Tajemnicze wzgórze, na którym trzy wiekowe dęby nie pozwalają rosnąć innym drzewom. Tajemnicza rodzina, w której w każdym pokoleniu tylko najstarsi synowie płodzą męskich potomków, zawsze trzech.
Tajemnicze morderstwo, o którym nikt nie chce mówić.
Prywatny detektyw Hubert Czarny dostaje zlecenie wyjaśnienia zbrodni, do której doszło w rezydencji rodziny Potockich. Już po pierwszych rozmowach z mieszkańcami dochodzi do wniosku, że nikomu nie zależy na znalezieniu mordercy, w dodatku każdy miał motyw i sposobność, by zabić. Pozostawiony sam sobie, Czarny bada skomplikowane relacje w ekscentrycznej rodzinie, prowadzące go w stronę sięgającej dziesięć pokoleń wstecz klątwy.
Piotr Borlik urodził się w 1986 roku w Bydgoszczy. Po uzyskaniu tytułu inżyniera na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym rozpoczął pracę w fabryce firmy Sharp. To właśnie tam podczas ciągnących się w nieskończoność wieczornych zmian napisał pierwsze opowiadania.
Dalsze życie zawodowe i nieustanne podróże po Polsce umożliwiły mu rozwijanie literackich pasji. Kilka lat spędził w Hiszpanii, gdzie południowy klimat Marbelli i codzienna porcja słońca motywowały go do tworzenia kolejnych tekstów.
Najczęściej można spotkać go zaczytanego w kryminałach, choć jak sam wspomina, ceni każdy rodzaj literatury, zwracając szczególną uwagę na polskich autorów.
Jest mistrzem Holandii oraz laureatem trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych, co nie pozostało bez wpływu na jego kryminalny debiut.
DYRDYMAŁY OD PAŁY Lewa półkula mojego mózgu musi chyba mocno rządzić prawą, bo kiedy tylko natrafiam w książkach na sytuacje sprzeczne z zasadami logiki (czytaj: horrendalne bzdury), od razu zapominam, że literatura może mieć również jakieś walory artystyczne. Kierowana przymusem wewnętrznym odkładam lekturę, licząc na to, że znajdę innych, nowych autorów, którzy nie będą robili wody z mózgu czytelnikowi.
Piotr Borlik już zaliczony, i na pewno nie będzie miał we mnie zagorzałej czytelniczki. Niezagorzałej - też nie.
Piotr Borlik kreuje w „Tajemnicy wzgórza trzech dębów” świat tak absurdalny i fizycznie niemożliwy, że książka ta może i będzie strawna dla wielbicieli powieści fantasy, ale czytelnik spodziewający się współczesnego kryminału dość szybko się nią udławi.
Zaczyna się tak: przemysłowiec obserwuje z dumą wyjście robotników z własnej fabryki. Powodem do dumy jest również fakt, że „każdy młody mężczyzna z jego rodu musi przepracować swoje w rodzinnej fabryce (…) a w pewnym momencie ojciec musi przekazać firmę pierworodnemu, nawet jeśli młodsi synowie bardziej się do tego nadają”. Klimat jak z „Ziemi obiecanej”, a zwyczaje, jak w rodzinie królewskiej – ale to zmyła. Wszystko dzieje się tu i teraz.
Absurdy w tej książce są dwojakiego rodzaju. Na pierwsze mogę przymknąć oko i przyjąć jako konwencję fantasy, obecność drugich jest jednak niedopuszczalna. Dowodzą one albo ignorancji autora w dziedzinie polskiej historii, albo niefrasobliwości w jej traktowaniu. Biorąc pod uwagę, że książka może wpaść w ręce podobnych ignorantów, utrwalając fałszywe wizje historii i błędne stereotypy i przysługując się do tworzenia kolejnych pokoleń ignorantów - taka działalność powinna być karana (przynajmniej zgryźliwą recenzją, jeśli inaczej się nie da).
Fabrykant wstydzi się, że rodzina nigdy nie miała tytułu szlacheckiego, a nosi nazwisko… Potocki (!). Jeżeli ktoś nie wie – doinformuję: to jedno z najbardziej znanych w Polsce szlacheckich nazwisk. Nie można było sobie tego wygooglować?! Redaktor też nie miał w szkole lekcji historii i tego nie wyłapał?
