Mam problem z tym "nowym" Daredevilem, bo mimo, iż czuję że to zauważalnie słabsza część historii o Nieustraszonym, to i tak jest dobra. Ale nie tak dobra w pryzmacie tego do czego przyzwyczaił mnie Bendis lub tym czym zaskoczył mnie sam Brubaker przy "więziennym" momencie życia Murdocka.
Autor postanowił zacząć ze sporą nutą nostalgii, stawiając jako narratora żonę Matta, Millę. Kłopot w tym, że jej łzawa historii o tym jak to jest jej źle, bo Murdock ciągle lata po okolicy w czerwonym stroju, a ona siedzi obok okna i nie śpi, bo się martwi, że ukochany nie wróci tym razem, co tylko potęguje jej depresyjne odczucia. Nie przemówiło to do mnie w żadnym wypadku. No sory, ale biorą za męża bohatera, raczej można się spodziewać, że będzie kontynuował to co robił do tej pory. Że będzie niebezpiecznie. Ona ma pewnie z trzydziestkę, a jęczy jak nastolatka z okresu dojrzewania...
To nie powinno tak wyglądać. Ta "wcześniejsza" Milla była silniejsza, bardziej niezależna. Potrafiąca powiedzieć: "Matt ogarnij się, zobacz co robisz ze swoim życiem. Nie będę uczestniczyła w tym jak je niszczysz. Podpisz papiery rozwodowe". Brubaker kieruję ją w kierunku kogoś uzależnionego, podatnego na wpływ, niesamodzielnego. Zrobił z niej żeńską męczybułę, która to psioczy jak jej źle i tylko obecność faceta poprawi sytuację, gdy ten ją przytuli i pogłaszcze po główce. No kurde nie. Wiem do czego to prowadzi, bo przeczytałem już prawie cały pierwszy run Waida, ale...
Nie tego oczekiwałem. Bendis eksperymentował, ale jego historię były spójne. Postaci miały motywy i były jakie były. Tą swoją "ułomnością" Milla zaczyna bawić się w emocjonalny szantaż. Ty jesteś tam, a ja tu cierpię. Jak możesz mnie tak krzywdzić... Może i to jakoś wybrzmi potem poprawnie, no ale na razie żona Matta to dla mnie postać męcząca. I ta "duma" osoby niewidomej. Że co? Potem mamy swoisty restart, bowiem po burzliwych wydarzeniach z poprzednich tomów, Matt jak gdyby nigdy nic wraca do praktyki prawniczej.
Oczywiście nie może liczyć na normalne sprawy, tylko takie nieco zbyt skomplikowane. Gladiator, alter ego Melvina Pottera znów bruździ. Zabija ludzi w więzieniu i nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle, że jest to złoczyńca zresocjalizowany. Dodatkowo bardzo niewielu brakowało mu, aby już opuścić więzienie, więc jego czyny wydają się nieracjonalne. Domysły Matta prowadzą go do wniosku, iż ktoś musi wpływać na umysł mężczyzny.
To co mnie zaskoczyło, to przemoc. Nie jest ona bezpośrednio ukazana, bardziej kontekstowa, wspomina się o niej, ale już samo używanie pił przez Gladiatora na tłumie niewinnych ludzi jest "inne". Mi to nie przeszkadza, a bardziej boli mnie to, że historia staje się przewidywalna. Sygnalizowana. Od początku obstawiałem, że nastąpi bardziej bezpośredni atak na prawnika i następuje. Milla znajduje się w niebezpieczeństwie, co prowadzi do kilku absurdów. Zrzucenie kobiety z dachu i skok za nią... Okey, możliwe. Tylko, że tu minęło dobrych kilka sekund i Matta raczej nie zdążyłby do niej dolecieć. Prędzej byłby plask... A tu skoczył, doleciał i złapał.
Bendisowi wiele można zarzucić, ale jego opowieści były realne, przez co momentami nie czuło się, iż to typowy komiks. Włącznie z wykopaniem drzwi z auta. Z zawiasów. Nie wiem czy Kapitan Ameryka dokonałby czegoś takiego... Gorzej, byłby momenty, że się zwyczajnie nudziłem. Finał przynosi odpowiedzi, ale nie były one satysfakcjonujące.
Lark robi swoje najlepiej jak potrafi i idealnie wpisuje się to całą serię, nadając obrazom brud i mrok, na dobrą sprawę nie ustępując temu co uczynił dla tej serii Maleev. Czy warto? Jak na razie nawet najsłabsze odsłony Daredevila są warte zapoznania się i tak będę twierdził tutaj. Oby jednak Brubaker zaskoczył nas tak jak zaczynał tą serię. Bo zmienię zdanie i postawie ponad nim Waida, którego zaczynam doceniać coraz bardziej... 3/5