No to mogę sobie odhaczyć pierwszego przeczytanego steampunka, w dodatku takiego solidnego, na prawie 700 stron. Książki-cegły zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy, a w przypadku tej lektury przewracanie kolejnych kartek wcale mi go nie zatarło. Jestem zmotywowana do poszukiwań następnych perełek w tym gatunku, jak również stylowych gadżetów. Ale dobra, do rzeczy.
Wykreowany tu świat jest przepiękny, ale nie myślcie, że idealny. Ludzie posiadają specyficzne stygmaty w postaci piór, łusek, płetw, rogów czy kolców. Ten, kto stygmatu nie posiada, jest uznawany za nieludzia i jego pozycja w społeczeństwie spada do niewolnika. Taki sam los czeka wszystkich dotkniętych trwałym kalectwem. Lądów mamy tu niewiele i w dodatku są niewielkie, a konsekwencją takiego stanu rzeczy jest na przykład to, że drewno to najdroższy występujący tu surowiec, najtańszy zaś to kości morskich potworów. Mając okno z ładnym widokiem, zobaczymy przecinający zatokę wiadukt kolejowy, lewitujące wieżyczki dworów i pałaców (a ponoć gdzieś za horyzontem są całe latające wyspy), oraz gryfie gniazda, będące dla tubylców tak dobrymi omenami, jak u nas bocianie. Istnieje też siła zwana Wolą, którą posiadają istoty żywe oraz skały. A jeśli coś ma Wolę, to można na to wpływać własną Wolą. To znaczy nie można, bo to przywilej króla-boga, a kto poza nim zostanie na tym przyłapany, tego czeka wycieczka na szafot.
W takim świecie poznajemy Tagarda Logor Szalana, chłopca, który uwielbia podglądać mechanika przy pracy, i który podarowane mu zmienidło (czyli fajniejszy scyzoryk szwajcarski) uważa za największy skarb. Jako dzieciak z bogatej rodziny, dostaje jeszcze jeden prezent - osobistego służącego, Gawiera. Ten starszy o kilka lat garbus (czyli nieludź i niewolnik) ma spełniać wszelkie życzenia młodego panicza, który to życzy sobie...żeby został jego przyjacielem, czym od razu sobie punktuje u czytelników. Kiedy chłopiec dorasta, jego fascynacja maszynami, a zwłaszcza konstruktami, dojrzewa razem z nim i marzy mu się, aby móc ożywiać twory, które obecnie są tylko maskotkami na szczęście w warsztatach inżynierów. Jeszcze jednym jego marzeniem, które wydaje się być wizją utopijną, jest ustanowienie praw człowieka dla kalek i nieszczęśników pozbawionych stygmatów. Do tego jednak potrzebne mu będzie poparcie wśród arystokracji, i młody szlachcic podejmuje się tego wyzwania, a my obserwujemy, jak daleko uda mu się zajść.
Tagard jest pochłonięty nauką i swoimi eksperymentami. Wydaje się zimny i opanowany, ale w odpowiednich momentach albo zaskakuje empatią w stosunku do innych, albo widzimy, że sam nie jest pozbawiony emocji. Jest typem zdeterminowanym i nie cofającym się przed trudnymi zadaniami, czy drastycznymi decyzjami. Postacie drugoplanowe nie zostały potraktowane po macoszemu. Wiadomo, że nie mają tyle uwagi co główny protagonista, ale są żywymi ludźmi, a nie schematami na kartonie.
Czytało mi się to wspaniale. Ekspozycja wypada naturalnie, po prostu poznajemy świat przebywając z bohaterami, i nie ma żadnego wpychania czytelnikowi suchych informacji przez narratora. Immersja była w moim przypadku całkowita. Zwłaszcza bodźców wizualnych dostajemy na bogato i umiejętnie - opis kopalni na środku oceanu to ten moment, gdzie opadła mi kopara i wiem, że bałabym się tam wleźć tak samo jak Gawier. Z przyjemnością czytałam opowieści o bogach, legendy dotyczące świata oraz wzmianki o zamieszkujących go stworzeniach i ludach - były to takie okruszki wskazujące mi, jak wiele tajemnic jeszcze przed nami do odkrycia i że nie wszystkie karty zostały wyłożone na stół. Fabuła toczy się według mnie powoli, ale ta nieśpieszna narracja jest przerywana okresowymi szczękoopadami, które przebiegle utrzymują uwagę czytelnika na wysokim poziomie. Takiego tempa akcji nie uznaję wcale za wadę, ponieważ dzięki niemu jest miejsce na przesiąkanie klimatem i zżycie się z postaciami, a w obu tych aspektach autorka mnie zwyczajnie zaczarowała.
No i na zakończenie kilka skarg. Po pierwsze, jak na mój gust, było tu trochę dłużyzn w budowaniu wszystkich koneksji na królewskim dworze i cała ta śmietanka towarzyska zlała mi się w jedną masę. Nie jestem pewna, czy taka szczegółowość była potrzebna, ponieważ końcowe wydarzenia wypadły dla mnie zrozumiale, jednak w tym względzie musiałabym mieć z kim podyskutować, więc jak ktoś przeczyta, to chętnie obgadam temat. Drugi mój zarzut, to że książka kończy się w takim momencie! No jak można ludzi tak zostawić, ja się pytam? I trzeci foch, to że nie wiem, co się stało z P7. Mam nadzieję, że nie został porzucony, bo inaczej to serio foch ;)