W ciszy, jaka zapada tu po północy, nie ma nic, co można polubić, a zarazem wszystko, co kocha się w największym mieście nad fiordami. Światła uderzają do głowy, śnieg chrzęści pod butami, a my staramy się nie stopić.
Życie według trzech P – pracować, płacić, przeżyć. Litry wódki z przemytu, słoiki z musztardą, w których lądują niedopałki papierosów wypalanych jeden za drugim przez króla Mirasa. Zmęczeni emigranci walczący o norweskie korony. Na ulicach szczury i bezdomni krążący po zaułkach pachnącej trawą dzielnicy Grünerløkka w Oslo. Gdzieś między tym wszystkim cytowanie Franka Herberta, nadwrażliwość i nauczanie religii. To też Norwegia, choć próżno szukać takich obrazów pod hasztagiem #norway.
Ta książka nie jest reportażem ani zapiskami z osobliwych zarobkowych "wakacji". Nie jest też próbą odmalowania portretu polskiego emigranta w Norwegii. To opowieści o tych, dla których kraina fiordów miała być lekiem na całe zło, gwarantem dobrobytu. Zapis obserwacji kogoś, kto – aby przetrwać – musiał zacząć marzyć na nowo, przytłumić wrażliwość, rozszerzyć zasoby ironii i spojrzeć na wszystko z dystansem.
NOrWAY. Półdzienniki z emigracji to wspomnienia z trzyletniego pobytu w jednym z najszczęśliwszych państw świata. To opowieść o zmaganiach z depresją, długami i samotnością. O pobycie w miejscu, które może łatwo zdusić i połknąć. O doświadczaniu raju – ale tylko przez tych, którzy będą w stanie go dostrzec i zrozumieć.
Wciągnęła mnie lektura “półdzienników z emigracji”, bo autor ma pióro lekkie i zapisał w swojej książce dziesiątki świetnych scen, sytuacji i anegdot z czasów pracy zarobkowej w kraju bogatym we fiordy i gaz, ale nie da się ukryć, że w pewnym momencie powtarzalność opowiadanych historii zaczynała nużyć, a książce dobrze by zrobiła dużo ostrzejsza selekcja i może odejście od chronologicznej, dziennikowej formy do bardziej reporterskiego zapisu.
Piotra Mikołajczaka gubi też momentami jego nadto lekkie pióro, bo gdy mi autor pisze o kobiecie, że jest “wyglądu antykoncepcyjnego”, to choćby później stawał po stronie elgiebetów, pokazywał się jako człowiek otwarty, tolerancyjny, udręczony i dość jednak sprawiedliwy, to ten “antykoncepcyjny” wygląd wlókł się za nim aż do końca tej - skądinąd ciekawej lektury.
Mikołajczak w Norwegii znalazł się po tym jak wspólnie z ojcem narobili długów w firmie, a sąd zobowiązał autora do regularnego spłacania całkiem potężnej sumy. Dlaczego Norwegia? To chyba jasne - “tam najwięcej zarabiają, tam za każdym zakrętem rozpościerają się piękne widoki, tam jest zorza i najważniejsze - tam nie ma kryzysu”. Podobne do Mikołajczaka motywacje kierują tysiącami Polaków, dzięki czemu jesteśmy największą mniejszością etniczną w Norwegii, o kilka długości stadionu wyprzedzając Litwinów i Somalijczyków. Ma to swoje zalety - łatwiej o kontakt, pomoc w znalezieniu pracy czy codziennym bytowaniu. Ma też wady - większość pracowników fizycznych, z którymi Mikołajczak się spotyka na swojej życiowej drodze to nie są grzeczne misie.
O ile opowieści o ludziach, którzy piją, dużo palą, klną i niekoniecznie przykładają się do roboty, wydają się być czymś niezbyt ciekawym, tak Mikołajczakowi udaje się w krótkich formach stworzyć ich naprawdę fascynujące i - na ile to możliwe - pogłębione portrety. Wychodzi z tego pewien smutny portret zbiorowy mężczyzn (większość pracowników fizycznych to faceci) polskich, którzy żyją gdzieś pomiędzy fantazją o gangsterskich superherosach jeżdżących nową beemką i utrzymujących harem nałożnic, a rzeczywistością samotnych, opuszczonych alkoholików z depresją. Cholernie to smutne i ten smutek udaje się autorowi naprawdę dobrze pokazać. Nie dość, że zimno, że warunki mieszkaniowe polskich robotników są beznadziejne, to jeszcze ta cała przeszłość, którą próbuje się ukryć przed kolegami, ale która zawsze w końcu wypłynie.
