważną nagrodę na koniec.
Kończąc nie mogę się powstrzymać od zacytowania słów piosenki „Czas nas uczy pogody” autorstwa Jacka Cygana. Pasuje ona świetnie do tej książki. Pogoda, meteorologia przewija się przez ksiązkę. Ale nie tylko to o pogodę chodzi, lecz przede wszystkim o wpływ czasu, odkrywanie samego siebie, poznawanie przeszłości. To są dla mnie kluczowe wątkami, i jeśli w jakiś krótki sposób miałbym podsumować książkę, „Grandhotel”, to użyłbym słów: Czas nas uczy pogody.
Widziałam wiatr o siwych włosach, roznosił spokój wśród pól, w ciepłe babie lato kości grzał, a innym razem lasy kosił, spadał ostrzem z gór, młody był, Bogiem był i gnał wolny tak.
Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody, zaplącze drogi, pomyli prawdy, nim zboże oddzieli od trawy. Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz jestem tak młody, czas nas uczy pogody, tak od lat, tak od lat.
Ilu ludzi czas wyleczył z ran, zamienił w spokój burze krwi, pewnie kiedyś tam, pod jesień tak, też czoło wypogodzi i wygładzi brwi.
Widziałam dni w muzeach sennych, o wnętrzach zimnych jak lód, starsi ludzie w rogach wielkich sal, księgi pięknych myśli pełne, pokrył gruby kurz, herbaty smak, kapci miękkich szur, spokój serc.
Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody, zaplącze drogi, pomyli prawdy, nim zboże oddzieli od trawy. Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz jestem tak młody, czas nas uczy pogody, tak od lat, tak od lat. ............
Coraz bardziej przypada mi do gustu twórczośc Jaroslava Rudisa. Planuję dalej odkrywać jego twórczość.
Rudiš mě baví, tudíž mě bavil i Grandhotel. Samozřejmě jsem viděla i film a samozřejmě se nemůžu a nedovedu vyhnout srovnávání. Ačkoli jsou to v zásadě dva dost jiné příběhy. O to mě ta knížka vlastně víc bavila, jak je jiná. Jak je tam spousta věcí navíc a vlastně líp. Ale pořád chápu, že film je jen adaptace, jasně :) Mám ráda Rudišovy divné charaktery, pravda, on asi normálního hrdinu napsat neumí a to, co jiným může přijít jako póza a stylizace, to já mu věřím. Přijde mi to současné, věrné, dobře napsané a Fleischman je zkrátka strašně fajn mimoň. Baví mě, jak mluví, myslí, dýchá, kouká na mraky, všechno… a zas bych jela na výlet na Ještěd! :)
Tak zvláštní kniha, že člověk vlastně až do konce neví, jestli se mu líbila, nebo ne. Za mě první věc, co jsem si od Rudiše přečetla, ano, chápu, proč jeho styl tak okouzlil tolik čtenářů, dar slova rozhodně má, stejně jako schopnost probudit ve čtenáři celou škálu emocí. Zároveň jsem u Grandhotelu trochu bojovala s "příběhem o ničem", který funguje prvních sto stran, ale potom už moc ne, a to ani přes brutálně odzbrojující Fleischmannovu upřímnost. Ano, na Grandhotel asi dlouho nezapomenu, ale taky se k němu už asi nevrátím.
Hurikán je tropická cyklona. Hluboká tlaková propast. Pustošivý vítr. V Japonsku se mu říká tajfun. V Austrálii willy-willy. V Karibském moři uragán. Ke svému vzniku potřebuje tři věci: teplou vodu, vlhký vzduch a sbíhavé rovníkové větry. Ale dost možná stačí, když někde mávne moucha křídly. Nebo motýl. Nebo komár. Nebo když někdo někomu zamává na ulici. Možná proto já nikomu nemávám, abych tím mávnutím nezpůsobil katastrofu.
Film je prý lepší než knížka. Tak jsem si to nepokazila a nejdřív přečetla knihu. Velmi rudišovské. Nebe pod Berlínem bude navždycky jenom jedno, ale Grandhotel je docela fajn.
