3,5. Nele Neuhaus jest jedną z najpoczytniejszych autorek kryminałów w Niemczech, byłam niesamowicie ciekawa jej twórczości, a przede wszystkich klimatu, jaki panuje w jej książkach. Mimo, że „W imię wiecznej przyjaźni” jest 10tym tomem serii, to nie miało to na szczęście wpływu na poznawanie fabuły.
Dwójka komisarzy, Oliver i Pia, mają pełne ręce roboty w związku z zaginięciem pewnej kobiety, redaktorki w wydawnictwie. Zgłoszenie o jej zaginięciu wpływa od jej koleżanki, która niepokoi się tym, że od kilku dni nie ma z nią kontaktu, nie odbiera telefonu i nie otwiera drzwi. Na miejscu, w domu zaginionej, komisarze dokonują dość dramatycznego odkrycia. Po pierwsze krew na drzwiach nie zwiastuje dobrego zakończenia poszukiwań, a po drugie, na piętrze, do łańcucha przykuty jest mężczyzna w podeszłym wieku, na skraju wycieńczenia, bez wody i bez jedzenia. Nikt nie ma wątpliwości, że jest to chory na demencję ojciec zaginionej kobiety, która opiekowała się nim od wielu lat, a teraz, kiedy zaginęła i jego życie było zagrożone, pomoc przybyła w ostatnim momencie.
Pierwszy trop w sprawie prowadzi do jednego z frankfurckich wydawnictw, w którym to zaginiona kobieta pracowała, ale po aferze plagiatowej straciła posadę. Możemy poznać od podszewki pracę w wydawnictwie, jej jasne i ciemne strony, jest to niezła gratka dla osób siedzących w książkowym świecie.
Początkowo miałam duży problem z bohaterami, było ich całkiem sporo i każdy miał ze sobą jakieś powiązania, służbowe lub też rodzinne, ale z czasem wszystko sobie poukładałam w głowie. Wielowątkowość i zwroty akcji sprawiły, że czytało się tę książkę bardzo szybko mimo tego, że jest to prawdziwa cegła, niestety ze względu na wydanie i właśnie jej grubość nadłamałam grzbiet w kilku miejscach, chyba jednak bardziej cenię sobie komfort podczas czytania, niż to czy książka będzie lub nie będzie ładnie prezentować się na biblioteczce😅.