Jest też Mikołajczak człowiekiem niepozbawionym celnego humoru, który tylko niekiedy wpada do kategorii “suchar tygodnia”. Parskałem śmiechem czytając opisy lekcji religii (tak, nasz bohater poza składaniem mebli, sprzątaniem placów budowy czy wbijaniem gwoździ, najął się jako katecheta dla polskich dzieciaków), podczas których dzieci zupełnie nie kumają wielu konceptów teologicznych, czy gdy z ironią - ale bez wyższości - pokazuje jak mówią czy zachowują się nasi rodacy u “Norków”. Takie utrzymywanie balansu pomiędzy opisem trudnej rzeczywistości, a jednak ironiczną czy humorystyczną próbą jej opowiedzenia, bywa trudne i autorowi się to udaje, choć - patrz wyżej - skróciłbym mu to o połowę i byłaby z tego książka o wiele ciekawsza. Tylko zupełnie nie wiem co mu z tym “antykoncepcyjnym wyglądem” odbiło. Bo i to facet całkiem chyba przyzwoity i kreuje się na kogoś naprawdę mądrego, a o tym określeniu “mądre” na pewno nie można powiedzieć.
Trudno powiedzieć jaki portret samych Norwegów wyłania się z książki Mikołajczaka. Z jednej strony są to ludzie, którzy z pewnością nas zaskakują tym, że mogą oddalać od siebie wiele problemów codziennego bytowania, po prostu zlecając załatwienie tych spraw imigrantom. Z innej strony “Norway” pokazuje, że potomkowie Wikingów żyją w świecie iluzji, w którym łatwo im nie zauważać, że wokół utworzył się trochę podziemny świat zaludniany przez tysiące imigrantów, których warunki bytowe bywają zdecydowanie niehumanitarne. To nie są jakieś rewolucyjne wnioski, do których nie da się dojść bez lektury tej książki, ale z pewnością niby-dziennik Mikołajczaka trochę ułatwia dotarcie do nich.
To jednak przede wszystkim naprawdę sprawna i wciągająca opowieść o samotności, trudach harówy, niepewności jutra i depresji, bo i ten wątek co jakiś czas się w “Norway” pojawia. Gdyby jeszcze był na nią jakiś lepszy pomysł…
W książce są też zdjęcia Adama Gusta, który razem z autorem wyjechał do krainy gazem i koronami płynące. To trochę opuszczony w książce wątek, bo panowie w pewnym momencie postanawiają się rozdzielić i przez kilka lat o Adamie w dzienniku Piotra nie czytamy. A tu nagle książka ze zdjęciami. Dobrze by było tą narrację też jakoś dokończyć, bo wydaje się to niejasne i odrobinę zagadkowe. Nie mam zupełnie zdania na temat fotografii - zdjęcia w reporterskich książkach są dla mnie ciekawe tylko, gdy wykonuje je autor tekstu. W innym przypadku zawsze uważam je za zbędną ilustrację. Zadaniem tekstu reporterskiego jest mi opowiedzieć to, czego nie mogę zobaczyć.
Chcę być trochę miły dla Mikołajczaka, bo on naprawdę potrafi pisać, konstruować historie, radzi sobie z zabawnymi i lekko przerażającymi dialogami, co jest jednak osiągnięciem. Ale nie jestem w stanie być w pełni miły, bo widzę w tej książce potencjał na coś o wiele lepszego niż finalnie wyszło. Czy warto sięgnąć? Tak, wsiąknięcie na kilka dni i trochę wyskoczycie z własnej bańki, zobaczycie naszych rodaków trochę rodem ze Smarzowskiego, trochę z Kiepskich, a trochę jak z jakiegoś smutnego skandynawskiego filmy artystycznego, co to tuła się po europejskich festiwalach filmowych. Zwłaszcza, że podobnie jak takie filmy, książka Mikołajczaka jest po prostu za długa. Na skrzydełku napisano, że autor napisał dwa reportaże poświęcone Islandii - nigdy o nich nie słyszałem, ale zachęcił mnie, bym się im przyjrzał.
