Marzycielska, melancholijna, niepoprawnie romantyczna podróż po pustkowiach Litwy, Łotwy i Estonii. Autor zabiera czytelnika w jedne z ostatnich białych plam na mapie Europy, by odkryć na nowo ponadczasowy czar włóczęgi i życia bez planów. Niespiesznej wędrówce z namiotem towarzyszą nietuzinkowi przewodnicy: Tomasz Mann, Czesław Miłosz i… Muminki.
Pięknie wydana, ilustrowana zdjęciami opowieść o schyłku lata nad rozgrzanym przez zmieniający się klimat Bałtykiem – kompaktowy w formie, a zarazem gęsty od znaczeń Sierpień może być jednym z ciekawszych literackich debiutów tego lata.
“Szutrowa, niemiłosiernie pomarszczona jak piaszczyste dno Bałtyku droga ciągnie się już kilkunasty kilometr. Siłujący się z nią samochód wzbudza tumany pyłu, które osiadają na przyległych brzózkach i sosenkach, kładąc się na nich kolejną warstwą mącznej posypki. W bagażniku pełen ekwipunek biwakowy, ale ciemna noc nie nastraja optymizmem i perspektywa spędzenia najbliższych godzin na poboczu, przy zamkniętych szybach i pochylonych fotelach wydaje się być coraz bardziej realna.”
Widzę tuman kurzu, który wzlatuje w powietrze, gdy „szutrową, pomarszczoną jak dno Bałtyku drogą" jedzie samochód. Widzę zamki „piękne w swojej dysfunkcyjności", domy z akcentami w kolorze „błękitu nidziańskiego" oraz dzikie plaże, gdzie za ludźmi „nikt (...) nie tęsknił". Widzę długie zmierzchanie, „ślizgającą się po przybrzeżnej płyciźnie deskę" i „warstewkę porannej rosy wylanej na namiot". Oczyma wyobraźni widzę pustkowia Litwy, Łotwy i Estonii.
Krzysztof Żwirski pisze o terenach, które przez swoją nieatrakcyjność turystyczną stanowią niewiadomą, jaka może przyczynić się do lepszego poznania swojego wnętrza. Autor podróżuje przez „turystyczne centrum" (co oznacza jedyną asfaltową drogę, sklep i garstkę mijanych osób) oraz niemalże pozbawiony ludzi las. Przez własne życie oraz piękno chwili aktualnej. W świecie, do którego trafia łatwiej złapać oddech i łatwiej docenić niepozorne.
Już rozumiem, dlaczego ludzie, którzy choć raz sięgną po tytuł serii „z rękopisów" od wydawnictwa Austeria, już ciągle zerkają łakomie w stronę kolejnych pozycji! „Sierpień" wygląda bardzo niepozornie, ale na zaledwie 69 stronach skrywa sporo treści i to treści nieprzegadanej, podanej z dużym smakiem. Krzysztof Żwirski zauroczył mnie swoim spojrzeniem na świat i pozwolił choć na moment zobaczyć oczami wyobraźni prawdziwe oblicze wybrzeża liwońskiego. To rozleniwione, dające odpocząć od pędzącego społeczeństwa. To w którym rozkładamy namiot w lesie, a na dwóch wielkich sosnach wieszamy hamak. Zdradził jedynie fragment, który zachęca do podróży, a swoje obserwacje ujął w sposób, jaki zmusza do zastanowienia się nad dzisiejszym światem. Dzięki niemu odkryłam, że właśnie takie eseje pragnę czytać i zamówiłam dwa starsze z serii. Co jednak ważniejsze — Żwirski ujął mnie swoją wrażliwością i uważnym okiem. Zaabsorbował mnie swoją powolną opowieścią i zachwycił wstawkami z cytatami osób takich jak Tove Jansson czy Czesław Miłosz, bo wstawki te umieścił w tekście bardzo zgrabnie. Nie stanowią jedynie upiększacza i chwała mu za to! W dodatku w książce znajduje się kilka zdjęć autora, ale nie są one obrazem krajobrazu, a... Odbiciem nastroju, na jaki trafili. Co za cudowne dopracowanie dobrej treści! Treści, która zahacza o historię i zahacza o krajobraz.
„Potężne drewniane łodzie o trudnej do oszacowania metryce leżą do góry dnem na omszonych, kamiennych murkach odgradzających gospodarstwa. Napływ chaotycznych skojarzeń z innych stron – normandzkie miasteczka, złowrogie drakkary wikingów – wypełnia przestrzeń, wchodząc klinem w oglądane obrazy. A i tak największą, bo najprostszą przyjemność daje wdrapywanie się na murek, usadowienie się na odpowiednio okrągłej kupce mchu, zerwanie maleńkiego, kwaskowatego, niedopieszczonego przez północe słońce jabłka z drzewa obok i obserwacja zastygłych w złotej godzinie chałup. A potem przyjemność największa z największych – wyobrażanie sobie życia w tych chałupach, wyobrażanie siebie w innych butach i w innych realiach niż pozostawione w domu". s.33
W książce były dobre odniesienia i cytaty do literatury orbitującej gdzieś koło tematu, podbudowujące historię, ale też będące ciekawymi samymi w sobie. Styl był dla mnie trochę zawiły, przez, co na początku czytanie szło raczej mozolnie.
Rzutem na taśmę przeczytałem Sierpień w sierpniu. Nie będę ukrywał, że poza tęsknotą za krajami bałtyckimi, jeszcze ciekawość, co też Żwirek nawypisywał, przesądziły o lekturze tego mini eseju. Jest podróżniczy, ale w równej mierze do wnętrza autora, co po Litwie, Łotwie i Estonii. Moje wyobrażenie o tym czym będzie Sierpień spotkały się w połowie z rzeczywistością. Tam gdzie jest refleksyjnie, niespiesznie, wakacyjnie, schyłkowo, niezobowiązująco, z dystansem. Te lekko reporterskie obserwacje i wynikające z nich pełniejsze przemyślenia nad szerszym obrazkiem przenosiły mnie mentalnie do naszej wyprawy w te strony w 2013 roku. A była to dla mnie podróż magiczna i Sierpień jeszcze silniej rozbudził pragnienie powrotu na Saaremę i Mierzeję Kurońską szczególnie. Pamietam, że uderzyło mnie wówczas to, jak odmienne są te trzy kraje tak kameralne, niewielkie i blisko siebie położone. Z Sierpnia też to bije, ale po wszystkim mam wrażenie, że nie o tej konkretnej podróży to esej, a o Podróży. I chyba to mnie uwiera, że czasem Krzysztof może nazbyt daleko zbacza z drogi. Choć to przecież istota podróżowania, by z głównych szlaków schodzić. Jechałem dzisiaj rowerem wałem wzdłuż Wisły, po bokach w słońcu łąki rozgrzane i docierający z nich odurzający wręcz zapach nawłoci - sprawiały, że w transie pedałowania, wędrowałem przez Sierpień. Czytając fragmentami też ten zapach poczujecie.