Czasem trzeba porzucić wszystko, żeby odnaleźć drogę do własnego świata.
Sprawdzone przyjaciółki, dobrze płatna praca i kochający facet – czy może być coś ważniejszego?
Magda była zadowolona ze swego życia... do czasu gdy w drzwiach jej mieszkania stanęła teściowa z walizkami. A to dopiero początek nieoczekiwanych zmian w jej życiu...
W spadku po babci otrzymuje stadninę koni w Pieńkach, która okazuje się podupadającą i zadłużoną ruiną. Ale może to właśnie ten moment, gdy los daje szansę, by zacząć wszystko od nowa?
Izabella Frączyk w niezwykłej historii o uśmiechach losu, przyjaźni i zaufaniu do ludzi.
Punktem zwrotnym w życiu Magdy jest decyzja o przyjęciu spadku po babci i trwanie przy niej mimo skrajnie niesprzyjających okoliczności. W odziedziczonej i z trudem dźwiganej z upadku stadninie zdaje sobie sprawę, że wreszcie przestała grać w koncercie cudzych życzeń. Wcześniej rządzili jej życiem mąż, teściowa, siostra, pracodawcy … każde ze swoimi priorytetami, z oczekiwaniami wobec niej. Ulegała, bo wydawało jej się, że powinna, ze tak musi być, bo nie była buntowniczką i nie chciała zostać sama.
Normalne losy normalnej kobiety dobiegającej trzydziestki, atrakcyjnej ale nie poświęcającej sobie zbyt wiele uwagi, bystrej lecz niezbyt docenianej w domu i w pracy, wyrozumiałej wobec dziwactw teściowej i synowskiej miłości do niej swojego męża. Ładnie pokazuje Izabella Frączyk zarówno trójmiejską małą stabilizację Magdy, jak i jej ryzykowne przedsięwzięcia związane z odziedziczonym gospodarstwem w Pieńkach koło Tczewa.
Bunt Magdy nie jest aktem jednorazowym. Ważnym, choć nie jedynym zapalnikiem staje się odkrycie zwróconych nadawcy listów babci do niej adresowanych. Wyjaśniają, przynajmniej częściowo, dlaczego niespodzianie została dziedziczką na wpół zrujnowanych stajni i domostwa, czyli majątku, w którym ostatni raz gościła przedtem jako jedenastoletnia dziewczynka. Zainfekowana ideą, że warto babcine dziedzictwo ratować, liczy Magda przez czas jakiś na wsparcie swojej miejskiej rodziny. Jednak nawet gdy to złudzenie ostatecznie pryska, uświadamia sobie, że na próby powrotu do starego życia nie ma najmniejszej ochoty, że będzie walczyć o swoją przyszłość w Pieńkach.
I w ten sposób rozpoczęłam swą przygodę z pięcioczęściową serią Izabelli Frączyk. Nie wiem, czy wytrwam do końca, ale pierwszy tom ujął mnie atmosferą spokojnego wyciszenia, bardzo pożądaną w obecnych burzliwych realiach. Jest to współczesny mały realizm, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma w powieści fajerwerków, gwałtownych zwrotów akcji, wybuchowych emocjonalnych reakcji i innych literackich rollercosterów. Jest dbałość o szczegóły, emocje i zachowania traktowane i oceniane są poważnie ale bez ekscytacji czy patosu bądź histerii. Nie ma udziwnień formalnych, jest przejrzysta struktura fabuły, narracja jest klarowna, bez przegadania i, co dla mnie szczególnie ważne, język autorki jest ładny, elegancki i bogaty. Co prawda kłopoty z fermą strusi, planami rozwoju agroturystyki i chronicznym brakiem kasy na dłuższą metę mogą znudzić, ale na razie zabieram się do lektury drugiego tomu.
Nie mogę dać tej książce mniej niż 3 gwiazdki, ponieważ czyta się ją naprawdę dobrze i szybko, co niewątpliwie jest dużą zaletą. Historie jakie przeżywa główna bohaterka Magda są ciekawe. Moim rozczarowaniem jest jednak to, jak mało jest o koniach w tej książce. Zarówno okładka książki jak i tytuł "stajnia w pieńkach" sugeruje, że o koniach powinno się nieco treści pojawić. Na 288 stronie (co jest grubo ponad połową książki) główna bohaterka wsiada pierwszy raz na konia. Jazda nawet nie została opisana. O koniach jest tyle co nic, widać że Izabela Frączek nie zna się na jeździectwie, nie jest opisany żaden z nich, są gdzieś w tle, czasem jakaś klacz rodzi i na tym się kończy. Głównymi tematami w książce są losy Magdy i jej męża, ich przygody z teściową oraz dochodzenie Magdy w sprawie dwóch trupów znalezionych przy spaleniu starej szopy na terenie pieniek. Jeśli ktoś tak jak ja nastawiał się na przygody w siodle, nic z tego. Konie to tylko tapeta w tej książce, a szkoda.