Hanna M. to pisarka w tak zwanym dojrzałym wieku, aktywistka-pesymistka, która niejedno w życiu przeszła. Ma za sobą trudną młodość, nieudane związki, rodzinne rewolucje. Teraz los wystawia jej rachunki za podjęte decyzje, ale też daje nowe nadzieje na starą miłość. Tymczasem z offu słychać tykanie zegara, biologicznego.
Żeby się ratować, Hanka rzuca się w wir opowieści. Bo życie nie daje się zrozumieć, jeśli się go nie opowie. Im bliżej końca, tym jest to ważniejsze; kto by chciał rozstawać się ze sobą, niczego o sobie nie wiedząc! Hanka musi zatem wymyślić siebie na nowo i stanąć do finału życia. W drugiej jego połowie próbuje zagadać przemijanie, odwlec napisy końcowe, przechytrzyć śmierć czyhającą za rogiem następnej kartki.
Jej intymny dziennik to notatki maratończyka. Ale przecież nie o dotarcie do mety tu chodzi, lecz o to, by wciąż być w trasie, nawet jeśli pełna jest meandrów i ostrych wiraży.
Najnowsza – wyczekiwana od lat! – powieść Anny Janko to wielki powrót Hanki – ukochanej przez czytelników bohaterki Dziewczyny z zapałkami i Pasji według św. Hanki.
Finalistka to proza nietuzinkowa, wybitna, potrzebna.
To książka, do której powinno się wielokrotnie wracać.
„SZCZEROŚĆ TO CHOROBA” Tę książkę czytałam kilka tygodni. W innych przypadkach to by była antyrekomendacja. Ale, nie tym razem. „Finalistka” Anny Janko to nie jest opowieść, w której autor sprytnymi, warsztatowymi sztuczkami zmusza nas do śledzenia z zapartym tchem, co będzie dalej - to książka, do której musimy dojrzeć. Sięgać po nią wtedy, gdy mamy taką potrzebę i jesteśmy na to gotowi.
Dlaczego tak można? „Finalistka” nie jest klasyczną powieścią. Została napisana w gatunku trudnym do sprecyzowania. Nie ma w niej klasycznej fabuły, ze zwrotami akcji prowadzącymi do spektakularnego zakończenia. To właściwie mikroopowiadania, połączone osobą głównej bohaterki, którym bliżej jest do określenia proza poetycka.
Anna Janko publikuje jedną książkę na klika lat. Nie mam wątpliwości, że to autorka, dla której pisanie – to misja, powinność, coś na zasadzie „muszę, bo się uduszę”. Dołączam ją do ekskluzywnego klubu Dinozaurów Literatury.
Oceniam tę książkę przez pryzmat własnych emocji, więc weźcie pod uwagę, że mogę być nieobiektywna. Ta książka chwyciła mnie za gardło. Z narratorką/bohaterką znalazłam tak wiele wspólnego, że mogłabym właściwie wejść do tej książki i tam sobie zamieszkać. To jest po prostu o mnie. Może jeszcze nie teraz, może za kilka lat, ale kiedyś na pewno. I o was też, mogę to obiecać. „Coraz częściej preferuję taki styl życia, który nie wymaga mojej obecności” – pisze Janko w moim imieniu.
Tematem „Finalistki” jest starość i niegodzenie się na śmierć. Dla młodych ludzi, których jeszcze nie czują za plecami presji uciekającego czasu - to temat kompletnie niezajmujący, więc z góry ostrzegam, że tacy czytelnicy mogą poczuć się rozczarowani. Jeśli jednak macie świadomość że, jak twierdzi autorka, „nieśmiertelność mija z wiekiem”, będziecie czerpać z tej książki garściami. Musicie jednak przygotować się na to, że będą to garści waszych strachów: „Wszyscy umrzemy, ale ja najbardziej.” „Pochowajcie mnie płytko, bo bardzo się boję.” „Trudno uwierzyć we własne odejście, bo wiadomo (Epikur): gdy my jesteśmy, nie ma śmierci, a gdy śmierć jest, nie ma nas. Więc się z nią jakimś cudem mijamy”. „Umrzeć, żeby już nie było śmierci.”
Janko pisze o oswajaniu starości lepiej, niż autorzy poradników „jak sobie radzić z…”, ponieważ jest szczera aż do bólu. Starość u Janko, w przeciwieństwie do starości u Wiesława Myśliwskiego, odarta jest z wszelkiego romantyzmu. Autorka bez oporów pisze o fizjologii, o trudnych relacjach z najbliższymi, nie boi się wygarniać spod dywanu tego, co najbardziej ją boli. Jak ja dobrze to rozumiem: „Szczerość to choroba i powinna być leczona jako zaburzenie wegetatywne. Szkodzi na cały organizm i ma skutki społeczne. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś kiedyś uznał to za cnotę”. Ja również z tej choroby nie potrafię się wyleczyć.
