Bardziej 3.5/5, niemniej nie można zabrać autorowi, że dwoił się i troił, aby to jakoś dobrze domknąć. I pod względem akcji wyszło mu to naprawdę dobrze, tylko czemuż znów piłuje tegoż Normana Osborna. Ulepszonego, ale to zawsze Goblin, nawet w innym kolorze.
Okładka nie ukryje tego, że w ręce jednego z "firmowych" wrogów trafił symbiont. I to nie byle jaki. Sam Carnage, więc można oczekiwać istnej jatki. Mała jest, ale to nadal tytuł dla nastolatków, więc złol tylko mruga ze stronic i grozi, że coś zrobi. A na cel bierze samego Spider-mana, ponownie zresztą odkrywając jego tajną tożsamość (początkujący czytelnik na pewno zdziwi się kto tu ma taką wiedzę...).
Aby jednak najboleśniej dopiec Pajęczakowi to bierze na cel wiele bliskich mu osób i nie oszczędza nawet własnej rodziny, która się od niego odcięła, próbując normalnie żyć. Na szczęście Peter może liczyć na wsparcie przyjaciół, choć w starciu z ulepszonym Goblinem pomoc większości może okazać się niewystarczająca. Trzeba będzie sięgnąć po ostateczności...
Slott ma tu swoje chwile, których nie zdradzę, bo sprawiają prawdziwą przyjemność. Szkoda tylko, że poza jedynym momentem, kiedy dochodzi do tragedii, całość jest mocno zachowawcza. Niemniej i tak chylę przed nim czoła, bo jego praca rozpoczęła się nad serią dziesięć lat wstecz, gdzieś przy numerze 550, a dotrwał z przerwami do numerka osiemsetnego.
Budzi podziw nawet jeżeli serię Worldwide nie zapamiętam szczególne ciepło, by była zwyczajnie przeciętna, nie oferując nic poza kilkoma dobrymi pomysłami i toną spulchniaczy-wypełniaczy, w dodatku takimi, które lubiły wtórnie czerpać z przepastnej historii Parkera.
Ale otrzyjcie łezki. Umarł król, niech żyje król. W szafeczce czeka na mnie ponad dziesięć tomów kontynuacji spod pióra Nicka Spencera. Oby było lepiej.