Wiem, że w Norwegii wielu ma taką historię jak pan Piotr - przeżyć i się dorobić. Nie neguję tego oczywiście, ale nie wiem o końca o czym miała być ta książka. Bo opisy Polaków i Norwegów są bardzo krzywdzące. Polacy to zapijaczone, cwaniackie osobniki, a Norwegowie to głupia masa, która daje się wykorzystywać przez to, że są ufni. Nie ma nic poza tym. A autor z nieznośnym poczuciem wyższości obserwuje wszystko cytując klasyków, albo chwaląc się tym ile to ma książek. A my się zastanawiamy, co on właściwie robi w tym towarzystwie, które tak z przekąsem opisuje. Język jest naprawdę okropny, nie da się tego czytać, bo przywodzi na myśl Coelho połączonego z Piotrem C. No i nie dowiedziałam się z tej książki człowiek absolutnie NIC. Nie ma tam ciekawych przemyśleń, nie ma tam wyciągniętych wniosków (dlaczego emigranci są tam traktowani? Co można z tym zrobić? Jak zacząć, by uniknąć takich sytuacji?) - jest za to negatywny obraz bez przeciwwagi. Aż chciałoby się zacytować za TikTokiem: boję się takiego życia.
Ostrożnie podchodziłam do czytania książki „NOrWAY. Półdzienniki z emigracji”. Emigracja to ciężki temat i najczęściej możemy usłyszeć, że jest ciężko, beznadziejnie. Człowiek zastawia się czy naprawdę był tak zdesperowany, że musiał wyjechać do obcego kraju i już zawsze czuć, że tak naprawdę nigdy tam nie będzie się czuć jak u siebie. Obawiałam się, że ta lektura będzie właśnie takim marudzeniem nad własnym losem. Okazało się, że Piotr Mikołajczak pozytywnie mnie zaskoczył 🙂
Lekkość z jaką opisywane są jego przeżycia, te miłe i wesołe, ale też dołujące i smutne, sprawiały, ze miałam ochotę poznać kolejną i jeszcze następną historię z tych kilku lat, które spędził na emigracji w Norwegii.
Sama wyjechałam z Polski 5 lat temu i w wielu kwestiach przyznaję autorowi rację. On w Norwegii, ja w Wielkiej Brytanii, oboje obcy w obcym kraju. Zwyczaje, nastroje, piękno kraju, które początkowo wprawia w zachwyt, by w późniejszym czasie pokazać swoje prawdziwe oblicze. Wszechogarniająca pustka i samotność na początku wyjazdu to jedna z rzeczy, którą starałam się zagłuszyć większą ilością godzin w pracy. Powtarzanie sobie, że jeszcze trochę, że mniej wolnego czasu na myślenie, że tak wybrałam, bo miało być lepiej niż w Polsce sprawiało, że przez jakiś czas myślałam, że w końcu odnalazłam się w tym nowym świecie.
Kilkadziesiąt rozdziałów książki, w której autor opisuje kilka lat spędzonych na obczyźnie. Jest szczerze i dosadnie, bez ubarwiania i szukania na siłę pozytywów tam, gdzie ich nie ma. Niektóre historie są pełne ironii i sarkazmu, głównie te z naszymi rodakami, co mnie w ogóle nie dziwi 😅 ( 10 lat za granicą, ale jeszcze nie nauczył się języka, bo wtedy będą więcej od niego wymagać 🤭) Z tych smutniejszych, które zmuszają do zatrzymania się i refleksji była historia, gdy Piotr pracował przy „oczyszczaniu” domów zmarłych ludzi. To jak wszystkie rzeczy z domu zostały wyrzucone przez trójkę dzieci zmarłej kobiety chwyciło mnie za serce. Życie matki sprowadzone do hałdy osobistych przedmiotów, które leżą sobie na podwórku i traktowane są jak śmieci.
Autor dzieli się z czytelnikiem swoimi uczuciami, których doświadczył podczas wyjazdu. Myślę, że gdyby nie miał noża na gardle w związku z długami nie zdecydowałby się na emigrację, wszystkie problemy z nią związane, stany depresyjne i wielokrotne chwile zwątpienia w sens tego co robi.