U Potockich rodzą się sami chłopcy. W każdym pokoleniu pierworodny syn ma zawsze trzech synów (niepierworodnym zdarzają się córki). I tak od kilku pokoleń. Nawet u Martina by to nie przeszło, ale co tam, pan autor sobie wymyślił i tak ma być.
Na terenie posiadłości rosną tylko trzy dęby, a żadne inne drzewa nie chcą rosnąć. No nie chcą. Wszystkie pozostałe rośliny - tak, ale drzewa - nie. Autor znów śmignął czarodziejską różdżką, i ma, co chce.
Ród Potockich od wielu pokoleń nieprzerwanie zarządza fabryką metalurgiczną i zamieszkuje w ogromnym pałacu. To chyba w alternatywnej rzeczywistości, w której nie było II wojny światowej i zajęcia fabryki przez Niemców, przez polskie ziemie nie przetoczyła się Armia Czerwona i nigdy nie było komuny. Fabryka nie została więc znacjonalizowana, właściciele nie stracili majątku, pałac nie został im odebrany i przeznaczony na siedzibę PGR-u albo Technikum Rolniczego i nie musieli odzyskiwać ruiny w latach 90-tych ubiegłego wieku, gdy już upadła komuna. I tak sobie żyją spokojnie, pomnażając majątek od kilkudziesięciu lat. Obawiam się, że znajdą się ludzie, którzy pomyślą, że to może być prawda, a biorąc pod uwagę liczbę pozytywnych ocen tej książki, obawa zamienia się w pewność.
Cała rodzina mieszka w pałacu wraz z liczną służbą. Cztery pokolenia w jednym miejscu. A w każdym pokoleniu przynajmniej trzech synów. Pałac wprawdzie ogromny, 34 pokoje, ale dajcie spokój! Wytrzymalibyście życie z rodzinką w takim zagęszczeniu, z despotycznym dziadkiem i masą durnowatych krewnych? Nawet gdybyście dostawali papu za darmo, a służąca prałaby wam gacie? W pałacu jest jeszcze krawcowa na etacie. Może to by was zachęciło? Autor chyba się zainspirował „Downton Abbey”, ale oglądał nieuważnie i epoki mu się pomyliły.
Kobiety w tej rodzinie nie mają prawa pracować. I większość, bez problemu się z tym godzi. Wyemancypowane jednostki przytrafiają się sporadycznie i pracują na czarno, ukrywając ten fakt przed seniorami rodu.
I wreszcie dochodzimy do intrygi, bo przecież podobno to kryminał. Przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że policja przestaje interesować się prowadzeniem śledztwa w sprawie morderstwa w pałacu już po kilku dniach, ponieważ jestem w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że można taki efekt uzyskać opłacając odpowiednie osoby odpowiednio wysokimi kwotami.
I tak na scenie zbrodni pojawia się prywatny detektyw. Jego dochodzenie polega na tym, że przepytuje kolejnych członków rodziny, ale nikt nie chce odpowiadać na jego pytania. Po kolejnym wujku, który w długiej rozmowie o niczym, miał do powiedzenia jedynie tyle, że nie ma nic do powiedzenia, nie zdzierżyłam. Basta! Panu Borlikowi już dziękujemy.
I jeszcze gwóźdź do trumny albo wisienka na torcie, co tam wolicie. Najciekawsza jest metoda pracy detektywa. Otóż zerka on sobie w ogromne lustro i ma wizje. I od razu wie, jak się sprawy mają. I po co to lustro? Przecież wystarczyłaby szklana kula, spiczasty kapelusz i czarodziejska różdżka.
Lubicie bajki? To przeczytajcie „Małego Księcia”. Oczywiście, zamiast. https://www.czytacz.pl/
Książki nie polecam fanom kryminału, bo to stanowczo nie ten gatunek a co robi w tym gatunku to nie wiem. Nie marnujcie czasu chyba, że macie go sporo na marnowanie czytania tego pseudo kryminału.
Recenzja "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" Piotr Borlik Prószyński i S-ka
Książka trafiła w moje ręce z rozdania u Ogród książek i od razu wiedziałem, że to jest coś dla mnie. Tajemne Wzgórze. Tajemniczą rodzina. Tajemnicze morderstwo. To brzmiało ciekawie, więc od razu zabrałem się za czytanie.