To książka bardzo, bardzo kobieca, więc długo się zastanawiałam, czy można ją zarekomendować męskiej części publiczności. Doszłam do wniosku, że tak, pod jednym ważnym warunkiem. Jeżeli macie obok siebie kobietę, na której wam zależy i chcecie poznać ją lepiej – „Finalistka” na pewno wam w tym pomoże. Zobaczycie waszą żonę, dziewczynę, kochankę zupełnie innymi oczami, ale przede wszystkim przekonacie się, jak ona postrzega was, i to może być ważne doświadczenie. Młodszym czytelnikom polecam wcześniejsze książki Janko: „Dziewczyna z zapałkami” i „Pasja według św. Hanki”. To również kopalnia wiedzy o kobietach (dużo młodszych, na zakręcie) i ani słowa o umieraniu. I chociaż bohaterka ta sama, nie jest to seria. Nie trzeba czytać w kolejności (żarcik).
I wreszcie trochę przekornego optymizmu Anny Janko na koniec: „Zanim umrę, to się jeszcze ubiorę. Ładnie ubrana będę wyglądała jak ktoś, komu cały czas zależy, i śmierć mnie ominie, pójdzie dalej. A nawet, jeśli zawróci, to zdążę włożyć na siebie coś innego i mnie nie pozna…” „Dla lampy podobno bardziej stresujące jest zapalanie światła niż gaszenie. Bierzmy przykład z lamp, nie obawiajmy się gaśnięcia…” „Nigdy nie trwaj w szczęściu. Ponieważ ono także nie zastyga. Idź dalej, a znów na nie trafisz.” Idźmy dalej. https://www.czytacz.pl/
Dzieło bezdyskusyjnie wybitne, refeksje głębokie a przede wszystkim szczere, czasem wręcz za szczere, czasem dotyka to dzieło nas w sposób który po prostu zaboli, autorka potrafi zadać nam ból, i wydaje się że one specjalnie się nami nie martwi. Czy ta książka to forma jej terapii, czy to dziennik z którego uzbierała to dzieło? Możliwe. Ilość bowiem refleksji jest tak ogromna że praktycznie można to dzieło czytać przez cały rok. Język bogaty i giętki a jednak precyzyjny, czasem ostry jak skalpel. Chwilami miałem poważne wątpliwości czy ta książka nadaje się dla mężczyzn, jest bowiem w niej tyle kobiecej refleksji, mężczyźni starzeją się trochę inaczej, obowiązują ich inne rodzaje tabu na te tematy. Ale jako mężczyzna uznałem że właśnie jak najbardziej, "Finalistka" daje mężczynom szanse poznania psychiki kobiecej. Ale czy można tę książkę dać w prezencie kobiecie, mamie, bratowej. siostrze? Tu nie jestem pewien, bowiem ten prezent jest za bardzo intymny i trudno bardzo będzie czytelnikowi nie odebrać go osobiście. Książka jest wybitna i w polskiej literaturze moim zdaniem unikalna, ale nie nadaje się na prezent, a już na pewno nie na prezent pod choinkę! Możliwe że część czytelników uzna że czytanie dzieła o śmierci i starzeniu się to nikomu niepotrzebna forma umartwiania się. Ceniłem jednak szczerość i odwagę wejścia, może z konieczności, w rejony dotychczas polskiej literaturze nieznane. Polska mentalność nasza jest bowiem taka że pod dywan chowamy wiele tematów, na czele ze śmiercią i seksualnością, nie mamy po polsku nawet na pewne tematy słów. Anna Janko rzuca temu wyzwanie. Mam nadzieję że wyzwanie to podejmą inni pisarze, ale trudno będzie im dorównać autorce inteligencją, wyobraźnią i językową wirtuozerią.
Smutna książka o przemijaniu. Trochę o mnie ("Mam na sobie kostium starszej pani, nie do zdjęcia, nie do zdarcia.(...)Zmiana kategorii staje się faktem, przechodzę do seniorów."; "To, że umrę, od lat mnie zdumiewa. I coraz bardziej czuję przygniatającą oczywistość tego faktu, który może nastąpić w każdej chwili, nawet jutro rano."; "Już czas, by wreszcie i ostatecznie wydobyć się z młodości. Powiedzieć sobie:koniec! Nie udawaj, kobieto, że tam pasujesz, bo gołym okiem widać, że nie."), trochę nie ("Ostatnio zdarzają mi się o wiele częściej niż kiedyś kryzysy zaufania do wszystkich i wszystkiego."). Nie polecam do czytania na plaży ani w listopadzie (zbyt dołujące).