Otrzymujemy prawdziwy obraz emigracji, tego, że bez znajomosci języka zbyt wiele nie osiągniemy, ze wyjazd „w ciemno”, bez załatwionej wcześniej pracy i jakiegoś kąta do mieszkania może sprawić, ze będzie gorzej niż w Polsce, tego, ze czasami prócz pracy i odkładania pieniędzy nic więcej, prócz samotności i pustki, nam nie pozostaje. Wyjazd za granicę, gdy opuszcza się ludzi, których się kocha, miejsca, które się zna nigdy nie jest łatwym wyborem o czym możemy się przekonać czytając książkę P. Mikołajczaka.
Książka napisana świetnym lekkim stylem dzięki czemu czytelnik każde zdanie czyta z przyjemnością. Sporo humoru i ironii, które od razu polubiłam. Słodko-gorzka historia o mierzeniu się z własnymi emocjami i brakiem nadziei oraz o próbie odnalezienia siebie w obcym kraju.
Ponowna lektura - audiobook - 14.04.2024 Cieszę się że sięgnęłam po nią ponownie w ramach #norweskitydzień z Justyną instagram @regalzikei oraz w ramach akcji #czytamszeroko (biografie, pamiętniki, dzienniki) z Krysią z kanału o książkach
Oceniam 4,25/5 Może minimalnie niżej niż poprzedni ale nadal wysoko. Poczytałam trochę krytycznych opinii i rozumiem skąd zarzuty ale jednak zupełnie nie przeszkadza mi to co najczęściej jest zarzucane - że za mało o Norwegii, obraz emigracji zbyt przytłaczający, Polacy budowlańcy na jedną modłę, a autor się wywyższa i sprzedaje nam frazesy niczym Coelho.
Nie odczułam, że za mało tutaj o Norwegii jako takiej bo na to się nawet nie nastawiałam - to nie jest reportaż o Norwegii i autor się w żadnym momencie nie sili żeby był, nic nam - czytelnikom nie deklaruje. To są dokładnie jak mówi tytuł pół dzienniki z emigracji. Wyrywki przemyśleń, z emigracji zarobkowej, o której zapadła decyzja, by spłacić spore zadłużenie. Emigracji trudnej w samej w sobie, rozczarowującej gdy człowiek po studiach podejmuje różne prace fizyczne znacznie poniżej kwalifikacji i aspiracji. I podejmuje się jej w trudnym okresie życia. Dużo tutaj wszelakiego "brudu" i na poziomie nastrojów i języka - są wulgaryzmy, jest wulgarny sposób opowiadania o miłości, ale ja autorowi wierzę w tym przypadku. I suma sumarum wyłazi na koniec z tego całkiem spora dawka czegoś krzepiącego Nie uważam też że autor się wywyższa, jako ktoś lepszy. Owszem był jakby doklejony do tego środowiska w jakie trafił, owszem te opisy Polaków budowlańców wpisują się w pewien stereotypowy obraz, ale myślę że nie ma tu jednak fałszu a tym bardziej wzgardy. Nie uważam że autor sili się na górnolotne przemyślenia - trochę to domena takiej literatury - w dziennikach gdzie patos miesza się z codziennością balansuje się na takim ocieraniu się o banał. W mojej ocenie językowo jest to utrzymane na dobrym poziomie
Polubiłam autora - narratora - głównego bohatera i to dla mnie bardzo dużo Audiobook znakomicie zrealizowany, czytany przez samego autora
4,5/5 Słodko - gorzka opowieść emigranta. Pełna melancholii ale też nadziei na to że "można" Napisana bardzo sprawnie z dużą dozą ciętego humoru i trafnych obserwacji
Polonista, bibliotekarz, dziennikarz i muzyk amator w świecie emigracji montuje ścianki gipsowo-kartonowe, miesza beton i składa meble w luksusowym hotelu. Robi wiele, by zarobić pieniądze i spłacić długi. Mierzy się z samotnością i depresją, a wszystko to opisuje w luźnej formie, która nie jest dziennikiem i nie jest pamiętnikiem, ale do tych form jej najbliżej. Autor skupia się na szarej codzienności, którą opisuje ze szczerością. Mówi o tym, co wcześniej myślał o Norwegii, Oslo czy emigracji, a jak w jego wypadku to wyglądało naprawdę. Opowiada o ludziach wokół siebie i o miejscach, w których się znalazł.