To był strzał w 10. Od pierwszych stron główny bohater, detektyw Hubert Czarny skradł moje serducho i mój umysł przez co znów stałem się czynnym bohaterem książki - siedząc wygodnie w fotelu z książką w dłoniach przenosiłem się do domu Państwa Potockich, wchodziłem po dębowych schodach, zaglądałem do pokoi domowników, rozkoszowałem się aromatem ziół w kuchni, rozmawiałem z bohaterkami i bohaterami książki... Razem z Hubertem walczyłem z nurtami i wirami, pozostawałem sam z wieloma pytaniami, czułem tak jak on, że coś/ktoś mi się wymyka. Wszedłem w rolę Huberta do tego stopnia, że w czasie, gdy czytałem książkę, to akurat w przeciwieństwie do niego, ja bałem się spojrzeć w lustro - taka sytuacja zdarzyła mi się po raz pierwszy, by jakiś motyw książki tak mocno na zawładnął. Panie Piotrze - GRATULACJE.
Powieść czytało mi się dobrze, choć potrzebowałem skupieni i ciszy (znów wprowadziłem terror w domu 😉), gdyż mnogość bohaterów, dialogów z nimi, drobnych, ale bardzo istotnych szczegółów tych rozmów - to wszystko finalnie miało bardzo ważne znaczenie. Każda kolejna przeczytaną stroną odkrywała przede mną nowe zaskakujące fakty. Natomiast finał książki przedstawiony mi został w tak ciekawy sposób, że się nim delektowałem - czytając wyjaśnienia Huberta na temat tajemniczego morderstwa nie mogłem wyjść z podziwu dla ludzkiego umysłu.
Książkę "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" bardzo Wam polecam. Od premiery mija miesiąc i uważam, że warto dać szansę Hubertowi i sięgnąć po nią w tych najbliższych jesiennym miesiącach. A ja cóż... czekam z zaciekawieniem na dalsze losy detektywa. W tym oczekiwaniu sięgnę po inne książki autora do czego i Was zachęcam.
"Tajemnica wzgórza trzech dębów" to książka jednego z tych polskich autorów, po których książki sięgam już w ciemno. Każdy kryminał okazuje się świetny. Jest zagadka, są dobrze wykreowani bohaterowie, a całość owiana tajemnicą i przyozdobiona śledztwem. Całość składa się na czytanie z zapartym tchem. Ale to nie oznacza, że kolejne pisarskie dziecko Pana Borlika musi być genialne, prawda? Każdy może się wypalić, zacząć powielać schematy, przestać zaskakiwać. To jak to jest z tym nowym kryminałem, którego okładka powala na kolana?
Tak, jak już tytuł sugeruje, w środku akcja toczy się wokół... trójek. Trzy dęby i nic innego nie rośnie. W tak specyficznej okolicy jeszcze dziwniejsza rodzina, w której tylko pierworodni płodzą synów i to każdy trzech. Znów ta trójka. I do tego, do kompletu morderstwo, które można odnieść wrażenie, wszystkim jest obojętne. Nikt nie chce wiedzieć kto zabił i dlaczego. Natomiast każdy miał motyw i powody, by to zrobić.
Jak na smakowity kryminał przystało, poznajemy głównego bohatera, detektywa Czarnego, który postanowi tę zagadkę rozwiązać. Rozmawia z członkami rodziny Potockich i cofa się wiele pokoleń wstecz, aby dowiedzieć się cóż to za klątwa na nich ciąży. Tylko dlaczego Czarny został sam z całym tym chaosem? Otóż oficjalne śledztwo zostało szybciutko zamknięte, a to stawia kolejne pytania, do których odpowiedzi brak. Naszego głównego bohatera wzywa najstarszy członek rodziny w charakterze prywatnego detektywa. Zamyka się to wszystko w jednej rodzinie, w maleńkiej zatem liczbie osób, w wielkiej rezydencji i wśród ogromu kłamstw i manipulacji. Czy Czarny znajdzie rozwiązanie? Czy jest na tyle zawzięty?
Gdzieś widziałam, że sam autor pisał o tym, że ta książka jest czymś innym i wyobraźcie sobie, że cała akcja zamyka się w zasadzie w jednym domu, w jednej rodzinie i przy jednym morderstwie. Nie mamy tym razem seryjnego, nie mamy rozbudowanego śledztwa, przy którym zaglądamy przez ramię specjalistom na miejscu zbrodni. Nie zaglądamy do ciała trupa podczas sekcji zwłok i w zasadzie nie zaglądamy w życie prywatne detektywa, który jest najważniejszą postacią w książce.
