Niby wszystko miało się skończyć, ale jak zawsze coś poszło nie tak. W tym miejscu zaczyna się kontynuacja ostatecznego końca, której zgodnie z zasadami logiki i zdrowego rozsądku nie powinno w ogóle być. Ezekiel Siódmy – były Komornik, potem renegat i odszczepieniec, jedyny który przeżył Apokalipsę w pełnym tego słowa rozumieniu, obecnie nie-do-końca-z-własnej-woli pełniący Bardzo Ważne Obowiązki – usiłuje właśnie po raz n-ty zacząć wszystko od nowa, kiedy ktoś puka do drzwi jego skromnego lokum. Okazuje się, że przy wysyłaniu zaproszeń na Wielki Bal Końca Świata wszyscy zapomnieli o jednym z gości. I teraz ten przychodzi nieproszony na pobojowisko po imprezie i mówi: o nie, kochany, to się tak nie skończy. Po moim trupie, a jeszcze chętniej, po twoim. Nasz bohater na ma wyboru: chowa klucz do mieszkania w jedynym miejscu, gdzie nie będzie szukać go wróg, po czym skacze na główkę ku rozkręcającemu się światu, licząc na to, że da radę odmienić bieg wydarzeń i zapobiec początkowi Apokalipsy.
Ladies and gentlemen oraz cała reszto, oto przed wami Początek Końca!
Są takie nazwiska w świecie literackim, o których wiem, że zawsze zapewnią mi rozrywką. Po pierwszym spotkaniu z prozą Michała Gołkowskiego pod postacią trylogii o Komorniku przepadłam totalnie. Te trzy tomy przekonały mnie do tego autora bardziej niż jakakolwiek recenzja, jaką przeczytałam w życiu. A gdy usłyszałam, że pierwotna trylogia będzie miała kontynuację... Cóż, wiedziałam, że po prostu muszę ją przeczytać.
Świat się skończył. Nadeszła ostateczna Apokalipsa i nie ma już nic. Znaczy, właściwie to jest. Zamknięty w swoim małym raju Ezekiel, usiłuje stworzyć nową Ziemię i przywrócić jej dawny kształt i historię. W sumie nawet żyłoby mu się całkiem nieźle (choć trochę samotnie), gdy nagle do jego drzwi puka ktoś, o kim wszyscy zapomnieli i żąda oddania tego, co powinno mu przypaść w udziale – Boskiego Tronu. Noż cholera, jakby jednego problemu Ezekiel miał mało na głowie, co nie? Chcąc odkręcić całą Apokalipsę i jakoś naprostować tę skopaną historię, chowa klucz do Bram Nieba tam, gdzie nikt go nie będzie szukał, i skacze na główkę na Ziemię, lądując tuż przed początkiem końca świata. I dopiero rozpoczyna się impreza!
O matko i borze norweski, jaka to jest porąbana książka! Mówię jednak w takim pozytywnym, dobrym sensie. Całkowita i zupełna karuzela spierdolenia. Archanioł i aniołowie zstępujący na Ziemię, Apokalipsa, która jednocześnie jest i jej nie ma (wypisz wymaluj Apokalipsa wg. świętego Schrödingera), a pośród tego wszystkiego Ezekiel, który usiłuje ogarnąć ten burdel na kółkach. I jako jedyny człowiek na całym świecie wie, czego może się spodziewać w ciągu najbliższych dni czy miesięcy, więc wydawałoby się, jest na uprzywilejowanej pozycji. No, może i byłby na takiej, gdyby nie fakt, że ciągle i uparcie goni go niezapowiedziany gość, chcący otrzymać klucz do Bram Niebios. A to wcale nie ułatwia przeżycia w świecie, gdzie nie można używać niczego, co nie przypomina przedmiotów używanych w czasach, gdy żył Chrystus. I wybaczcie, ale sama myśl, że można jeździć po świecie czołgiem ozdobionym łacińskimi cytatami z Pisma Świętego albo z modlitw i z wizerunkami świętych, nieodmiennie doprowadza mnie do wybuchów dzikiego śmiechu.