Odkąd pamiętam dorośli wokół mnie emigrowali za lepszymi zarobkami, ale pierwszy raz spotkałam się z tak szczerą opowieścią człowieka, który musi zostawić bliskich i dobrze znany kraj. W końcu mogłam wniknąć w umysł osoby, która znajduje się tyle kilometrów od tego, co zna. Która szuka pracy, szuka mieszkania i szuka miejsca dla siebie.
Lubię szczerość i lubię więcej wiedzieć o codzienności zwykłych-niezwykłych ludzi, więc tytuł ten sporo wniósł do mojego życia. Pozwolił mi spojrzeć z nieco innej perspektywy na to, co znajduje się wokół mnie i teraz wszystko rozumiem trochę bardziej. Piotra Mikołajczaka nie trzeba lubić, ale można dzięki niemu trochę zyskać.
Ilu Polaków wyemigrowało do Norwegii w poszukiwaniu nie tylko finansowego raju? Według Norweskiego Urzędu Statystycznego jesteśmy najliczniejszą mniejszością narodową w tym kraju, a liczba zarejestrowanych osób przekracza 100 tysięcy (dane z 2021).
Książka „NOrWAY. Półdzienniki z emigracji” według słów autora nie jest reportażem, ani próbą odmalowania obrazu polskiego emigranta w Norwegii. Zastanawiać się jednak można ilu z nich przeszło podobną drogę, by dosięgnąć wyśnionego raju, a ilu się na niej pogubiło i zawróciło z poczuciem porażki.
Co uderza od pierwszych stron, to szczerość i nieunikanie trudnych tematów. Autor, humanista z wykształcenia, ma niebywałą lekkość snucia opowieści, a zarówno w języku, którego używa jak i z nich samych bije autentyzm. Nie lukruje, ale i nie demonizuje, nazywa rzeczy po imieniu. Nie narzeka, ale i nie zachwala. Pokazuje sinusoidę swoich nastrojów od nadziei po depresję. Blaski i cienie emigranckiego życia. Podobieństwa i różnice pomiędzy krajami. Wady i zalety.
Zajmująco i z humorem podszytym sarkazmem przytacza Polaków rozmowy przy pracy i kieliszku. I anegdoty pisane przez życie. Dzięki temu książkę praktycznie się pochłania. Trzeba jednak mieć na uwadze, że jest to subiektywne spojrzenie autora, wynikające z jego osobistych doświadczeń, emocji i przemyśleń, któremu jednak nie można odmówić dużej dawki dystansu do samego siebie.
To nie reportaż, a osobisty opis i zapis luźnych myśli z emigracji w Norwegii. O kraju, jego polityce i obywatelach, stosunku do pracy oraz traktowaniu imigrantów. Historie o codzienności, z których bije dużo smutku i rozpaczy. Pokazuje nieznany większości świat bez ubarwiania. O samotności, tęsknocie, bezradności. Dużo się z niej dowiedziałam, ale ten pesymizm mnie lekko przytłoczył.
Słodko-gorzka prawda o emigracji. Podwójnie- o emigracji do Norwegii. Kto był ten wie, ten zrozumie. Kto nie był, miejmy nadzieję, że też, i że jakoś tak przyjmie to, co w książce napisane z nutą pokory. Współczucia nje trzeba, bo każdy sam wybiera, ale zrozumienie i odrobina zwykłego szacunku myślę, że będą mile widziane.
Niejednokrotnie porzucenie wszystkiego co znamy, co jest nam bliskie i co daje poczucie bezpieczeństwa, nie jest wcale takie proste ani łatwe. Ale czasem życie zmusza nas do takich decyzji, wyborów. Zostawiamy bliskich, przyjaciół, dom, ojczyznę i ruszamy za granicę by zacząć od nowa, odbić się od dna, zarobić na siebie, na rodzinę, spłacić długi, odłożyć pieniądze na marzenia, całkiem przyziemne, takie jak dom, samochód czy wakacje z bliskimi.