Co ważniejsze, Czarny nie jest człowiekiem typowym dla kryminałów, którego ja od razu darzyłabym odrazą, bo byłby już wyprany robotą, znudzony, pewnie pogrążony w nałogach. No cóż, to facet, którego najlepiej opisuje powiedzenie "ciekawość to pierwszy stopień do piekła". I tak właśnie bym go określiła. Zagląda tam, gzie nie powinien, w sumie jest też nieco bawidamkiem, ale i burdę wszczyna, bo czemu nie? Wyszłabym z nim na miasto i przypuszczam, że bawiłabym się przednio.
A co z morderstwem? Tutaj mamy zagadkę w stylu Agathy Christie. Nie jest istotne kto został zabity, w jaki sposób, ale dlaczego i kto się dopuścił zbrodni. A każdy mieszkaniec rezydencji miał powód, motyw, pewnie nawet pomysł jak się pozbyć niewygodnej osoby. A jak wiadomo, wśród rodziny różne sytuacje się zdarzają i często jeden na drugiego i nakapuje. Czy tak było w tym przypadku? Dowiecie się tylko z treści.
Borlik po raz kolejny stworzył książkę, na podstawie której z ogromną chęcią obejrzałabym serial lub film. Zagadka, przy której można się zakręcić, a na koniec i tak wpaść w szok, bo to jednak zupełnie inaczej wszystko się kończy. Czułam się ciągnięta z nas w różne kierunki! Polecam!
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka :)
Rodzina Potockich- stary ród, niesłusznie (według nich oczywiście) jeszcze nie otrzymali tytułu szlacheckiego. Tajemnicza śmierć jednego z członków rodziny, przyszłego dziedzica. W tle tajemnica, klątwa i dęby…
Detektyw Hubert Czarny zostaje wynajęty przez seniora rodu, aby odkryć i zidentyfikować sprawcę morderstwa. Nikt ani nic jednak tego nie będzie ułatwiał. Kłamstwa, wybiegi, półprawdy, szantaże… Rodzina Potockich ma naprawdę dużo za uszami.
Wydawałoby się, że umiejscowienie fabuły wśród takiego rodu zwiastować będzie elegancję fabuły i klasę bohaterów. Nic z tych rzeczy! Borlik stworzył ród kłamców, oszustów i krętaczy. Każdy chce uszczknąć dla siebie coś, a śmierć Marka budzi stopniowo coraz więcej pytań, nie dając jednocześnie prawie żadnych odpowiedzi. Czytelnik, razem z detektywem, zwyczajnie błądzą.
Naprawdę nie wiadomo, komu wierzyć. Bo o zaufaniu nie może być mowy. Klątwa, wedle której tylko najstarszy z synów będzie w stanie spłodzić synów (w liczbie trzech) staje się obsesją, którą pobudzają dodatkowo trzy dęby rosnące na wzgórzu. Muszę przyznać, że to naprawdę ciekawy pomysł na fabułę.
Niesamowicie podoba mi się, że Hubert nie jest typowym detektywem, który jest wypalony zawodowo i życiowo. Owszem, ma swoje tajemnice (które jednak rodzina Potockich dość szybko odkryła), ale lubi też wyzwania. Lubi dobrą kuchnię (ta sól selerowa będzie mi siedziała w głowie naprawde długo).
Lubię też, gdy właściwie zwłoki odchodzą w zapomnienie w sprawie. Jakkolwiek źle to nie brzmi. Widać wtedy, czy autor miał pomysł na odpowiedzenie sobie i czytelnikom na najważniejsze pytanie - kto, a przede wszystkim DLACZEGO zabił. Borlik udowadnia, że w głowie pomysł miał od początku ręce i nogi, dlatego czyta się to naprawdę szybko.
Trzeba przyznać, że zakończenie nie jest wybitnie spektakularne, ale jeżeli czytelnik szedł za sprawą razem z Hubertem naprawdę dokładnie, to i tak będzie zaskoczony rozwojem wydarzeń i wyjaśnieniem sytuacji.