Jedno i najważniejsze ostrzeżenie. To nie jest książka dla młodszych czytelników, krew się tu leje gęsto, a przekleństwa latają w powietrzu częściej niż muchy nad na wpół zgniłym trupem. Przed lekturą należy się też uzbroić w sporą ilość dystansu do siebie oraz do własnej wiary, jeśli jesteście wierzący. U Gołkowskiego nie ma absolutnie żadnych świętości, wszystko może zostać sprowadzone do bluźnierstwa i zmieszane z błotem. Przy tym wszystkim autor pisze w naprawdę ciekawy oraz inteligentny sposób, nawiązując do współczesnej popkultury (nie tylko do filmów czy muzyki, ale też do memów – złoto!). Nie boi się ironizować i śmiało sięga po sarkazm. Ten facet ma łeb na karku i dobrze wie, co robi, pisząc takie książki.
Czy mi się podobało? No raczej! Ja serio uwielbiam takie porąbane książki, napisane inteligentnie, z humorem i dowcipem. Nie urażają mnie przekleństwa, a obrazoburczość to coś, co stworzone w odpowiedni sposób, sprawia, że sama morda mi się śmieje. Na szczęście już na dniach premiera drugiego tomu, po którym spodziewam się naprawdę ostrej jazdy, zatem... Niech ta karuzela spierdolenia kręci się jak najdłużej!
Jeżeli kiedykolwiek ktoś chciałby zekranizować Komornika to na pytanie producenta, jakiego budżetu potrzebujecie, odpowiedź brzmiałaby – tak.
Najnowszy Komornik to moje pierwsze spotkanie z tym bohaterem. Poprzednia trylogia o Ezekielu to jedne z ostatnich powieści Michała Gołkowskiego, których jeszcze nie czytałem. Siadałem jednak do lektury pewien, że autor zapewnia doskonałą zabawę i wysoką pisarską jakość. I tym razem się nie zawiodłem.
Przepraszam za użyte przekleństwa, ale ciężko mi inaczej określić Komornika, jako prawilny festiwal spierdolenia. Każdy zna kogoś lub o kimś takim słyszał, który jest pierdolnięty, ale w pozytywny sposób. Nie umiem inaczej myśleć tak o najnowszej książce Michała Gołkowskiego. Autor cudownie puścił wodze fantazji i stworzył coś...właściwie nie umiem i nie chcę określać przynależności gatunkowej tej powieści. Wiem, że to co przeczytałem to kapitalna jazda bez trzymanki. Nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach i małej tolerancji. Dystans do siebie oraz swojej wiary jest także mile widziany. Za to autor odwdzięcza się odjechaną historią o ogromnej skali, której próżno szukać na naszym rynku wydawniczym.
Jedyny minusik do jakiego mogę się przyczepić to duża liczba przekleństw, które w mojej opinii nie zawsze były potrzebne w takiej ilości. Po pewnym czasie po prostu przestawałem je zauważać. To jest i tak szukanie dziury w całym, bo w całokształcie książka ogromnie mi się podobała i jak zwykle czekam na kolejną książkę Michała Gołkowskiego z wielkim entuzjazmem. Dla mnie nazwisko autora na okładce to gwarancja jakości książki. Bardzo, bardzo polecam! Odjechana naprawdę na maksa.
Jestem lekko opóźniona, 🤪 ale wierzę, że Zek wybaczy mi ten poślizg w kontynuowaniu serii, bo ja serio, serio myślałam, że wszyscy już zginęli, a on siedzi sobie na niebieskiej chmurce i pełni obowiązki, tego tam Boga. Ale nie, chłopu się zachciało wracać na Ziemię, bo się z jakąś popierdółką Szemijazaszem nie może dogadać. I tak zabawa w zagładę świata toczy się dalej wraz z Komornik. Arena dłużników #1.
Anioł u bram. "Świat się skończył, Ziemia spłonęła, wszyscy zginęli: w tym miejscu zaczyna się kontynuacja ostatecznego końca. Ezekiel Siódmy – były Komornik, potem renegat i odszczepieniec, jedyny który przeżył Apokalipsę, obecnie nie-do-końca-z-własnej-woli pełniący obowiązki Boga Stwórcy Wszechmogącego – usiłuje właśnie po raz n-ty odbudować zniszczony świat, kiedy ktoś puka do drzwi Niebiańskiego Pałacu.
Okazuje się, że przy wysyłaniu zaproszeń na Wielki Bal Końca Świata wszyscy zapomnieli o jednym z gości. I teraz ten przychodzi nieproszony na pobojowisko po imprezie i mówi: o nie, kochany, to się tak nie skończy. Po moim trupie, a jeszcze chętniej, po twoim.