Właśnie o takiej decyzji wyjazdu do Norwegii za pracą i pobycie tam pisze w swojej książce Piotr Mikołajczak. "Norway. Półdzienniki z emigracji" to gorzki obraz życia Polaków i nie tylko ich, na emigracji. Autor dzieli się z czytelnikami swoimi obserwacjami, przemyśleniami, przeżyciami, których doświadczył podczas trzyletniego pobytu w Norwegii. Pełno w tych zapiskach emocji, czasem jest smutno i depresyjnie, czasem śmiesznie i z przymrużeniem oka. Publikacja ta pokazuje, że te marzenia o pracy za granicą, zbijaniu łatwej kasy, o tym raju zarobkowym szybko zderzają się z szarością rzeczywistości i to spotkanie sprowadza na ziemię raz dwa. Autor kreśli tu przed czytelnikiem plusy i minusy życia i pracy na obczyźnie. Opisuje tu zmagania z samotnością, depresją, walką o pracę, by spłacić długi i przeżyć. Intrygujące są zapiski snów, majaków autora, które w tekście wyróżniają się zapisem kursywą. Zresztą opisy przyrody czy wrażeń autora na widok, kontakt z naturą i krajobrazami noreweskimi są w bardzo poetycki sposób przedstawiane przez autora, bardzo plastycznie, ładnie, za co trzeba autora pochwalić. Irytowało mnie trochę to "jechanie" po Polakach, te komentarze autora dotyczące zachowań, wyglądu czy ogólnie Polski, niby innym nacjom też od autora się obrywa, ale odniosłam takie wrażenie, że na naszych pan Piotr był wyjątkowo cięty.
Ogólnie jest to na pewno ciekawa publikacja pod względem obrazu jak wygląda to emigracyjne życie Polaków, ile trzeba się natrudzić by zdobyć pracę, że nieraz trzeba schować dumę i honor do kieszeni by zarobić na chleb, że jest ciężko, że czasem ma się dość, samotności, tego poczucia obcości w innym, nowym kraju, tego, że czasem pracy nie ma, a tu trzeba długi spłacać, bo sąd nie poczeka, że czasem jest smutno i beznadziejnie, ale czasem i wesoło, gdy trafia się na ciekawych, zakręconych ludzi, czy to rodaków czy nie koniecznie. Książkę czyta się szybko, lekturę umilają zdjęcia z tejże wyprawy autora do Norwegii, zdjęcia krajobrazów, miast, ludzi. Jest to bardzo ciekawy dodatek do tych zapisków emigracyjnych. Czy polecam? Myślę, że tak, jest to ciekawa lektura i choć może o samej Norwegii dowiadujemy się niewiele, to obraz pracy za granicą, życia, jego warunków i realiów, a także osobliwy przekrój społeczeństwa emigracyjnego, portret ludzi, których autor na swojej drodze spotyka jest na tyle intrygujący i kolorowy, że warto z tą książką się zapoznać.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Norwegia to jeden z topowych krajów, które chciałabym w przyszłości odwiedzić. Być może jedynie w celach turystycznych, nigdy nie rozpatrywałam tego kraju w kategoriach emigracyjnych. Moje małe wyobrazenia o tym kraju nieco runęły przez tę książkę, przyznam szczerze. To bardzo gorzka opowieść o realiach związanych z emigracją do Norwegii. Nie przeczytacie w niej o krainie mlekiem i miodem płynącej, o tym, że każdy w Norwegii jest piękny i bogaty. Ta książka to opowieść o tym, jak można zderzyć się z rzeczywistością. Nie jest to dziennik ani reportaż, to najbardziej gorzka opowieść o tym, jak wygląda emigracja zarobkowa i że nie jest tak, że obcy kraj czeka na nas z otwartymi ramionami i obdarowuje workami pieniędzy.
Życie według trzech P – pracować, płacić, przeżyć. Litry wódki z przemytu, słoiki z musztardą, w których lądują niedopałki papierosów wypalanych jeden za drugim przez króla Mirasa. Zmęczeni emigranci walczący o norweskie korony. Na ulicach szczury i bezdomni krążący po zaułkach pachnącej trawą dzielnicy Grünerløkka w Oslo.
To przede wszystkim bardzo wzruszająca i na wskroś przejmująca historia. Pogoń za lepszym życiem nie zawsze jest usłana różami. Nie spodziewałam się tylko, że będzie aż tak depresyjna. Wiedziałam na co się piszę sięgając po taką pozycję i czytając opis, ale to zdecydowanie przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nie ukrywam jednak, że to nadało właśnie autentyczności tej książce, ta depresyjność i olbrzymi mrok.
Poza szczerymi opisami, w książce znajdziemy niewielką fotorelację z wyjazdu, znajdziemy tam zdjęcia, które pokazują Norwegię od zupełnie innej, mroczniejszej strony niż pokazują nam choćby różne broszury turystyczne. Pokazują przepiękne miasta, przyrodę. Tu nie znajdziemy tego. Tu znajdziemy nagą prawdę, obnażenie raju na ziemi.