Czekam na kolejny tom z detektywem Czarnym w roli głównej, a za egzemplarz książki bardzo dziękuję @proszynski_wydawnictwo! 🖤
Już opis z okładki zwiastował ciekawą historię bo trudno nie doszukać się analogii do twórczości Agathy Christie, a już to jest chyba rekomendacją najlepszą z możliwych.
Historia toczy się w dość wolnym tempie co teoretycznie powinno budzić mojego wewnętrznego potwora recenzenckiego jednak tutaj tak nie było, ponieważ to nieśpieszne tempo pasowało do trudnego śledztwa.
Ktoś może zarzucić, że książka jest przegadana jednak właśnie na tym tutaj polegało śledztwo, próżno szukać tutaj strzelanin, pościgu na wielbłądzie czy ataku peruwiańskich partyzantów, to nie tego typu historia. Borlik zaserwował potyczkę umysłów, dedukcję, analizę. Wiadomo, że każda rodzina ma swoje sekrety i będzie ich strzec jednak detektyw Czarny dzięki tym rozmowom krok po kroku dąży do celu.
Za co wielki plus dla autora to brak zapychających opisów, bo będąc szczerym śledząc obecne trendy literackie niejeden autor zaserwowałby mi tutaj milion dendrologicznych informacji, a i pewnie z trzy akapity poświęcone co porabia teraz Dąb „Bartek” by się znalazły.
Co mi mnie mniej urzekło to postać Huberta, generalnie to jest bardzo sympatyczny i zdeterminowany chłop jednak zabrakło mi w nim jakiejś charyzmy samca alfa. Bardzo natomiast mnie zirytowały postacie, a w zasadzie ich liczba, ich było tak wiele, że miałem słabsze momenty i nie ogarniałem już kto jest kim, warto było w książce umieścić jakieś poglądowe drzewo genealogiczne, chociaż suma summarum to nie zarzut do książki, a bardziej mojego nieogarnięcia. No i co, że jestem nieogarnięty skoro nadal miły?😎
Kto chociaż trochę lubi styl śledztwa jaki serwował Hercules Poirot po „Tajemnicę wzgórza trzech dębów” koniecznie powinien sięgnąć, bo zdecydowanie odnajdzie się w tym dość tajemniczym klimacie.
Także najmilsi moi kupujcie, czytajcie, recenzujcie i tak dalej.. bo takie właśnie jest życie na Animal Planet.
Detektyw Hubert Czarny dostał nietypową sprawę i tym sposobem wplątał się w rodzinne konflikty. Miał znaleźć zabójcę wnuka -Pana posiadłości na Wzgórzu Trzech Dębów. Jest to staroświecka rodzina, gdzie mężczyźni mają pracować a kobiety ładnie wyglądać i zajmować się domem. Historia wzgórz jest bardzo ciekawa gdyż tylko najstarsi synowie mieli po 3 synów. W toku śledztwa okazuje się,że wszyscy mają jakieś tajemnice i prawie każdy miał powód by zabić Marka. Przed przyjazdem policji miejsce zbrodni zostało dokładnie wyczyszczone więc Czarny wie,że to ktoś z rodziny dokonał morderstwa. Zawiła intryga domowników a także wodzenie za nos detektywa nie doprowadzi do tego,że Czarny zaprzestanie szukania winnego choć dostał zakaz zbliżania się do posiadłości. On jednak nie zostawia niedokończonych spraw i dąży do prawdy. W tym przypadku będzie tak samo. Czy dowie się kto i dlaczego dopuścił się tego czynu? Na wstępie napiszę,że jest to zupełnie inna książka autora. Nie znajdziecie tutaj rozlewu krwi czy dreszczyku emocji jak było w przypadku "Boskiej proporcji". Jednak ta powolna akcja i opis dziejów rodziny miało coś w sobie. Można było wyobrazić sobie ich relacje oraz miejsce, w których żyli. Cała rodzina miała coś za uszami i co chwilę wychodziły nowe fakty. Nie mogę napisać,że nie podobała mi się ta lektura bo była ciekawa, lecz szczerze uwielbiam autora w tej mroczniejszej wersji. Daje duży plus za postać Huberta Czarnego. Gość jest niezły. Mimo tego co go spotkało to i tak walczył dalej. Na pewno będę go mile wspominała :D I z wyczekiwaniem czekam na książkę, w której autor pokaże swoje ciemniejsze oblicze, które jest tak przez nas uwielbiane
Wielopokoleniowa rodzina, morderstwo i tajemnice sięgające dalekiej przeszłości. Z tym zmierzy się detektyw Hubert Czarny.