Nasz bohater na ma wyboru: chowa klucz do Niebiańskiego Pałacu w jedynym miejscu, gdzie nie będzie szukać go wróg, po czym skacze na główkę ku świeżo odbudowanej Ziemi, licząc na to, że da radę odmienić bieg wydarzeń i w ogóle zapobiec początkowi Apokalipsy."
W wariatkowie fajnie jest, czyli prequel/sequel. Pamiętając jak Zekowi w Kancie „zmiękła faja”, trochę obawiałam się, że możemy podążać tym tropem jego osobowości, również w tym odcinku.
Nic bardziej mylnego. Ezekiel powrócił z całą dobrocią inwentarza, z nowymi oraz doprawionymi odpowiednio starymi „przyśpiewkami”, by powstrzymać rozpoczęcie apokalipsy. No dobra trochę tam sika po nogach na samo wspomnienie Szmajmela, Szmjchela czy jak to temu Szemimemi jest. No ale w sumie, kto nie boi się „psychopatycznego aniołka”, niech pierwszy rzuci kamień. ;)
Do zaś samej imprezki pieszczotliwie Końcem Świata nazwanej, to cóż — nie udało jej się Ezekielowi zatrzymać. Dzięki czemu karuzela spier.... się rozkręca, a my czytelnicy możemy dowiedzieć się, jak zabawa się rozpoczęła i przygotować sobie poradnik koszerności.
Dodatkowo możemy podziwiać Zeka w blasku wariatkowej chwały, jego podróż na wschód i co chyba najważniejsze, poznajemy nowych bohaterów. Cat, Cartera i mojego pupilka Reggiego.
Więc jeżeli macie ochotę na odrobinę nieszablonowej, momentami koszernej akcji, która wraz ze specyficznym poczuciem humoru „zryje Ci berecik”, to czytaj Komornika. Arena dłużników #1 Michała Gołkowskiego śmiało.
Jeżeli zaś jesteś osobą wrażliwą na obrazę uczuć religijnych — po prostu omijaj ten tytuł z daleka.
Jeśli cokolwiek w trylogii komornika Wam się podobało, to w Arenie dostaniecie to ze zdwojoną mocą. Mam wrażenie, że tutaj jest wszystkiego dwa razy więcej. Absurd goni absurd, historia i akcja biegnie jak szalona, a Ezekiel ma takie samo poczucie, jak czytelnik, że nie wyrabia z tempem. Możecie powiedzieć, że jestem monotematyczny, ale kolejna odsłona komornika po raz kolejny podniosła poprzeczkę i pożarła mnie całkowicie.
Po dosyć zaskakującym zakończeniu trylogii komornika, człowiek łudził się, że będzie coś dalej, ale jednak się nie spodziewał.
Ponownie wracamy do przygód naszego Ezekiela i tym razem wszystko spieprzyło się jeszcze bardziej, a Ezekiel uzyskał nowe stanowisko, ale nie na długo.
Tytułowa Arena przeplatała się już w historii komornika, ale dopiero teraz nabiera pełnego znaczenia.
Mam wrażenie, że Gołkowski z każdym tomem będzie zaskakiwał nas coraz bardziej i przerastał samego siebie. Niech ta arcy absurdalna przesiąknięta chamskim humorem i bezczelnym tonem przygoda nigdy się nie kończy…
Ta część ma wszystko to, czego mi brakowało w poprzednich tomach: - jasna fabuła od samego początku ✔️ - barwne postaci, które bardzo szybko przypadają nam do gustu ✔️ - poczucie humoru i poziom absurdu wystrzelony w kosmos ✔️ Jeśli myśleliśmy, że poprzednie części były absurdalne i szokujące, to w trakcie czytania tego tomu możemy być w ciężkim szoku. Ja za to śmiałam się prawie non stop. Czym prędzej sięgam po kolejny tom, żeby dowiedzieć się, co tam wyprawiają Zek, Reggie i Szmizjerek :')
Michał Gołkowski doskonale wie, jak szokować i za nic mieć wszelkie świętości. Powraca Ezekiel Siódmy z nową misją. W Komorniku. Arenie Dłużników nie da się narzekać na nudę.
Zek zajmuje Tron Boga i sam nim się staje. Nie dane mu jednak jest długo cieszyć się tym stanem, bo w bramach Raju pojawia się Anioł Szemijazasz, skazany przed wiekami na wieczne spadanie i nie ukrywa, że to właśnie on powinien zajmować miejsce należące obecnie do eks Komornika. Zek nie tylko musi utrzymać swą nową pozycję ale dodatkowo postanawia zapobiec Apokalipsie, aby to zrobić musi dokładnie wylądować w punkcie Przed, w którym wszystko zaczęło się. Misja ta nie tylko napotka na spore trudności, ale nieustannie musi zmagać się z Aniołem oraz stawić czoła Archistrategowi Michałowi.