Znáte takový ten pocit, kdy začnete číst knihu a hnedka od první strany víte, že to prostě bude skvělý? Tak přesně takhle jsem to měla s Grandhotelem od Jaroslava Rudiše. Nestává se mi to často, ale tady se to vydařilo a fungovalo to až do konce. Krátké, svižné kapitoly nás zavádí do Liberce, který je český, ale taky svým způsobem německý - a je to z té knihy dost dobře poznat, jak moc dobře autor tohle prostředí zná. To místo, konkrétně hotel Grandhotel na Ještědu, tu hraje svou významnou roli - myslím, že ten genius loci tu je velmi silně vepsán - jako by to prostředí hotelu bylo samostatnou postavou ovlivňující postavy lidské, bez které by to prostě nešlo. To je prostě fantastické. V Liberci jsem v minulosti sice byla, na vrcholku Ještědu ale nikdá, tak mám najednou pocit, že to musím napravit. Hlavní hrdina Fleischman je svým způsobem smolař, ale přitom docela svéráz, jehož jsem si oblíbila od samého začátku. Bavilo mne sledovat svět jeho očima. Jeho komentáře šmrncnuté cynismem a ironií mne kolikrát dost odrovnaly a já se musela nejednou smát. Neumím to asi úplně přesně popsat, ale jeho nátura mi v něčem byla prostě blízká. Možná tím, že je svým okolím vnímán za podivína. A já se občas cítím stejně. Trochu mi v jedné věci připomínal Winterberga z Poslední Winterbergovy cesty - tak jako Winterberg míval záchvaty historie, měl Fleischman zase záchvaty počasí. A jako byl z Winterberga na mrtvici Kraus, tady byl z Fleischmana na mrtvici bratranec Jégr. Taková jako paralela, zdá se mi. Nestěžuju si. Tohle bylo prostě skvělý čtení a jako prostě 5 hvězd bez diskuze.
Uwierzcie, notka na okładce sugerująca, że będziemy mieć do czynienia z klimatem jak z Hrabala - nie jest żadnym nadużyciem! "Grandhotel" to wzruszająca, słodko-gorzka opowieść o nietuzinkowym człowieku w nietuzinkowym miejscu. "Jestem Fleischmanem do wszystkiego" - mówi o sobie trzydziestoletni bohater, który pozbawił się imienia, bo życie pozbawiło go wszystkiego innego. Fleischman bardzo kojarzył mi się z Forrestem Gumpem, z tym jego trochę naiwnym, dziecięcym spojrzeniem na świat, ze światem, który ma go za głupca. W wyniku splotu smutnych okoliczności bohater pracuje w Grandhotelu, miejscu między ziemią a niebem, ukrytym w chmurach, na punkcie których Fleischman ma obsesję. Zresztą nie tylko na punkcie chmur - obserwuje pogodę i ją zapisuje, bo to jedyny pewnik w jego życiu. Poza tym sprząta, pilnuje, podgląda, zbiera kuksańce dosłowne i metaforyczne. Widzi żywych i zmarłych, zaprzyjaźnia się z Franzem, który przekazuje mu mądrość życiową: "Człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził".
Sporo tu dziwactwa i absurdu. Rozsypywanie prochów kolegów, listy do pogodynki, relacje damsko-męskie, niemożność opuszczenia miasta, codzienne robienie zdjęć... Tu jest trochę onirycznie, surrealistycznie, narracja się urywa, tajemnice odsłaniane są nagle i często chwytają wzruszeniem za gardło. Autor zręcznie wplata w opowieść trudną czesko-niemiecką historię, pokazuje bohaterów, którzy mają marzenia, ale z ich realizacją bywa różnie. Zakończenie powieści mnie wzruszyło i utwierdziło w przekonaniu, że literatura czeska naprawdę jest "moja".
“A pak jsem se přeci jen rozhodl. ‘Nejradši mám zimu.’ Doktorka si to zapsala, ale přišlo mi, že ji to moc nepřekvapilo. A vás možná taky ne. Jo. Miluju zimu. Dech vám tuhne u pusy. Mraky zahalí hotel a nahrnou se do ulic. Lidi z nich mizí a ulice patří jen tichu, nekonečnému sněžení a mně. Líbí se mi, když všechno zapadne sněhem, když všechno dostane jednu barvu - bílou. Miluju zimu. V hotelu jsme většinou sami. I v lanovce. V tramvaji. V ulicích. Kdybych mohl, tak bych všechny lidi na chvíli vypnul, abych mohl být ve městě úplně sám. A slyšet, jestli má město nějaké srdce, něco, co jinak slyšet není, protože to přehluší tramvaje, auta a lidi. V ulicích jsem nejradši sám. Doktorka říká, že právě na tohle bych neměl myslet, že bych se měl snažit samotu překonávat. Že bych si třeba měl najít nějaké kamarády. Díky za radu. Jako bych se o to asi nikdy nesnažil. Ale když chcete být něčí kamarád, nestačí, že chcete jen vy. A tak kamarády nemám.”