Co tu się odborlikowało! Autor mnie kompletnie zaskoczył tą książką. To było tak inne od poprzednich powieści, że aż ciężko mi było uwierzyć, że to naprawdę Piotr Borlik.
Za dzieciaka oglądałam „Dynastię”. Potoccy jednak mogą Carringtonom buty czyścić, taka to rodzinka. Tajemnic mnóstwo, jeszcze więcej backstabbingu i intryg. Do tego wiele postaci i połączeń między nimi. I tu ogromne zaskoczenie, bo ja się w takich historiach zwykle gubię, ale autor jednak potrafi w uporządkowane historie i o żadnym gubieniu się mowy nie było. Wciągnęłam się od samego początku. Nie dość, że umierałam z ciekawości kto stoi za morderstwem, to jeszcze piałam z zachwytu nad klimatem, jaki stworzył Borlik. Atmosfera rezydencji Potockich była wybitnie nieprzyjemna, ale równie wybitnie przyciągała i nie pozwalała o sobie zapomnieć. No a już wisienką na torcie był sposób pracy Czarnego. Oj jakie to było fajne! Niech to ktoś przeniesie na ekran, bo ja chcę to zobaczyć!
Polecam gorąco wszystkim, którzy lubią niecodzienne historie kryminalne. Jeśli chodzi o pisarskie eksperymenty autora, ja jestem na TAK 😊
Prywatny detektyw Hubert Czarny, znudzony śledzeniem niewiernych małżonków, bardzo się ucieszył z poważnego zlecenia seniora rodziny Potockich, aby wyświetlił zagadkową śmierć jego najstarszego wnuka, obsadzonego w roli głównego spadkobiercy rodu, zarządzającego rodzinnym majątkiem. Liczni Potoccy i ich powinowaci robią wszystko, aby detektyw nie doszedł prawdy, wciskają mu kit na każdy możliwy temat. Inny może by się zniechęcił, ale nie Hubert..
Jest atmosfera, są śmiesznostki obyczajowe i personalne, wszystko to opisane barwnym, eleganckim językiem. Tyle że treści w powieści jest niewiele, na 2-3 rozdziały, góra na 10, ale nie na 33. Na szczęście przyjemny timbre głosu Marcina Popczyńskiego, lektora audiobooka, jego idealne wyczucie stylu Piotra Borlika pozwoliły mi wytrwać do końca, choć bez zbytniego zaangażowania w zawiłości kuriozalnych tradycji rodowych klanu Potockich oraz w meandry rozumowania detektywa. Bo poza wszystkim panią Marple jednak Hubert Czarny nie jest.
Niestety, książka mi nie podeszła. Gdyby nie audiobook porzuciłabym ją gdzieś w połowie. Na początku byłam zaintrygowana pełnym tajemnic domem, jednak potem cała akcja zwyczajnie mnie nużyła. Nie przemawia też do mnie morderca, motyw i wiele wydarzeń pomiędzy, związanymi z szantażami. Zmęczyłam się kluczeniem członków rodziny i ukrywaniem licznych tajemnic. Irytowało mnie, gdy kolejny raz manipulowali detektywem, opowiadali kłamstwa i zrzucali podejrzenia na innych. Teoretycznie, powinnam to polubić i wchłonąć natychmiast atmosferę zepsutego klanu, ale nie potrafiłam. Po prostu nie moja książka i tyle. Zdziwiłam się również, ponieważ na początku książki pada zdanie, że rodzina niestety nie dorobiła się tytułu szlacheckiego. Wszystko super, tylko z calego szeregu nazwisk autor wybrał sobie Potockich, co mi się strasznie gryzło.
Lubię powieści autora. Potrafi naprawdę oczarować, czasem wręcz omotać swojego czytelnika, tworząc niesamowite intrygi, ale tym razem coś poszło nie tak. Na początek przygody z twórczością Borlika z pewnością poleciłabym jego poprzednie książki. I na koniec wspomnę tylko, że Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów zbiera bardzo sprzeczne recenzje, więc nie jestem osamotniona w moim rozczarowaniu, ale jest też grupa czytelników mocno ją chwalących. Dlatego jeśli macie ochotę, sprawdźcie ją sami, może przypadnie Wam do gustu.