O ile w pierwotnej trylogii Komornika przemierzaliśmy połacie postapokaliptycznej ziemi, to teraz cofamy się do czasu, kiedy ten cały bałagan się zaczął. Michał Gołkowski doskonale sprawdza się w ramach powieści drogi, w której to wraz z Zekiem przemierzamy Stany Zjednoczone, docieramy do Włoch - a zwłaszcza do Rzymu. Oczywiście w pewnym momencie okazuje się, że należy ruszyć dalej. Towarzysząc by��emu Komornikowi ponownie nie zabraknie sporej dawki adrenaliny, a może nawet jest ona zdecydowanie w większym stopniu niż wcześniej. Wraz z nim i grupką nowych towarzyszy obserwujemy świat, w którym absolutnie nie mielibyśmy ochoty znaleźć się na prawdę. To świat pełen przemocy, zdrady, fanatyzmu i okrucieństwa. Ostrożność jest potrzebna na każdym kroku i pod żadnym pozorem nie wolno zaufać Świętym, bo bardzo szybko potrafią przysporzyć nie lada problemów. Szybko okazuje się, że w momencie końca świata wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. To w Wiecznym Mieście przebywają dłużnicy w miejscu zwanym Areną Dłużników. Życie w niej składa się z ciągłych ćwiczeń i walk gladiatorów. To miejsce znane Górze, ale jakoś specjalnie nie przejmuje się ona nim. Do czasu.
W Komorniku. Arenie Dłużników na nowo pojawią się znane z wcześniejszej trylogii postacie, jednak ukazane w dość intrygujący sposób. W obecnym sequelu non stop jesteśmy zaskakiwani. O ile poprzednio akcja była powolna, to mam wrażenie, że teraz zdecydowanie od samego początku przyspiesza. Staje się dynamiczna, nieoczywista i wszystko zmienia się niczym w kalejdoskopie. Całość dąży do tego decydującego momentu. Chwili, w której porządek ustalony przez anielskie istoty zachwieje się, a słudzy postanowią zrzucić jarzmo. Równocześnie zdajemy sobie sprawę w jakim kierunku zmierzamy i że od raz podjętej decyzji nie ma odwrotu. Tego nie da się zatrzymać, a konfrontacja jest nieunikniona. Początkowo pod względem obrazoburstwa i bluznierczości Michał Gołkowski złagodniał, jednak to tylko pozory i tak, jak w wcześniej, tak teraz nie jest to pozycja dla osób wrażliwych na tle religijnym. W Arenie Dłużników warstwa ta nabiera nowej formy. Motywy biblijne ograniczone są do niezbędnego minimum, a ostrzu ironii poddana zostaje ślepa religijność. Przy czym w jednym momencie przekroczone zostaje poczucie dobrego smaku.
Dopiero w kontynuacji przygód Ezekiela Siódmego uzmysławiamy sobie, że pod płaszczem rozrywki ukryte zostają istotne kwestie dotyczące despotyzmu politycznego i zniewolenia człowieka. Sprowadzenie go do podrzędnej roli, a jego życie jest w oczach dyktatora bez znaczenia. Obserwujemy, jak ślepe posłuszeństwo staje się prawem. Po ulicach pełno sługusów nowego reżimu. Powstają obozy, do złudzenia przypominające nazistowskie miejsca kaźni. Gołkowski wykorzystując temat apokalipsy ostrzega czytelnika, wzbudza czujność i nieustannie stawia pytanie dokąd zmierzamy, dokąd zmierza świat.
Komornik. Arena Dłużników nie tylko dorównuje pierwotnej trylogii, ale mam wrażenie, że jest zdecydowanie lepsza. Nie radziłbym jednak zaczynać tego cyklu, bez znajomości wcześniejszej serii. Pełno bowiem spoilerów do tamtych tomów. Michał Gołkowski ponownie bryluje ciętym językiem i czarnym humorem. Aż żal żegnać się z Zekiem i jego ekipą.
