Koniec pierwszej dekady XXI wieku. Blok na warszawskim Muranowie. Trzydziestoletni cynik, glazurnik z uniwersyteckim dyplomem, w dziwnym związku z uzależnioną od internetu anorektyczką. Dryfuje przez życie, myśląc głównie o pieniądzach oraz drobnych przyjemnościach. Trochę mu ten styl życia ciąży, ale nie na tyle, by cokolwiek w swej wygodnej egzystencji zmieniać. Do czasu.
Po serii niefortunnych zdarzeń i tajemniczych znaków, bohater znajduje przejście do innego świata – tego, w którym kilkadziesiąt lat temu rozegrał się dramat warszawskich Żydów. Nękany i zastraszany przez zjawy, nie ma innego wyjścia: musi dojść z nimi do porozumienia. Tylko jak? Tymczasem do drzwi jego mieszkania puka coraz więcej umarłych… a Warszawa zmienia się nie do poznania. Nieubłaganie nadciąga „noc żywych Żydów”.
Nie wiem, może jestem za głupia na tę książkę. Przeczytałam kilka recenzji jakiś chyba mądrzejszych ludzi i im się podobało. Ja, gdybym nie musiała zrobić o niej prezentacji na zajęcia, odłożyłabym ją po kilkudziesięciu stronach. No ale przebrnęłam, nie było to przyjemne ani śmieszne, rozumiem, że autor zabawił się tutaj groteską i makabreską, że to taka gorzka komedia o traumie, ale serio nie było innego sposobu? To mogło być ciekawe a wyszło moim zdaniem żenująco i odrażająco. Może gdyby użyto innych środków wyrazu, trochę mniej absurdu, a więcej refleksji, która niby jest, ale schowana tak głęboko, że praktycznie znika.