Nie odnajduję się w klimatach Skandynawskich (no może poza Islandią), więc była to dla mnie pod wieloma względami książka ciekawa, poszerzająca horyzonty znanego mi świata, nowych doświadczeń oraz klimatów, ludzi i zjawisk przyrodniczych.
Według mnie największym problemem książki jest fakt iż główny temat książki zawarty w tytule czyli zorze pojawia się dopiero na 211 z 383 stron, więc przynajmniej według mnie wstęp o Norwegii, Norwegach, zwyczajach, zwierzętach, budownictwie, wierzeniach czy krajobrazie jest zbyt długi i męczący, ta część książki jest zdecydowanie jej najgorszą częścią i można by to napisać lepiej i której a nie tak rozwlekle jak to jest zrobione.
Kiedy zaczyna się już temat zórz jest fajnie i idzie się dowiedzieć bardzo przydatnych informacji między innymi na temat tego jak znaleźć zorze. Jednak najlepszą częścią książki są opowiadania zatytułowane "Z dziennika przewodnika", których jednak na całą książkę jest tylko pięć. To zdecydowanie za mało, a potrafią najwięcej nauczyć i rozśmieszają do łez.
Kolejnym niezrozumiałym dla mnie brakiem jest brak zakończenia. W książce nie ma nawet najmniejszego podsumowania i zachęcenia czytelnika do odwiedzenia tej (jakby nie było) wspaniałej krainy.
Styl pisania też jakoś bardzo mi nie podpasował dlatego też czytanie tej książki zajęło tyle ile zajęło.
Dużym plusem są świetne zajęcia Norwegii, ważnych punktów na mapie, miasteczek, zwierząt, a przede wszystkim zórz.
Czy książka zachęciła do odwiedzenia Norwegii? I tak i nie. Książkę na pewno polecam fanom Skandynawii i osobom chętnym poznać coś nowego czego nam w kraju trudno doświadczyć.