Lisiomornik – Arena Truskawek . Lisioł wylegiwał się wygodnie na swojej sofie, w pięknej białej rzymskiej szacie, z lewitującymi truskawkami oraz złotymi sandałami. Co jakiś czas ruszył ogonkiem i bum, świat na Ziemi tworzył się na nowo. Nie dajcie się zwieść! Tworzenie życia bywa trudnym i męczącym zadaniem *lisie ziewanie*. Wszystko układało się pięknie, aż do wnętrza lisiego Edenu wdarł się sześcioskrzydłowy grill samobieżny Szemijazasz – dla przyjaciół Szaszłyk – tak właśnie zaczęła się przygoda Lisioła w książce Michała Gołkowskiego „Komornik. Arena dłużników”. . Wpadł więc do Lisioła Szaszłyk i przypalił sufit swoimi żądaniami – albo tak go gazy męczyły, ciężko orzec. Futrzak jednak nie w ciemię bity, dał dyla na Ziemię, bo co się będzie z grillem kłócić? Kto to widział? . No i tutaj zaczęły się problemy. Lisioł miał naprawdę boski plan powstrzymania apokalipsy, ale jak to z planami często bywa, szlag je wziął. No i w skrócie wszystko jeb.... ekhmmm zaczęło ulegać anihilacji – z powodu jednego goryla w dodatku! Żeby było trudniej, Lisioł stracił swój boski status, na powrót stając się tylko Lisiołem – fatalnie. Najgorzej, że Szaszłyk wyruszył lisim tropem prosto do domu wariatów. Na szczęście Adolf Hi... austriacki akwarelista przyszedł futrzakowi z pomocą, ale to dopiero początek zabawy. Rozpoczyna się wielki wyścig z Szaszłykiem o życie, boski pałac stworzenia i złote sandały, a przy tym wokół szaleje apokalipsa. Normalka. . Śmiało można powiedzieć, że cała książka to komedia pomyłek, niekończący się humor i nawiązania do symboli znanych z popkultury oraz Biblii. Religia na wesoło, gdzie alkohol leży koło świętego, a wszystko jest przedstawione w krzywym zwierciadle. Brzmi fajnie, ale 463 strony komedii bywa męczące. Warto więc książki nie czytać w ciągu niczym ćpun truskawkowy, tylko robić sobie przerwy. . Druga kwestia, to nie każdemu może przypaść do gustu taki poziom humoru oraz wymieszania wszystkiego, a wtedy zostaje się z gołą fabułą, a raczej jej brakiem, gdyż jest tylko lekko zarysowana. Bohater niby sporo może ale w sumie to nie. O logice i racjonalności możecie z miejsca zapomnieć. Z drugiej strony właśnie na tym radosnym absurdzie oparta jest książka.
Książka, która wywołuje efekt wow po pierwszych stronach... a potem jest już tylko gorzej. Tak naprawdę niezbyt dużo jest tu jakiejkolwiek akcji i fabuły natomiast jest całkiem sporo świata przedstawionego. Czytając ją cały czas miałem wrażenie, że znajduję się w prologu jakiejś historii a nie w opowieści właściwej. Mam jednak wrażenie, że tak to po prostu miało być skoro to tom pierwszy z trzech. W trakcie i po lekturze miałem mieszane uczucia i w sumie mam je do dzisiaj. Kolejne części oczywiście kupię i przeczytam ale mam nadzieję, że tam będzie się działo coś konkretnego poza zbiorem scenek z życia nowego świata.
Poprzednie tomy wciągnęły mnie o wiele bardziej. Nie wiem czy to kwestia zbyt długiego okresu między wydaniem czy przesyt bohaterem ale coś mi tu nie pasuje. Ja wiem, że koniec świata, apokalipsa, cuda i fantastyka ale wszystkiego tu ciut za dużo. Ocena na trzy gwiazdki bo 3.5 dać nie można. Są fragmenty świetne ale są też takie jakby na etapie korekty ktoś poprosił o dodanie większej ilości akcji i przygód. Ot tak losowo, co drugi akapit. Drugi tom pewnie też kupię - ale już jestem na siebie zły o takie szastanie pieniędzmi.
Rewelacyjna kontynuacja poprzednich książek. Wartka akcja, duża doza humoru oraz postapokaliptycznych - żywcem wziętych z Monty Python 'a scenek. A to wszystko świetnie przeczytane przez Grzegorza Pawlaka. Zdecydowanie polecam
Gołkowski at his finest. Jeśli komuś podobały się poprzednie części to ta też na pewno przypadnie mu do gustu. Jak już można było się przyzwyczaić - wciągająca i szybka akcja, masa czarnego humoru, świetni bohaterowie... Chcę więcej!