Czy mogę rozpatrywać tę książkę pod kątem tego, że mi się podobała? Raczej nie sądzę. To książka dla każdego, dosłownie dla każdego, kto kiedykolwiek pomyślał, że emigracja to ucieczka do raju. Ta książka pozwala zejść na ziemię i zapada w pamięć. Nie zapomnę o tej pozycji bardzo długo.
Bardzo dobrze mi się czytało, a raczej słuchało książki Piotra Mikołajczaka, czytanej przez samego autora. Co prawda momentami czułam się jak w piosence Taco Hemingwaya dzięki prozatorskim zabiegom autora oraz ze względu na prawdę o życiu na emigracji rzucaną prosto w twarz. Niby ironicznie, często śmiesznie, a jednak poważnie, bo w końcu start w Norwegii nie jest wcale tak kolorowy, jak wielu się wydaje.
Pracować, by przeżyć. Z półdzienników autora wyziera cebulowy obraz Polaka na emigracji, który wyjechał do Norwegii z różnych powodów i różnie tam funkcjonuje - nie jest to obraz pochlebny. Historie ludzi tak różnych od autora, Mikołajczak opowiada z jakąś dozą czułości i sympatii, bo nawet największych cwaniaków w jego opowieściach daje się lubić lub przynajmniej próbuje zrozumieć. Norwegowie też nie zostali przedstawieni w przesadnie jasnych barwach i nie wiem do końca, czy autor ich lubi. Bo lubi ich święta i tolerancję, ale poza tym więcej o nich się nie dowiadujemy. Może jeszcze, że potrafią być naiwni w naszym polskim mniemaniu i niezbyt zaradni.
Smutek, samotność, poniżenie, chłód - z tym przychodzi mierzyć się w Norwegii. Ale też nadzieja i konstatacja, że życie w gruncie rzeczy jest dobre, a sprawy prędzej czy później jakoś się ułożą.
Brakowało mi trochę puenty, a jaki sposób autor zakończył swoją przygodę z pracą w Norwegii, ale poza tym lektura bardzo mi się podobała. Długo zresztą nosiłam się z zamiarem przeczytania "NOrWAY", po tym jak przeczytałam "Szepty kamieni", bardzo dobry reportaż Piotra i Bereniki o Islandii. Po lekturze rozumiem trochę więcej.
W Polsce bardzo lubimy porównywać się do mitycznego "Zachodu" (pod tym pojęciem mamy też na myśli państwa skandynawskie),który przy tej okazji ewidentnie idealizujemy. Wielu Polaków uważa więc, że każdemu na zachód i północ od Polski żyje się świetnie, dobrobyt wylewa się drzwiami i oknami, a ludzie są dla siebie po prostu wspaniali. Nic tylko wyjechać i cieszyć się życiem o jakim w Polsce można jedynie pomarzyć.
Piotr Mikołajczak pokazuje jednak w swojej książce, że to nie takie proste. Owszem, w Norwegii można dobrze zarobić, ale albo znając tamtejszy język, albo podejmując się prac odrażających dla samych Norwegów. Na dodatek bez znajomości norweskiego trudno o stałą pracę, dlatego także pośród fiordów na Polaków czekają w pierwszej kolejności mało stabilne formy zatrudnienia.
Nie to jest jednak najgorsze. Wielu z poznanych przez autora Polaków okupiło wyjazd wyraźnym "rozluźnieniem" więzi rodzinnych, o ile można używać takiego eufemizmu choćby w stosunku do mężczyzn zdradzonych przez swoje żony. Na dodatek wielu z nich może i zarobiło nieco więcej niż w Polsce, ale obracając się w patologicznych kręgach dosyć szybko przepuszczało pieniądze.
Z pewnością należy pochwalić styl autora. Mikołajczak ma bardzo dobre pióro oraz sprawnie stosuje poetyckie metafory, dlatego publikację czyta się z przyjemnością. Skłamałbym jednak pisząc, że była to dla mnie przełomowa lektura, bo i znam sporo polskich emigrantów, i czytałem parę publikacji o tej tematyce.
