Ślady to szkice życiorysów, anegdoty, zarysy fabuł, wprawki sklejone razem na gumę do żucia i trzymające się kupy na recepturce. Jak dla mnie to nie jest ani powieść, ani zbiór opowiadań, tylko takie sobie pisanie fejkowych ludzkich losów na zasadzie: maszyna losująca jest pusta, następuje zwolnienie blokady i jedziemy: wojna, gwałt, ruskie, niemce, rak, zdrada, wypadek - wylosuj sobie tragedię, potem z kapelusza wybierz imię bohatera i obdarz go tym losowo wybranym traumatycznym przeżyciem. Smutne to i szare jak Łeba w listopadzie. Rdza i Dygot przynajmniej miały fabuły, zmierzały z punktu A do B, za to Ślady czyta się jak odrzuty z tych powieści, niewykorzystane motywy, które autor nieopatrznie pokazał wydawcy, po czym obaj naprędce dorobili do tego jakąś fabułę. Nawet świetny warsztat Małeckiego tego nie ratuje, bo całość nijak czytelnika nie rusza - za dużo bohaterów, za dużo boleści.