"Dává to asi takový smysl jako manuál k japonskému videu." (...) Moderní česká p(r)óza. Was ist das? This fucking Rudiš guy. He is driving me fucking nuts, man. To jsou tři jazyky... a dává to v součtu asi stejný smysl jako 'Grandhotel'. "Boom, I'm so postmodern. And they all drink lemonade, THE END." Bože, něčemu tak hektickému... co podle mě není psaní (ne v rámci toho, jak se to samo prezentuje), nemá to rytmus, nemá to srdce... se u nás dávají nominačky a Magnesie, atd., tahle cena pro mě začíná být asi tak valid, jako kdyby mi někdo na potravinu nalepil, že to zkontroloval a ošetřil sám Babiš... asi se spisovatelům dávají špatné Magnesie, protože některým evidentně spíš chybí hořčík. Rudiš, dej si hořčík. Danke. 4/10
Ja veľmi trpím na takýchto knižných hrdinov. Tak ako sa píše v knihe, "Největší láska je soucit, jak říka moje doktorka.", a mám rada štýl Jaroslava Rudiša.
"Nemám mlhu rád. Mám rád mraky, protože mraky se hýbou. Cumuly. Slohy. Řasy. Mám rád věci v pohybu. Možná proto, že sám se pohnout neumím."
"Kdybych mohl, tak bych všechny lidi na chvíli vypnul, abych mohl být ve městě sám. A slyšet, jestli má město nějaké srdce, něco, co jinak slyšet není, protože to přehluší tramvaje, auta a lidi. V ulicích jsem nejradši sám. Doktorka řiká, že právě na tohle bych neměl myslet, že bych se měl snažit samotu překonávat. Že bych si třeba měl najít nějaké kamarády."
Melanholisks, skumjš, bet reizē arī dziļš un izjusts stāsts par kādu vīrieti, kurš apmeklē terapeitu. Visi domā, ka ar viņu kaut kas nav kārtībā, taču lasot mēs vienkārši saprotam, ka viņam tāpat kā mums visiem ir vienkārši problēmas, kas uzturas prāta nostūros un lien ārā kā tādi tarakāni.
Savādāk, iepazīstot, šo vīrieti mēs saprotam viņa stiprās, vājās puses, iepazīstamies ar skaisto un neglīto viņa dzīvē.
Romāns, kas raisa pārdomas un liek mums domāt par savām izvēlēm. Viennozīmīgi iesaku!
3,5* Knihy od Jaroslava Rudiše mám moc ráda, především jeho obyčejné a přece tak zvláštní a zajímavě vykreslené postavy. Grandhotel mi bohužel tolik neučaroval (na rozdíl od třeba Potichu) i tak to ale mělo něco do sebe, jen to nejspíš nebude má úplně nejoblíbenější kniha :) Každopádně jsem zvědavá na film!
Eine ungewöhnliche Geschichte rund um einen ungewöhnlichen Charakter in einer ungewöhnlichen Stadt. Wer das Hotel schon ein Mal besucht hat, kennt vielleicht dieses Gefühl über den Wolken zu schweben. Von der Story her top. Der Schreibstil lässt sich wohl auch nur mit "ungewöhnlich" beschreiben und deshalb leider nur 4 Sterne.
slabomyslní hrdinové a ztracené existence. nějaký nadhled nebo metafyzický přesah tam zřejmě měly přinést odkazy na oblohu a mraky, pro mě to příběhu žádnou novou hloubku nepřidalo. když půjdete do sámošky na rohu a někdo vám tam začne vyprávět svůj životní příběh, bude to podobné. ale jasně, nebude to mít tuhle čtivou, svižnou a sympatickou formu.
Poslouchala jsem jako audio. Skvele interpretovano, skvely zazitek. Pribeh jednoho obzvlast divneho “mrakomora”, postupne clovek rozkryva, proc je tak divny. Zabavny, vtipny i smutny. Prvni a urcite ne posledni kniha od Rudise, je to fakt super cteni.