Najpierw chciałem ją przeczytać, potem stwierdziłem że pewnie będzie słaba i trochę odkładałem... ale jak już czytałem, to jednak dobrze się to czytało. Ogólnie książka ma przygnębiający klimat od początku - ta emigracja to takie nieszczęście (i to dla kogoś, kto będąc nastolatkiem chciał tam właśnie wyjechać - ja nie wiem... czy to nie można tych młodzieńczych marzeń wskrzesić zamiast się tak umartwiać? Ja rozumiem, bo kiedy ja wyjeżdżałem, to też mi się w tym momencie nie chciało porzucać wygodnego bezrobocia w Polsce ;) ale jednak nic w tym negatywnego nie było, czułem że jednak spełniam marzenie z dzieciństwa). Zawsze to tak smuto słyszeć, że niektórzy (i to raczej większość) na tej emigracji to jest jak na zesłaniu. Dalej... generalnie nie zazdroszczę autorowi że musiał dzielić pokój/mieszkanie z takimi kolegami, niestety jestem skłonny uwierzyć w prawdziwość jego opisów co do innych Polaków na emigracji (i nie odniosłem wrażenia, że stawia się ponad nimi - też przecież pił z nimi tak samo... raczej stawiał się tak samo nisko ;) ). Wszystko to sprawia takie ponure i przygnębiające wrażenie... dlatego dla mnie to taka ciężka książka, chociaż autor starał się lekkim językiem pisać i może nawet zażartować.
„NOrWAY. Półdzienniki z emigracji” to wspomnienia z trzyletniego pobytu w Norwegii. To opowieść o zmaganiach z depresją, długami i samotnością. O emigrantach walczących o lepsze życie. O pobycie w miejscu, które może łatwo zdusić i połknąć.
Jest to książka przede wszystkim o zderzeniu z rzeczywistością, o tym, jak ludzie wyobrażają sobie Norwegię, i o tym, jak wygląda ona naprawdę. A także o pogoni za marzeniami, wielkich ambicjach i przyziemnej rzeczywistości, która zdecydowanej większości z nas nie rozpieszcza. Autentyzm historii pogłębia fakt, że Piotr Mikołajczak pisze niemal bez edytorskiej i cenzorskiej ingerencji – „pisze swoim” językiem, opowiada o przeżyciach i wrażeniach niezwykle szczerze, bez zahamowań i w sposób dalece odbiegający od tego, co określamy polityczną poprawnością.
Książka niezwykle wartościowa, wzruszająca, choć w ogólnym rozrachunku raczej dojmująco smutna, z nielicznymi pozytywnymi akcentami. Uśmiech może zagościć na twarzy czytającego, kiedy pojawiają się relacje ukazujące absurdy.
Wiarygodny obraz emigracji. To nie jest reportaz to jak tytul wskazuje pamiętnik z emigracji. jeśli ktoś spodziewa się ksiazki o Norwegii to nie ten tytuł. Jednak ksiazka ta nie reklamuje się w ten sposób. Jeśli kogoś ten obraz oburza możliwe, że sam nie miał doczynienia z polską siłą roboczą za granicą. Dzięki książce Piotra Mikołajczyka wróciłam wspomnieniami do moich emigranckich czasów i środowiska polskich sprzątaczek.
Zapiski z emigracji do kraju, który dla wielu pozostaje synonimem wysokich zarobków i spełnionych marzeń. Piotr Mikołajczak pokazuje jednak Norwegię z innej strony, opisuje spadające liście, zapach detergentów do czyszczenia toalet, brudne klatki schodowe i tony wypalonych papierosów wraz z rodakami na placach budowy. Książka momentami przytłaczająca i depresyjna, zgrabnie jednak domknięta.
Jako Polka żyjąca w Norwegii i pracująca tutaj od 9 lat mogę tylko potwierdzić, ze tak wyglada życia emigranta tutaj w krainie fiordów. Czysta, brudna prawda.
Wciągająca historia kilkuletniej emigracji do Norwegii, może momentami ciut monotonna, ale dobrze napisana. Ciekawa plejada różnych postaci, pojawiających się i za chwilę znikających, ale zapadających w pamięć (historia o Śledziu, króciutki wątek z Gunn). Bardzo dobrze zredagowana, rozbicie książki na kilkadziesiąt krótkich "rozdziałów" zdecydowanie ułatwiało płynne czytanie. No i szacunek dla autora za podzielenie się tak osobistymi wątkami z życia.